Rozdział 2.
Przyszliśmy do mojego mieszkania
odprowadzeni wzrokiem wścibskiej sąsiadki.
- Cześć! Przyprowadziłem kolegę – krzyknąłem w
pusta przestrzeń.
- Och. Dobrze – wyjrzała z kuchni mama –
właśnie kończę gołąbki.
- Serio??? Wiesz, że jesteś najlepsza?
- Codziennie przed obiadem mi to przypominasz. – Uśmiechnęła się i kontynuowała obiad.
- Chodź – zaciągnąłem chłopaka do pokoju
naprzeciwko wejścia.
Rozejrzał się.
- Usiądź – wskazałem fotel. – Co by ci dać… - zastanawiałem
się na głos.
- Byle ładne.
- Jesteś w samej piżamie i będziesz mi tu
wybrzydzać?
- Przynajmniej jest ładna.
- I różowa – mruknąłem pod nosem.
- Jak przystało na…
- Zamknij się – zdenerwował mnie. – Nie musisz
się tak ubierać.
- Ale mi się podoba – wzruszył ramionami. – Przez to mam więcej problemów, lecz nie zmienię stylu dla świętego spokoju.
Zresztą i tak wyglądam jak baba, więc nie wiele by to zmieniło.
- Eh… dobra zrobimy tak: ty coś wybierz i
kiedyś mi oddasz. Idę pomóc rodzicom.
- Jasne. Co my tu mamy… - podszedł do szafy.
Rozłożyłem sztućce na stole i
poszedłem po Marka.
Otworzyłem drzwi i zaniemówiłem.
Wpatrywałem się w niego nie mogąc nic zrobić. Był bez bluzki. Znaczy właśnie ją
zakładał. Odwrócony był tyłem do mnie. Lecz to co mnie tak zaskoczyło to liczne
siniaki. Świeże i stare. Zerknął przez ramię i mnie zobaczył.
- Długo się tak na mnie gapisz?
- Właśnie wszedłem… kto ci to zrobił??? Ci z
domu dziecka?
- Ale co? – udawał, że nie wie o czym ja
mówię.
Podszedłem do niego i podwinąłem jego
koszulkę, właściwie to moją.
- To – wskazałem na posiniaczone ciało.
Z bliska wyglądały jeszcze straszniej.
- Bywało gorzej – mruknął.
- SŁUCHAM??? Nie ruszaj się stąd.
Wybiegłem z pokoju do łazienki. Dopadłem
pudełko z lekami. Wyciągnąłem maść na tego typu urazy i wróciłem.
- Zdejmij – rozkazałem.
- Po co?
Westchnąłem i sam z niego ściągnąłem
bluzkę. Na szczęście była dużo za duża.
- Ej! Co ty robisz?! – Wyrwał mi materiał z
rąk.
- Połóż się – wskazałem łóżko.
- A jak nie?
- Nie denerwuj mnie… jak tego nie zrobisz to
wskakuj w swoją piżamę i wracaj do siebie bez gołąbków.
- Ale… - przestraszył się. – Ale ja uwielbiam
je.
- Więc?
- Eh… - Spełnił moje polecenie.
Usiadłem obok niego i zacząłem smarować
mu plecy. Kiedy skończyłem poleciłem:
- Odwróć się.
Bez słowa sprzeciwu zrobił to o co o
prosiłem. Kiedy skończyłem wstałem i uśmiechnąłem się.
- Uważaj na siebie. Ubieraj się i chodź na
obiad. – Udałem się do wyjścia.
- Marcin…
- No? – Odwróciłem się.
- Dziękuję – wyglądał na zawstydzonego. – Źle o
tobie myślałem. Przepraszam.
Żałuj, że nie widzisz jak teraz uroczo wyglądasz. Ten
chłopak to sama słodycz.
- Spoko, rozumiem. Idziesz?
- Już! – Wyszczerzył się. – Gołąbki, nadchodzę!
Zaśmiałem się i poszliśmy do kuchni.
Usiadłem obok gościa.
- Dzień dobry! – przywitał się.
- Witaj… - zaczął ojciec.
- Marek – dokończył.
- Ach. Marcin nigdy o tobie nie wspominał –
wtrąciła się matka.
- Nie znamy się długo – odpowiedziałem za
niego.
- Podaj talerz. Nałożę ci.
- Proszę – uśmiechnął się.
W tym momencie w ogóle nie
przypominał tamtego zakompleksionego chłopaka. Dziwiłem się jak w ciągu chwili
się zmienił.
- Uważaj. Znając moją rodzinkę zaraz zasypią
cię tysiącem pytań – szepnąłem.
- Nie ma sprawy. Dziękuję – wziął swoja
porcję.
- Jak się poznaliście? – zaczęła kobieta.
Spojrzał na mnie jakoś dziwnie.
- Pomógł mi kiedy byłem w trudnej sytuacji –
spokojnie powiedział.
- Tak, Marcin to dobry chłopak. Podaj talerz –
ostatnie słowa skierowała do mnie.
- Już – wręczyłem naczynie.
- Ile masz lat? – tym razem spytał ojciec.
- W tym roku kończę 16.
- To tak jak nasz synek – uśmiechnęła się mama. – Trzymaj – podała obiad.
- Dzięki.
- Kochanie… - od razu tata, wiedział o co
chodzi.
Dała również mu i sobie. Usiadła przy
stole.
- Rodzice wiedzą, że tu jesteś? – dopytywała.
- Yy… to raczej nie możliwe – posmutniał. – Mieszkam w domu dziecka.
- Oj. Przepraszam.
- Nic nie szkodzi. – Zmusił się do delikatnego
uśmiechu.
- Śliczny kolor włosów. Naturalny? – Wzięła do
ręki kilka pasm z grzywki chłopaka.
- Tak, podoba się pani? - zdziwił się. - Mi
niekoniecznie. Nie wiem jak go nazwać. Ani blond, ani rude.
- Żartujesz? Są piękne. I jakie zadbane. – W końcu zabrała dłoń.
- Dziękuję.
- Moja żona jest fryzjerką – powiedział tata.
- I dlatego się znam – dodała.
- Pyszne. Myślałem, że kucharką. – Skończył swoja
porcje.
- O, jakiś ty kochany. – Wzięła nasze talerze.
- Musiałeś się bardzo wdać w mamę – zauważył ojciec.
Z jego twarzy zniknął uśmiech.
- Ta…
- Oj. Kochanie nie przejmuj się – zauważyła jego
zmianę nastroju. – Przemek, myśl co mówisz!
- Nic się nie stało… - Marek próbował ją
uspokoić.
- Przepraszam. Chciałem powiedzieć, że masz
takie delikatne rysy – tata próbował się bronić.
- Zauważyłem – powiedział oschle chłopak. – Dzień w dzień w to widzę.
- Nie martw się. Jesteś śliczny. – Uśmiechnęła się mama.
- Ta…
Po chwili milczenia niepewnie zerknął
na moich rodziców.
- Przepraszam. Ja… nie jestem zadowolony z
tego jak wyglądam. Jestem zbyt… dziewczęcy.
- Coś ty! – zaprzeczyła kobieta. – Może troszkę.
Ale jesteś naprawdę uroczy. Dla nastolatka może to nie jest komplement, lecz to
do razu nasuwa mi się na myśl.
- Marcin też tak powiedział. – Zerknął na mnie.
- Widzisz? – uśmiechnęła się.
- Która… - spojrzał na zegarek na ścianie. – O nie!
Przepraszam, ale muszę już iść.
- Podwieźć cię? – spytał ojciec. – Od razu
mówię, że to nie kłopot.
- Yy… No dobrze. Dziękuję.
- Nie ma sprawy. Chodź. – Wstał od stołu.
Marek zrobił to samo, lecz poszedł ze
mną jeszcze do pokoju. Podałem mu jego piżamę i wyciągnąłem jakąś kurtkę, w
której nie lubiłem chodzić. Co ona tu
jeszcze robi???
- To akurat możesz zabrać nawet na zawsze –
wskazałem rzecz.
- Nie w moim stylu… może ktoś inny będzie
chciał – uśmiechnął się.
- Pa – pożegnałem się.
- Pa… Ej! Jak mam ci oddać te ubrania?
- Em… jutro będziesz tam gdzie dzisiaj?
- Dobra. Do jutra – pomachał. – Naprawdę dziękuję.
Wyszedł, a ja powróciłem myślami do jego
siniaków. Jak oni mogli mu to zrobić?! I
nikt tego nie zauważył??? To absurd…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz