środa, 29 lipca 2015

Nie przestanę cię kochać (część 1) - Rozdział 24.



Rozdział 24.
Tydzień później…
Kiedy Marek mi powiedział o wyjeździe miałem nadzieję, iż żartuje. Widziałem tą złość i smutek w jego oczach, ale nie mogłem uwierzyć. Było mi ciężko zwłaszcza, że nie wyobrażałem sobie jednego dnia bez tego słodkiego uśmiechu i dużych, czekoladowych oczu. Na szczęście jest telefon, Internet, lecz to nie to samo. Nie da się dotknąć, pocałować, przytulić kogoś przez kamerkę. Ja się szybciej otrząsnąłem z szoku i pocieszałem chłopaka.
Pojechałem z rodzicami na lotnisko pożegnać go. Chciałem u niego nocować, ale nie udało nam się przekonać jego wujka, a cioci nie było w domu.
Z daleka widziałem te rudoblond włosy z czerwona grzywką, różową bluzkę i niebieskie spodnie. Podbiegłem i przytuliłem go.
 - Cześć.
 - Hej. – Przywarł do mnie mocniej.
Usłyszałem westchnienie pana Adama, pełne zniecierpliwienia.
 - Dzień dobry. – Pdniosłem głowę.
 - Witaj. – Zobaczyłem łzy w oczach pani Marty.
Uśmiechnąłem się do niej. Wujek nic nie powiedział.
Chłopak stanął na palcach i wpił się zachłannie w moje usta. Poczułem słony smak. Płacze? Ująłem jego twarz w dłonie pogłębiając pocałunek. Miał mokre policzki. Kiedy zaczęło brakować nam powietrza odsunęliśmy się niechętnie.
 - Kocham cie – wyszeptałem.
 - Marcin… - zaczęła niepewnie pani Marta – możesz do nas przyjeżdżać kiedy chcesz.
 - Dziękuję – odpowiedziałem, ciągle patrząc na Marka.
 - Musimy już iść – wtrącił się pan Adam.
 - Mamy jeszcze czas – protestował chłopak.
 - A odprawa i…
 - Zamknij się! – wrzasnęła ciocia. – Daj im chwilę!
Wszyscy byli w szoku.
 - A-ale… - próbował się bronić, lecz kobieta go uciszyła.
 - A… gdybym został na wakacje u Marcina…? – spytał zdenerwowany chłopak.
 - Jasne! – szybko się zgodziłem. – Mamo, tato?
 - Synku… - zaczęła – nie mam nic przeciwko, ale nie wiem, jak rodzice Marka zareagują.
 - Nie – odpowiedział wujek, szybko uspokojony wzrokiem pani Marty. – To znaczy… nie jest to dobrzy pomysł, bo… musi się przyzwyczaić do nowego miejsca, nowych kolegów, a te dwa miesiące nie spowodują, że łatwiej będzie się im rozstać.
Nikt nic nie powiedział. Nie wiedzieliśmy co.
Nagle się rozpadało.
 - Nawet niebo płacze – próbował zażartować Marek.
Wszyscy uciekli pod dach, a my dwaj staliśmy w tym samym miejscu całując się, cali mokrzy. Objąłem go w pasie przyciągając (o ile to możliwe) bliżej, a on wplótł pale w moje włosy pogłębiając pocałunek. Nic się wtedy nie liczyło, tylko to drobne ciałko i słodkie wargi.
 - Rozchorujecie się! – usłyszałem kobiecy głos, chyba matki.
Zignorowałem to.
Tak szybko jak zaczęło lać, tak szybko przestało. Brakowało nam tchu i odsunęliśmy nasze twarze od siebie na parę centymetrów opierając się czołami. Nie przeszkadzało mi, że musiałem się pochylić. Uśmiechnąłem się, aby dodać mu otuchy i pogłaskałem po policzku.
 - Musisz iść – niechętnie powiedziałem.
 - Wiem. – Mimo to nie ruszył się nawet trochę.
Przytuliłem go.
 - Kocham cię…
 - …i nie przestanę – dokończył za mnie.
Cmoknąłem go.
 - Idź. Tylko zadzwoń jak dolecisz.
Kiwnął głową i poszedł. Patrzyłem jak odchodzi. Ubranie się do niego kleiło i wyglądał zbyt seksownie żebym mógł go puścić. Pobiegłem za nim i ostatni raz go pocałowałem.
 - Cześć.
 - Cześć – westchnął i poszedł co chwilę się odwracając.
Stałem ciągle mu machając.
To był najgorszy dzień mojego życia…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz