środa, 1 lipca 2015

Nie przestanę cię kochać (część 1) - Rozdział 1.



Rozdział 1.
 - No to cześć! Do jutra – pożegnałem się z kumplami i poszedłem na przystanek.
Usiadłem na ławce czekając na mój autobus. Miałem jeszcze 20 minut, więc wyciągnąłem telefon i słuchawki. Już miałem puścić jakąś piosenkę, kiedy usłyszałem coś przypominającego szloch. Wytężyłem słuch, ale nic więcej nie słyszałem. Wzruszyłem ramionami i nagle znowu do moich uszu doleciał ten dźwięk. Rozejrzałem się. Nikogo nie było. Postanowiłem zajrzeć za przystanek. Ujrzałem małą, skuloną postać. Podszedłem i dotknąłem delikatnie jej ramienia.
 - Hej, młoda co się stało?
Pociągnęła nosem i podniosła głowę.
 - Młoda…? MŁODA? Jestem chłopakiem!
Wmurowało mnie.
 - P-przepraszam…
Nie tyle zaskoczyła mnie płeć tej osoby. Nie widziałem dokładnie jak wygląda, więc mogłem się pomylić. Zdziwiłem się, bo jeszcze nigdy nie widziałem tak uroczej osoby. Miał długie, jasne włosy, delikatne rysy twarzy, duże, czekoladowe oczy otoczone gęstymi, ciemnymi rzęsami, pełne, czerwone usta i szczupłe, blade ciało.
Uśmiechnąłem się.
 - Mogę ci jakoś pomóc? – zagadałem.
 - Tak. Zabij mnie! Będę miał spokój.
Otworzyłem szeroko oczy zaskoczony.
 - Ale… - Co mam mu powiedzieć? – Na pewno nie jest, aż tak źle.
 - Skąd ty możesz wiedzieć?! Mieszkam w pieprzonym domu dziecka. Nie mam tam życia przez swój wygląd! Taka grupka ciągle się ze mnie śmieje, bo jestem jak baba! Wielkie oczy, długie włosy o nieokreślonym kolorze. Ani blond, ani rude. Chudy, niski, delikatne rysy, duże wargi. Nawet wolę chuje w dupie, aniżeli… - zamilkł.
Skrzywiłem się trochę.
 - Takie słowa z ust tak słodkiej osoby? Wiem, że w twoim przypadku to nie jest komplement, ale tak to potraktuj.
 - Nawet nie uciekniesz z obrzydzeniem na wiadomość, że jestem pedałem, cwelem, ciotą, itd.?!
 - Nie. – Starałem się być spokojny. – Nie mów tak. Są inne określenia. Na przykład homoseksualista, gej, a nie…
 - Pff… zostaw mnie... albo daj nóż.
 - Mam lepszy pomysł: chodź do mnie. Zjesz obiad i może pożyczę ci coś ciepłego – wskazałem ręką na jego ubranie.
Tak naprawdę była wczesna wiosna, a on był w samej piżamie. Pomińmy różowy kolor.
Patrzył na mnie jakbym był z innej planety.
 - Albo jesteś homo albo głuchy i ślepy, bo w anioły nie wierzę.
 - Żadna z powyższych opcji. Po prostu nie lubię jak ktoś płacze i ma tak niską samoocenę. – Podałem mu rękę. – Idziesz? Za… - zerknąłem na zegarek – 5 minut powinien przyjechać mój cudowny, nowoczesny pojazd zwany autobusem.
Uśmiechnął się delikatnie. Zrobiły mu się dołeczki na policzkach przez co wyglądał jeszcze śliczniej.
 - No… - ponagliłem go.
 - OK… - Nieufnie skorzystał z mojej pomocy i wstał.
Usiedliśmy na ławce. Przyjrzałem mu się dokładniej. Naprawdę wyglądał uroczo. Był jednak bardzo szczupły, nawet pokusiłbym się o stwierdzenie chudy. Wyciągnąłem kanapkę. Nie rozumiem po co mi ją robią skoro wiedzą, że jej nie zjem. Przynajmniej raz się przyda.
 - Chcesz? – podałem mu ją.
 - Mhm… - udawał, że nie robi mu to różnicy, ale widziałem jak patrzy na nią.
Szybko został tylko worek i papier, w który było zawinięte moje śniadanie. Tak się śpieszył, że się zakrztusił.
 - Masz – podałem butelkę napoju.
Wypił dłużkiem.
 - Sorki – oddał pustą.
 - Spoko. Tak w ogóle to jestem Marcin.
 - Marek. Przynajmniej imię nie mam jakieś…
 - Stop! Nie chcę tego słyszeć.
Wzruszył ramionami i powiedział coś niezrozumiałego pod nosem.
Zaczęło mu się nudzić więc zaczął cicho śpiewać. Otworzyłem szeroko oczy.
 - Wow…
 - Co? – Znowu patrzył na mnie jak na wariata.
 - Ty zdajesz sobie sprawę jaki masz głos?
 - Pedalski?
 - Nie! Piękny. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś śpiewał równie czysto i… no po prostu masz wielki talent.
 - Serio? – O dziwo nareszcie nie wyglądał tak jakby miał zaraz zadzwonić do psychiatryka żeby mnie zabrali.
 - Tak. To nie może się zmarnować.
 - Hm… - zaczął rozmyślać o tym.
Uśmiechnąłem się. Wyglądał tak uroczo, gdy był zamyślony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz