Rozdział 20.
Szedłem w stronę wyjścia ze szkoły.
Wreszcie koniec! Tyle godzin… jak nauczycielom się chce tak nas katować?
Ciekawe jak idzie nauka Markowi? Eh…
Rozejrzałem się w poszukiwaniu Michała.
Miał pożyczyć mi zeszyt z chemii, bo znowu odleciałem. Dostrzegłem go i podążyłem
w tamtym kierunku. Nagle stanąłem jak wryty. Przyjaciel rozmawiał z kimś.
Wszędzie rozpoznałbym ten kolor włosów, tą figurę, styl. Stał tyłem. Postanowiłem
mimo wszystko podejść, wziąć notatki i ulotnić się szybko, żeby zamknąć się w
pokoju sam na sam ze swoim dołem.
- Mogę ten zeszyt? – Starałem się ignorować
zdziwione spojrzenie Marka.
- Jasne. – Zajrzał do swojego plecaka i
wyciągnął stertę kartek, bo trudno to nazwać czymś innym. – Mam nadzieję, że się
doczytasz.
- Ja też – westchnąłem. – Do jutra.
- Przestańcie! Czy nie możecie normalnie
porozmawiać i wszystko sobie wyjaśnić?! – wybuchnął.
- Z chęcią, ale ktoś uważa inaczej –
wzruszyłem ramionami.
Udawałem obojętność, choć we mnie
wszystko krzyczało.
- Ja już wszystko powiedziałem – usłyszałem lekceważący
ton głosu.
Prychnąłem.
- Nie rozumiesz, że Marcin to teraz tylko
ciało, a jego duch sobie poszedł? Przez ciebie! – przyjaciel nie poddawał się.
- Co mnie to obchodzi? – Obrzucił mnie
nieodgadnionym spojrzeniem.
Otworzyłem szeroko oczy. Co innego nazywanie
cie przez SMS’ y jaki to nie byłeś, a co innego kiedy osoba, którą się kocha
mówi ci, że ma cię gdzieś.
Zamknąłem powieki próbując się
uspokoić. Nic z tego nie wyszło. Obróciłem się napięcie i uciekłem do kibla, po
drodze prawie przewracając jakiegoś pierwszaka. Nie wiem dlaczego, ale
przypomniało mi się dzięki niemu o sprawdzianie po gimnazjum, który miał być
przez trzy dni za tydzień.
Na szczęście było mało uczniów więc
toaleta świeciła pustkami. Oparłem się plecami o ścianę i zjechałem na podłogę.
Zwinąłem się w kłębek. Zacisnąłem pięści i zęby. Starałem się oddychać równo i
się uspokoić. Nic z tego.
Po paru minutach usłyszałem jak ktoś
otwiera drzwi, czyjeś kroki, cisza. Podniosłem trochę głowę. Zobaczyłem
zmartwionego Marka, jednak zaraz przybrał maskę obojętności.
- Wyjdź – powiedziałem.
- Nie, przyszedłem tu, bo nie chcę wam
zanieczyszczać murów szkoły.
- Jak wolisz. W takim razie to ja wychodzę. – Wstałem.
Westchnąłem i z zaciśniętymi pięściami
wyminąłem go. Położyłem rękę na klamce i poczułem coś na swoim nadgarstku. Odwróciłem
się zdziwiony.
- Nie musisz się litować. Jeśli tak wolisz to
cię nie zmuszę – mimo to liczyłem, że zaprzeczy.
- Ja… Przepraszam. – Opuścił głowę. – Nie wiem
co mi odbiło. Jestem samolubny. Bałem się powiedzieć ci prawdę, a ukrywanie
tego stało się trudne zwłaszcza kiedy utwierdziłem się w tym. Nie liczę, że będzie
tak jak wcześniej, ale chociaż mi wybacz.
- Nie umiem być na ciebie zły. – Westchnąłem. – Jaką prawdę?
- Znienawidzisz mnie a to… Chociaż i tak
wszystko spieprzyłem.
- Nie ufasz mi? Tyle razy dawałem ci dowody,
że mi możesz i co się okazuje?
- To może ci się wydać obrzydliwe…
- Powiedz, proszę. Tyle czekałem, tak łatwo się
nie poddam – delikatnie się uśmiechnąłem.
- Nie wiem jak...
- To nie wiem… pokarz?
- Wtedy, tym bardziej, nie zrozumiesz.
- Ufasz mi?
Kiwnął głową.
- Mogę na osobności? Tu jednak jest ryzyko, że
ktoś wejdzie. U ciebie? Zawsze możesz mnie wyrzucić.
- Coś w tych twoich SMS’ ach było, bo faktycznie teraz
tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Chodź.
- Akurat – mruknął pod nosem.
W ostatniej chwili wpadliśmy do
autobusu. Tak jak kiedyś… - pomyślałem.
Weszliśmy do środka. Uprzedziłem go wcześniej, że rodziców nie ma. Stanąłem w
pokoju i czekałem. Podszedł do mnie, ale zaraz odsunął się.
- Usiądź. Tak będzie wygodniej – poinstruował mnie.
Wzruszyłem ramionami i spełniłem jego
polecenie.
- A teraz zamknij oczy i nie otwieraj póki nie
pokarzę.
- Ciekawe jak zobaczę – mimo to, wykonałem zadnie.
Usłyszałem westchnienie i poczułem
coś na moich kolanach. To Marek usiadł na nich okrakiem. Zdziwiłem się, ale nic
nie zrobiłem.
Gdyby mnie pocałował… Ta, głupie ma…
Jego słodkie usta dotknęły moje.
Otworzyłem szeroko oczy. Nie widząc protestu kontynuował. Gdy wyrwałem się z
szoku objąłem go nieporadnie oddając pocałunek. Po chwili odsunął się i
niepewnie na mnie spojrzał.
- Dlaczego? – chciałem się upewnić.
- Nie pozostawałeś bierny! – zauważył.
- Wiem. To jak?
- A jak myślisz?
- No są różne możliwości… Podobam ci się,
zakochałeś się we mnie, miałeś taki kaprys lub d.… O! Inne.
- B.… - wymruczał pod nosem.
- Dobrze usłyszałem? Ty…
- Tak. To teraz dlaczego nie odepchnąłeś mnie?
Podobam ci się, zakochałeś się we mnie, to był twój pierwszy pocałunek i nie
chciałeś go pieprzyć, twoim zdaniem tak trzeba, czy e. inne.
- C…. – smutny próbował wstać, ale
przytrzymałem go – i b.
Otworzył szeroko oczy. Przytuliłem go
mocno.
- Kocham cię – wyszeptałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz