Rozdział 9.
Podekscytowany zostawiłem przyjaciela
dalej i poszedłem na przystanek. Zajrzałem za budkę. Na szczęście siedział tam.
- Hej, zanim coś powiesz to mam dla ciebie
propozycję. Może trochę wykorzystam to co uważasz za swoją wielką wadę. Nie
musisz się zgadzać, ale…
- No powiesz do cholery, czy mam jeszcze długo
słuchać twojego monologu? – Przeszył mnie wzrokiem.
- Normalnie spytałbym cię co się stało, ale
lepiej będzie jak wyjaśnię ci moją propozycję. Więc, mój przyjaciel widział cię
we wtorek, czy środę i myśli, że jesteś dziewczyną. – Zacisnął pięści. – Chce cię
poznać. Zapewne też poderwać, ale to już jego problem. Mógłbym ci go
przedstawić? Nawet nie wiesz jaki będzie ubaw kiedy zrozumie, że tą ślicznotką jest chłopak.
Zastanowił się chwilę i uśmiechnął
podejrzanie.
- Dobra, a mógłbyś mi to nagrać?
- Też o tym myślałem. – Wyciągnąłem telefon. – Idę.
Poszedłem do Michała zastanawiając się
jego reakcji.
- Chodź – zawołałem go.
Wesoły podbiegł i podążył za mną za
przystanek. Włączyłem kamerę. Nawet tego nie zauważył.
Marek zasłonił się bardziej włosami.
- Cześć mała!
- Mały jak coś. – Podniósł głowę i grzywka
odkryła go. – Chciałeś się ze mną spotkać?
- Ale… - Przyjaciel otworzył szeroko oczy.
- Coś się stało? – Przysunął się bliżej. –
Marek jestem.
- M-Michał…
- Jąkasz się? – Nachylił się do jego ucha. – Nawet przystojny jesteś… no może bez tych okularków byłoby lepiej.
Zsunął mu je z nosa.
- O wiele lepiej. – Oblizał się perwersyjnie. – Może
wybaczę ci wzmiankę, że jestem niski, ale co dostanę w zamian?
Michał zaniemówił. Ja natomiast
poczułem lekką zazdrość.
- Liczyłeś na dziewczynę? Oj jaka szkoda… -
udawał smutek. – A próbowałeś kiedyś z chłopakiem?
- M-Marcin… zabiję cię – wyszeptał.
Wyrwał swoje okulary i uciekł.
Marek dostał ataku śmiechu.
Wyłączyłem kamerkę i zacząłem się zastanawiać nad tym co się właśnie stało.
- Od razu poprawił mi się humor – uspokoił się.
- Nie o coś takiego mi chodziło… to mój
przyjaciel, a teraz to chce mnie zamordować.
- Przesadzasz. Musiałem się na kimś wyładować.
Padło na tego okularnika.
Otworzyłem szeroko oczy.
- Kogo?! – wydarłem się.
- O autobus. – Poszedł jakby nigdy nic w
kierunku pojazdu.
- A ty gdzie? – Przytrzymałem go.
- Do ciebie.
- A to ciekawe. Chyba coś mi się wydaje, że dzisiaj nie musisz. – Wbiegłem w ostatniej chwili.
Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem jak
stoi w osłupieniu. Zaraz jednak się ogarnął i udawał obojętność. Odszedł.
Wsadziłem sobie ręce do kieszeni i
poczułem jak coś mnie ukuło. Wyciągnąłem ową rzecz. Była to bransoletka
znaleziona przez Michała. Zacisnąłem dłoń na niej i zacząłem żałować, że się
tak zachowałem. Wiedziałem, iż ma spory kompleks,
a ja sobie z tego jakby żartowałem. No i był w złych humorze. Może miał jakiś
problem. Nawet nie spytałem jak poszło na policji. Ale ze mnie kumpel! Westchnąłem
i wysiadłem na następnym przystanku. Napisałem SMS’ a rodzicom, że przyjadę
następnym i wróciłem się z nadzieją, iż jeszcze spotkam chłopaka. Co on miał na sobie…? Chyba czerwoną kurtkę.
Zaszedłem, aż na przystanek i dostrzegłem go. Siedział tam gdzie zwykle, skulony. Podszedłem bliżej i zobaczyłem jak trzyma jakieś szkiełko przy
nadgarstku. Podbiegłem i wyrwałem mu je.
- Co ty robisz?! Pojebało cię?! – zacząłem się
wydzierać.
- Skąd ty tu się wziąłeś? I oddaj! Poświęciłem dobrą butelkę.
- Nie. Dlaczego?
- Co? Chciałem się zabić? Już ci mówiłem o tym
wcześniej, nie powinieneś się dziwić. Co do pytania dlaczego… życie mi się wali! Ciągłe problemy z tymi… nawet nie znam
odpowiedniego słowa, aby ich nazwać. Kiedy poszedłem na policje i miałem
nadzieje poprawy to znalazły się inne. Konkretniej ty! – zabolało mnie mocno. – Polubiłem cię. Nawet bardzo, a dzisiaj mnie zostawiłeś, bo nazwałem jakiegoś
ślepca okularnikiem! Nawet te szkła mu nie pomagają skoro nie umie płci
odróżnić!
- Zamknij się. – Uderzyłem go, ale lekko.
Patrzył przerażony.
- Chodź do mnie – podałem mu rękę. – Za parę
minut ma być inny… o już jedzie.
Z lękiem wstał i trzymając się na
sporą odległość wsiadł do autobusu.
Nie zaszczycił mnie nawet jednym spojrzeniem.
Do domu weszliśmy w milczeniu.
- Cześć! Znowu sam? Szkoda - usłyszałem głos mamy.
- Jestem – powiedział kolega.
Jak za pomocą czarodziejskiej różdżki
poprawił mu się humor.
- Oj przepraszam. Nie słyszałam cię. Wcześniej
wchodziliście ciągle się śmiejąc.
Wszedł do kuchni i zaczął rozmowę o
czymś. Poszedłem do łazienki i oparłem się o drzwi. Walnąłem z całej siły w
kafelki.
Jestem idiotą! Ale dobrze, że wróciłem…
Uspokoiłem się i poszedłem zjeść
obiad. Prawie nic nie mówiłem. Postanowiłem z nim poważnie pogadać na
osobności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz