Rozdział 24.
Tydzień później…
Kiedy Marek mi powiedział o wyjeździe
miałem nadzieję, iż żartuje. Widziałem tą złość i smutek w jego oczach, ale nie
mogłem uwierzyć. Było mi ciężko zwłaszcza, że nie wyobrażałem sobie jednego
dnia bez tego słodkiego uśmiechu i dużych, czekoladowych oczu. Na szczęście jest
telefon, Internet, lecz to nie to samo. Nie da się dotknąć, pocałować,
przytulić kogoś przez kamerkę. Ja się szybciej otrząsnąłem z szoku i
pocieszałem chłopaka.
Pojechałem z rodzicami na lotnisko
pożegnać go. Chciałem u niego nocować, ale nie udało nam się przekonać jego
wujka, a cioci nie było w domu.
Z daleka widziałem te rudoblond włosy
z czerwona grzywką, różową bluzkę i niebieskie spodnie. Podbiegłem i
przytuliłem go.
- Cześć.
- Hej. – Przywarł do mnie mocniej.
Usłyszałem westchnienie pana Adama,
pełne zniecierpliwienia.
- Dzień dobry. – Pdniosłem głowę.
- Witaj. – Zobaczyłem łzy w oczach pani Marty.
Uśmiechnąłem się do niej. Wujek nic
nie powiedział.
Chłopak stanął na palcach i wpił się zachłannie
w moje usta. Poczułem słony smak. Płacze?
Ująłem jego twarz w dłonie pogłębiając pocałunek. Miał mokre policzki. Kiedy zaczęło
brakować nam powietrza odsunęliśmy się niechętnie.
- Kocham cie – wyszeptałem.
- Marcin… - zaczęła niepewnie pani Marta –
możesz do nas przyjeżdżać kiedy chcesz.
- Dziękuję – odpowiedziałem, ciągle patrząc na
Marka.
- Musimy już iść – wtrącił się pan Adam.
- Mamy jeszcze czas – protestował chłopak.
- A odprawa i…
- Zamknij się! – wrzasnęła ciocia. – Daj im chwilę!
Wszyscy byli w szoku.
- A-ale… - próbował się bronić, lecz kobieta
go uciszyła.
- A… gdybym został na wakacje u Marcina…? –
spytał zdenerwowany chłopak.
- Jasne! – szybko się zgodziłem. – Mamo, tato?
- Synku… - zaczęła – nie mam nic przeciwko,
ale nie wiem, jak rodzice Marka zareagują.
- Nie – odpowiedział wujek, szybko uspokojony
wzrokiem pani Marty. – To znaczy… nie jest to dobrzy pomysł, bo… musi się
przyzwyczaić do nowego miejsca, nowych kolegów, a te dwa miesiące nie
spowodują, że łatwiej będzie się im rozstać.
Nikt nic nie powiedział. Nie
wiedzieliśmy co.
Nagle się rozpadało.
- Nawet niebo płacze – próbował zażartować
Marek.
Wszyscy uciekli pod dach, a my dwaj
staliśmy w tym samym miejscu całując się, cali mokrzy. Objąłem go w pasie przyciągając
(o ile to możliwe) bliżej, a on wplótł pale w moje włosy pogłębiając pocałunek.
Nic się wtedy nie liczyło, tylko to drobne ciałko i słodkie wargi.
- Rozchorujecie się! – usłyszałem kobiecy
głos, chyba matki.
Zignorowałem to.
Tak szybko jak zaczęło lać, tak
szybko przestało. Brakowało nam tchu i odsunęliśmy nasze twarze od siebie na
parę centymetrów opierając się czołami. Nie przeszkadzało mi, że musiałem się pochylić.
Uśmiechnąłem się, aby dodać mu otuchy i pogłaskałem po policzku.
- Musisz iść – niechętnie powiedziałem.
- Wiem. – Mimo to nie ruszył się nawet trochę.
Przytuliłem go.
- Kocham cię…
- …i nie przestanę – dokończył za mnie.
Cmoknąłem go.
- Idź. Tylko zadzwoń jak dolecisz.
Kiwnął głową i poszedł. Patrzyłem jak
odchodzi. Ubranie się do niego kleiło i wyglądał zbyt seksownie żebym mógł go puścić.
Pobiegłem za nim i ostatni raz go pocałowałem.
- Cześć.
- Cześć – westchnął i poszedł co chwilę się odwracając.
Stałem ciągle mu machając.
To był najgorszy dzień mojego życia…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz