środa, 1 lipca 2015

Nie przestanę cię kochać (część 1) - Rozdział 3.



Rozdział 3.
W szkole strasznie się nudziłem. Ciągle myślami byłem przy Marku. Nie mogłem uwierzyć, jak oni mogli mu to zrobić. Tak pobić to szczupłe ciałko…
 - Marcin! – usłyszałem głos koło ucha.
 - C-co? – z przerażeniem dostrzegłem matematyczkę, pochylającą się nad moim zeszytem.
 - Gdzie są twoje notatki?!
 - Yyy… - Zerknąłem na zeszyt.
Nawet tematu nie napisałem.
 - Ale proszę pani… ja to zaraz uzupełnię.
 - Ach tak? 35 minut lekcji chcesz teraz przepisywać? Mam lepszy pomysł. Rozwiąż to – wskazała na podręcznik.
 - Już to robimy??? – przeraziłem się.
 - Nie wiesz? To twoim zdaniem gdzie jesteśmy?
 - Tu, tu…
Podszedłem do tablicy i zapisałem zadanie i stronę. Cała klasa zaczęła chichotać. O co im chodzi?
 - Umiesz?
 - Tak… – szybko odpowiedziałem - …jakby.
 - To czekam.
Po pięciu minutach sterczenia przy tablicy i upieraniu się, że rozwiążę zadanie, poddałem się.
 - A wiedz dlaczego tego nie zrobiłeś?
 - Bo nie słuchałem. – Opuściłem głowę.
 - Nie. My po prostu tego nie robiliśmy – pokiwała głową.
 - CO???
Cała klasa parsknęła śmiechem.
Dryń!!!
Z ulgą wyszedłem z klasy. Na szczęście matma była ostatnia. Szybko pobiegłem do szatni, założyłem kurtkę i udałem się na przystanek. Obszedłem go dookoła, ale Marka nie było. Nagle zobaczyłem różową plamkę biegnącą gdzieś daleko. Zbliżała się. Po chwili dostrzegłem w niej mojego kolegę.
 - Cześć! – uśmiechnąłem się, ale zignorował mnie i uciekł za przystanek.
Zaskoczony postanowiłem spytać go o co chodzi. Nie zdążyłem jednak nawet zrobić krok, kiedy ktoś mnie zaczepił.
 - Słuchaj… widziałeś tu gdzieś takiego pedałka w różowych szmatach? Może wyglądać jak dziewczyna.
Przyjrzałem się mu. Miał jakieś 17-18 lat. Za nim stało jeszcze dwóch w podobnym wieku. Nie wyglądali na jego przyjaciół. Zresztą po tym jak opisał Marka nie miałem wątpliwości.
 - Tak. – Usłyszałem bardzo cichy jęk, ale oni chyba nie, a nawet jeśli to zignorowali go. – Tam się schował – wskazałem ręką na sklep stojący trochę dalej. - Lepiej się pospieszcie, bo wam ucieknie. 
 - Dzięki. – Pobiegli w tamtym kierunku.
Poszedłem za ścianę przystanku i ujrzałem znowu skuloną postać. Tym razem był w kurtce, która była tą różową plamą. Skąd on bierze te ubrania??
 - Już poszli, ale mogą wrócić. Chodź do mnie. Zaraz przyjedzie autobus. Moi rodzice cię polubili, więc nie będą mieli nic przeciwko.
 - Ale… - widziałem przerażenie w jego oczach.
 - Żadnego ale! Chcesz żeby cię dopadli?
 - Dziękuję – uśmiechnął się. – Tu masz swoje ubrania – podał mi reklamówkę.
 - A, no tak. Przez nich zapomniałem o tym. To są ci co cię biją?
Kiwnął głową i skulił się.
 - Co jest?
 - Oni i tak kiedyś mnie dopadną. Ja tak nie umiem. Proszę, daj mi coś ostrego. Wykrwawię się i będzie po problemie.
 - Nie mów tak!!! Przestań…  - Ująłem jego twarz w dłonie. – Twoje życie jest więcej warte niż myślisz. Powiedz to komuś.
 - Myślisz, że nie próbowałem?! Ale nikt mi nie uwierzył. Wszyscy uważają, że to są pieprzone aniołki! – Rozryczał się.
Starłem kciukiem łzy i przytuliłem go.
 - A siniaki?
 - Kozioł i ci bracia Gacek zawsze są niewinni.
 - Nie płacz. Chodź na drugi przystanek. Jest jakieś pięć minut stąd, a dalej od tamtych – kiwnąłem głową w stronę sklepu.
 - Dobra… - Wstał i ostrożnie wyszedł zza przystanku.
 - Wiesz co? Ta kurtka nie jest dobrym pomysłem. Za bardzo rzucasz się w oczy.
Westchnął i ściągnął ją. Owinął się chustą, którą miał pod szyją i podążył za mną. Po chwili doszliśmy na miejsce.
 - No załóż już. Widzę, że zaraz zamarzniesz, a tu już ich nie ma.
Ubrał się i z ulgą zauważył nadjeżdżający autobus.
 - Zapamiętałeś numer?
 - No… - trochę się zaczerwienił – tak jakoś wyszło…
Zaśmiałem się i razem weszliśmy do środka.
 - Nie chcę wracać – wyszeptał kiedy już dojeżdżaliśmy.
 - Wiem. – Poklepałem go po ramieniu. – Będzie dobrze.
 - Twoi rodzice powinni mnie adoptować – chichotał.
 - Aż tak mnie polubiłeś? – również zacząłem się śmiać.
 - Chyba śnisz.
W dobrych humorach poszliśmy do mojego mieszkania.
Jak wszedł przyjrzałem się dokładniej jego strojowi. Uśmiechnąłem się. Wyglądał dość… nietypowo, a przynajmniej na tle miasta. Czarne rurki, biała, za duża bluzka na ramiączkach z BARDZO kolorowym wzorem z przodu, glany, rażąco różowa kurtka, która szybko znalazła miejsce na wieszaku i fioletowo-czarna chustka.
Pokręciłem głową. Ściągnął buty i poszedł za mną do kuchni. Okazało się, że ma jaskrawo czerwone skarpetki
 - Patrzcie kogo przyprowadziłem! – uśmiechnąłem się do rodziców.
 - Marek? Miło, że przyszedłeś – ten sam gest skierowała mama do kolegi. 
 - Bardzo oryginalny strój – zaczął się śmiać tata.
 - To jeszcze nic – puścił oczko kolega.
Ciekawe co założy na siebie następnym razem… ha, ha, ha! Może być ciekawie.
 - To musisz przyjść jutro w czymś jeszcze bardziej… innym – wyszczerzył się ojciec.
 - Zdziwi się pan. – Poniósł dumne głowę do góry i z uśmiechem usiadł przy stole.
 - Ty żałuj, że nie widziałeś jego kurtki – zwróciłem się do staruszka przez co oberwałem w ramię. – Za co?
 - Nie podoba ci się? Pff… nie znasz się – kolega udawał obrażonego.
 - Ja tylko mówię jaką masz… jaki kolor ma to co teraz wisi na wieszaku.
 - TO? Jak możesz? – Odwrócił się do mnie tyłem.
 - Idę zobaczyć. – Chichotał tata. – Oślepłem! – zaczął krzyczeć.
Nie umiałem się powstrzymać i wybuchnąłem śmiechem.
Resztę popołudnia wygłupialiśmy się, aż nadeszła 2000 i rodzice uznali, że naprawdę musi już iść. Przez chwilę miałem wrażenie, iż mój ojciec jest najbardziej niezadowolony z tego.
 - Marek… - zaczepiłem go gdy wychodził – nagraj to czy coś. Będziesz miał dowód.
Niepewnie kiwnął głową i udał się na przystanek.
Dlaczego nikt mu nie wierzy?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz