środa, 1 lipca 2015

Nie przestanę cię kochać (część 1) - Rozdział 4.



Rozdział 4.
Naprawdę się bałem o niego. Miałem nadzieję, że spotkam go znowu na przystanku i pojedziemy do mnie. To byłby trzeci dzień z rzędu, a już był to główny powód, abym chodził do szkoły.
Przyszedłem na miejsce. Odłożyłem plecak na ławkę i poszedłem za przystanek. Na szczęście siedział tam skulony. Potrząsnąłem jego ramieniem. Podniósł głowę i uśmiechnął się. Widziałem, że sztucznie, lecz nie komentowałem tego.
 - Jesteś cały? – Usiadłem obok.
 - Mhm… - Przygryzł delikatnie wargę.
O co chodzi? Zastanawiałem się, ale nie chciałem naciskać.
Zamknął oczy i oparł głowę o ścianę.
 - Tak pomyślałem… mógłbym dziś spać u ciebie? Wziąłbym tylko swoje ciuchy.
Nie wiedziałem co powiedzieć. Milczałem, aż przyszło mi do głowy pytanie:
 - Chodzisz do szkoły?
 - Tak.
Był zbyt spokojny. On albo się ciągle śmiał albo płakał i krzyczał na przemian.
Po chwili milczenia odezwał się.
 - Jeśli nie to po prostu powiedz.
 - Nie o to chodzi. Zaskoczyłeś mnie.
 - Boisz się spać w jednym mieszkaniu z ciotą? Wystarczy powiedzieć, że się mną brzydzisz.
 - Nie! Bardzo cię lubię. – Uchylił jedną powiekę i zerknął na mnie. – W tym całym domu dziecka… pozwolili ci?
 - To nie byłby pierwszy raz kiedy uciekam, ale tak, powiedziałem.
 - Serio?
 - Mhm… czasami za bardzo się bałem. – Westchnął. – To jak?
 - Rodzice raczej się zgodzą… a mógłbym tam nie wchodzić?
 - Do bidula? Jasne, mogę wiedzieć dlaczego?
Ten spokój był… delikatnie mówiąc dziwny. Oczywiście w jego wykonaniu, bo tak to jest dla mnie coś w miarę normalnego.
 - Ci… jak – im - tam mogliby mnie zobaczyć. Nie to, że się ich boję, ale nie byłbym wiarygodny gdybym musiał znowu ich zmylić.
 - Ta… a dlaczego pytałeś o budę?
Westchnąłem.
 - Bo za każdym razem ty już jesteś, od tygodnia, a ja tu idę zaraz po zajęciach. To trochę dziwne.
 - Autobus.
 - Co? A… - Zamknąłem oczy i oprałem się o ścianę. - AUTOBUS???
Wystrzeliłem jak z procy ciągnąc za sobą kolegę. Prawie plecaka zapomniałem. Usiadłem i wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem.
 - Ty masz jakiś radar? – Złapałem się za bolący ze śmiechu brzuch.
 - Kto wie? – Uśmiechnął  się.
Przyjechaliśmy na miejsce i popędziliśmy na górę.
 - Czy to są… NALEŚNIKI? – wyszczerzył się chłopak.
 - Tak! – odkrzyknęła mama. – Z serem, brzoskwiniami i rodzynkami.
 - Kocham panią. – Wpadł do kuchni.
 - Ha, ha, ha!
 - I co my tu mamy dzisiaj…? – zaczął tata.
Wszedłem do pomieszczenia. Szczerze mówiąc to sam nie wiedziałem jak się ubrał. Miał się dziś ubrać jeszcze dziwniej.
Zilustrowałem go od stup do głów. Miał czerwone, obcisłe spodnie z dziurami, czarny pasek wysadzany ćwiekami, czy jak to się tam nazywa, białą bluzkę z krótkim rękawem postrzępioną na końcach z nieokreślonymi bazgrołami w różnych odcieniach niebieskiego i żółtego i, tak żeby do niczego nie pasowały, różowe skarpetki. Na rękach miał mnóstwo kolorowych bransoletek również z ćwiekami, a na szyi srebrny wisiorek z znakiem nieskończoności.
 - Nie miałem czasu, żeby znaleźć coś na tyle innego, ale widząc po pana minie to chyba wystarczy.
  -Ha, ha, ha! Jesteś zdrowo pieprznięty – zaczęli się śmiać.
 - Przemek! Jak ty mówisz przy nich!
 - Monika, skarbie, ty myślisz, że oni gorszych słów nie słyszeli?
 - Eh… jak ja z tobą wytrzymuję?
 - To proste: kochasz mnie. – Przyciągnął ja za łokieć i cmoknął w usta.
Uśmiechnąłem się.
 - Smacznego – podała na stół wielki talerz naleśników.
 - Mm! Pyszne. – Oblizał się chłopak, kiedy skończył pierwszego.
 - Ha, ha, ha! Oni cie tam nie karmią czy co? Zawsze tu jesz jakbyś pierwszy raz miał w ustach jedzenie – tata nie mógł się powstrzymać.
 - Przepraszam. Zawsze miałem wielki apetyt, a do tego pani tak gotuje, że czuję się jak w niebie. – Sięgnął po kolejnego.
 - Dziękuję – uśmiechnęła się mama.
 - Słuchajcie mam, a właściwie to mamy, do was sprawę… - zacząłem.
 - Zgodziłeś się? – nigdy nie widziałem, żeby był tak szczęśliwy.
 - No przecież ci mówiłem, że po prostu mnie zaskoczyłeś. Więc: czy Marek mógłby dziś u nas spać?
 - O… - zdziwili się.
 - Jasne! – wyszczerzył się ojciec.
 - A możesz? – spytała matka.
 - Tak. Tylko mógłby pan ze mną jechać po moje rzeczy, bo nie byłem pewny czy się państwo zgodzicie i żeby przekazać, że zobowiązuje się pan do opieki mną przez ten czas czy coś takiego…
 - Nie ma sprawy młody. To skończymy i mogę jechać.
 - Dziękuję – uśmiechnął się. – A co do obiadu… niech mnie pani adoptuje! – chichotał.
Na początku zdziwiła się, ale gdy zrozumiała, że żartuje również zaczęła się śmiać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz