Rozdział 3.
W szkole strasznie się nudziłem.
Ciągle myślami byłem przy Marku. Nie mogłem uwierzyć, jak oni mogli mu to
zrobić. Tak pobić to szczupłe ciałko…
- Marcin! – usłyszałem głos koło ucha.
- C-co? – z przerażeniem dostrzegłem
matematyczkę, pochylającą się nad moim zeszytem.
- Gdzie są twoje notatki?!
- Yyy… - Zerknąłem na zeszyt.
Nawet tematu nie napisałem.
- Ale proszę pani… ja to zaraz uzupełnię.
- Ach tak? 35 minut lekcji chcesz teraz
przepisywać? Mam lepszy pomysł. Rozwiąż to – wskazała na podręcznik.
- Już to robimy??? – przeraziłem się.
- Nie wiesz? To twoim zdaniem gdzie jesteśmy?
- Tu, tu…
Podszedłem do tablicy i zapisałem
zadanie i stronę. Cała klasa zaczęła chichotać. O co im chodzi?
- Umiesz?
- Tak… – szybko odpowiedziałem - …jakby.
- To czekam.
Po pięciu minutach sterczenia przy
tablicy i upieraniu się, że rozwiążę zadanie, poddałem się.
- A wiedz dlaczego tego nie zrobiłeś?
- Bo nie słuchałem. – Opuściłem głowę.
- Nie. My po prostu tego nie robiliśmy –
pokiwała głową.
- CO???
Cała klasa parsknęła śmiechem.
Dryń!!!
Z ulgą wyszedłem z klasy. Na
szczęście matma była ostatnia. Szybko pobiegłem do szatni, założyłem kurtkę i udałem
się na przystanek. Obszedłem go dookoła, ale Marka nie było. Nagle zobaczyłem
różową plamkę biegnącą gdzieś daleko. Zbliżała się. Po chwili dostrzegłem w
niej mojego kolegę.
- Cześć! – uśmiechnąłem się, ale zignorował
mnie i uciekł za przystanek.
Zaskoczony postanowiłem spytać go o
co chodzi. Nie zdążyłem jednak nawet zrobić krok, kiedy ktoś mnie zaczepił.
- Słuchaj… widziałeś tu gdzieś takiego pedałka
w różowych szmatach? Może wyglądać jak dziewczyna.
Przyjrzałem się mu. Miał jakieś 17-18
lat. Za nim stało jeszcze dwóch w podobnym wieku. Nie wyglądali na jego
przyjaciół. Zresztą po tym jak opisał Marka nie miałem wątpliwości.
- Tak. – Usłyszałem bardzo cichy jęk, ale oni
chyba nie, a nawet jeśli to zignorowali go. – Tam się schował – wskazałem ręką na sklep stojący trochę dalej. - Lepiej się pospieszcie, bo wam ucieknie.
- Dzięki. – Pobiegli w tamtym kierunku.
Poszedłem za ścianę przystanku i ujrzałem
znowu skuloną postać. Tym razem był w kurtce, która była tą różową plamą. Skąd on bierze te ubrania??
- Już poszli, ale mogą wrócić. Chodź do mnie.
Zaraz przyjedzie autobus. Moi rodzice cię polubili, więc nie będą mieli nic
przeciwko.
- Ale… - widziałem przerażenie w jego oczach.
- Żadnego ale!
Chcesz żeby cię dopadli?
- Dziękuję – uśmiechnął się. – Tu masz swoje
ubrania – podał mi reklamówkę.
- A, no tak. Przez nich zapomniałem o tym. To
są ci co cię biją?
Kiwnął głową i skulił się.
- Co jest?
- Oni i tak kiedyś mnie dopadną. Ja tak nie
umiem. Proszę, daj mi coś ostrego. Wykrwawię się i będzie po problemie.
- Nie mów tak!!! Przestań… - Ująłem jego twarz w dłonie. – Twoje życie
jest więcej warte niż myślisz. Powiedz to komuś.
- Myślisz, że nie próbowałem?! Ale nikt mi nie
uwierzył. Wszyscy uważają, że to są pieprzone aniołki! – Rozryczał się.
Starłem kciukiem łzy i przytuliłem
go.
- A siniaki?
- Kozioł i ci bracia Gacek zawsze są niewinni.
- Nie płacz. Chodź na drugi przystanek. Jest
jakieś pięć minut stąd, a dalej od tamtych – kiwnąłem głową w stronę sklepu.
- Dobra… - Wstał i ostrożnie wyszedł zza
przystanku.
- Wiesz co? Ta kurtka nie jest dobrym
pomysłem. Za bardzo rzucasz się w oczy.
Westchnął i ściągnął ją. Owinął się
chustą, którą miał pod szyją i podążył za mną. Po chwili doszliśmy na miejsce.
- No załóż już. Widzę, że zaraz zamarzniesz, a
tu już ich nie ma.
Ubrał się i z ulgą zauważył
nadjeżdżający autobus.
- Zapamiętałeś numer?
- No… - trochę się zaczerwienił – tak jakoś
wyszło…
Zaśmiałem się i razem weszliśmy do
środka.
- Nie chcę wracać – wyszeptał kiedy już
dojeżdżaliśmy.
- Wiem. – Poklepałem go po ramieniu. – Będzie dobrze.
- Twoi rodzice powinni mnie adoptować – chichotał.
- Aż tak mnie polubiłeś? – również zacząłem się
śmiać.
- Chyba śnisz.
- Chyba śnisz.
W dobrych humorach poszliśmy do
mojego mieszkania.
Jak wszedł przyjrzałem się dokładniej
jego strojowi. Uśmiechnąłem się. Wyglądał dość… nietypowo, a przynajmniej na
tle miasta. Czarne rurki, biała, za duża bluzka na ramiączkach z BARDZO
kolorowym wzorem z przodu, glany, rażąco różowa kurtka, która szybko znalazła
miejsce na wieszaku i fioletowo-czarna chustka.
Pokręciłem głową. Ściągnął buty i
poszedł za mną do kuchni. Okazało się, że ma jaskrawo czerwone skarpetki
- Patrzcie kogo przyprowadziłem! – uśmiechnąłem się do
rodziców.
- Marek? Miło, że przyszedłeś – ten sam gest skierowała mama do kolegi.
- Bardzo oryginalny strój – zaczął się śmiać
tata.
- To jeszcze nic – puścił oczko kolega.
Ciekawe co założy na siebie następnym razem… ha, ha, ha! Może być
ciekawie.
- To musisz przyjść jutro w czymś jeszcze
bardziej… innym – wyszczerzył się ojciec.
- Zdziwi się pan. – Poniósł dumne głowę do góry
i z uśmiechem usiadł przy stole.
- Ty żałuj, że nie widziałeś jego kurtki – zwróciłem
się do staruszka przez co oberwałem w ramię. – Za co?
- Nie podoba ci się? Pff… nie znasz się –
kolega udawał obrażonego.
- Ja tylko mówię jaką masz… jaki kolor ma to
co teraz wisi na wieszaku.
- TO?
Jak możesz? – Odwrócił się do mnie tyłem.
- Idę zobaczyć. – Chichotał tata. – Oślepłem! –
zaczął krzyczeć.
Nie umiałem się powstrzymać i
wybuchnąłem śmiechem.
Resztę popołudnia wygłupialiśmy się,
aż nadeszła 2000 i rodzice uznali, że naprawdę musi już iść. Przez
chwilę miałem wrażenie, iż mój ojciec jest najbardziej niezadowolony z tego.
- Marek… - zaczepiłem go gdy wychodził –
nagraj to czy coś. Będziesz miał dowód.
Niepewnie kiwnął głową i udał się na
przystanek.
Dlaczego nikt mu nie wierzy?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz