Rozdział 11.
Parę tygodni później…
W między czasie wszystko sobie
wyjaśniłem z Michałem. Nie był na mnie, aż taki zły. To raczej była wina szoku
(i Marka, ale to pomińmy).
Ci sadyści mają mieć proces w sądzie
za parę dni.
Ja z przerażeniem zauważyłem, że mój
kolorowy przyjaciel coraz bardziej mi się podoba.
A’ propos właśnie szedłem na
przystanek. Czekanie Marka na przystanku stało się naszą tradycją. Nie musiał
się już bać, przychodził, bo lubił.
- Cześć! – przywitałem się.
- Hej! – Rzucił mi się w ramiona.
- Co się stało???
- Nie uwierzysz! Jacyś ludzie chcą MNIE
adoptować! Rozumiesz? Będę miał dom!
Cieszył się jak małe dziecko. Śmiałem
się, gdy zaczął tańczyć taniec radości,
ale zdałem sobie sprawę z jednego problemu.
- Marek… - uspokoił się i wielkim uśmiechem czekał
– jak teraz to będzie wyglądać?
- Ale co?
- No… będziesz już gdzieś mieszkał, miał SWOJE
mieszkanie i chyba nie będziesz przychodzić na przystanek, a później razem na
obiad mojej mamy i siedzenie u mnie w pokoju?
- O… - posmutniał. – Nie mają wyjścia. Nie
wyobrażam sobie, żeby to się skończyło.
Wyszczerzył się, a w moim brzuchu
wzbiło się w powietrze stado motyli. Wiedziałem, że to nie dlatego, iż mu się podobam chce się ze
mną spotykać dalej, lecz mi wystarczała sama jego obecność.
- Nie smuć się. – Podniósł moje kąciki ust do
góry. – Lepiej.
Objąłem go. Po prostu chciałem przytulić
to chude ciałko.
- Nigdy cie nie zostawię – pocieszał mnie.
- Ja ciebie też. Dobra, za ile ma przyjechać
autobus?
- Za około pięć sekund.
- Co? CO? – Szybko się odwróciłem.
Podjechał i wsiedliśmy.
- Dokładnie sześć. – Uśmiechnął się.
- Liczyłeś? Eh…
- Tak wyszło.
Dojechaliśmy i szybko pobiegliśmy do
mojego mieszkania, bo nawet na dworze było czuć delikatny zapach truskawek, a
mama obiecała nam kiedyś przygotować koktajl z nich.
- Cześć!
- Dzień dobry!
- Witajcie! – rodzice odpowiedzieli chórem.
- Czy dobrze nam się wydawało i czuliśmy truskawki?
– Wpadł szczęśliwy do kuchni.
- Tak – oczy mu się otworzyły jeszcze bardziej
z radości – ale nie od nas.
- O… - Usiadł zawiedziony przy stole.
- Tak się nastawiliście na nie?
Kiwnęliśmy równocześnie głowami.
- To pewnie nie będziecie chcieli piernika? –
westchnęła.
- Serio? – Rozejrzałem się po pomieszczeniu.
Dostrzegłem ciasto na półce koło
soku.
- Ale chce mi się pić… - Podszedłem tam.
- Nawet nie próbuj! – przewidziała moje szatańskie plany.
- No weź!
- Obiad.
- Mhm. – Z opuszczoną głową usiadłem obok
przyjaciela.
- Ukradniemy później – szepnął mi na ucho.
Kiwnąłem głową zasłaniając się
przydługa grzywką, bo byłem zapewne czerwony, kiedy tak owiał mój kark swoim
ciepłym oddechem.
- Będę adoptowany! – wyszczerzył się.
- Serio? Kto chciał takiego kolorowego stwora?
– zaczął się śmiać tata.
- Jak widać ktoś dostrzegł moje wewnętrzne
piękno. – Poprawił włosy jak gwiazda.
Nareszcie przestał się przejmować tym
co mówią inni.
Zjedliśmy i poszliśmy do pokoju.
Rzuciliśmy się na biedne łóżko.
- Widziałeś się już z nimi?
- Kim? Tą rodzinką? – Kiwnąłem głową. – Tak.
Babka wydaje się być miła, ale facio dziwnie patrzył na mój wygląd. Przydałoby
się mu zrobić kiedyś na złość i przyznać, że jestem gejem.
Tak, zaczął również inaczej nazywać
to kim jest a nie m.in. pedał.
- Kochasz denerwować innych? – zauważyłem.
- Nie tylko. Pałam miłością do wielu rzeczy, a
że do tego też to cóż… muszą cię przyzwyczaić.
- A co jeszcze? – zainteresowałem się.
- Hm… - zamyślił się. - Obiady twojej mamy, mój
aparat, śpiewać, śmiać się, przyjeżdżać tu, twoją rodzinę, ciebie… - Otworzyłem
szeroko oczy. – No co? Przecież są różne rodzaje miłości.
- A, no tak… - Nadzieja matką głupich. – Czyli dużo z tego jest związane ze mną.
- Bo jesteś najlepszym co mnie spotkało –
wyszczerzył się. – Serio.
Przytuliłem go. Lepiej żebym szybko się w kimś zakochał, bo długo tak nie pociągnę.
- Wiesz co? Mam do ciebie pytanie.
Pociągnął mnie do łazienki i stanął
przed lusterkiem. Wziął wszystkie włosy do tyłu i związał.
- Jak uważasz? Nie lepiej by mi było gdybym je
ściął?
- NIE! – Spojrzał na mnie zaskoczony – To znaczy…
ładniej ci tak. Przynajmniej moim zdaniem.
- OK, to zostanę tak – wzruszył ramionami – ale
pofarbuję sobie grzywkę.
- Czego to ty nie wymyślisz…? Na jaki kolor?
- Jaki by mi pasował? Tylko nie jakieś
pospolite np. czarny.
- Co ja stylista jestem? Może czerwony? Jak
twoje usta.
Po chwili zdałem sobie sprawę, że
ostatnie zdanie powiedziałem na głos.
- Hm… nie głupi pomysł.
Uff… Myśl co mówisz!
- Dobra chodźmy.
- Nie mogę. Muszę już iść. Państwo Nowak chcą
dziś się znowu ze mną spotkać.
- O… No dobra. To do jutra.
- Pa! – Wyszedł na przystanek, a ja walnąłem
się głową w kafelki dla poprawy myślenia, choć raczej niewiele to dało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz