Rozdział 4.
Naprawdę się bałem o niego. Miałem
nadzieję, że spotkam go znowu na przystanku i pojedziemy do mnie. To byłby
trzeci dzień z rzędu, a już był to główny powód, abym chodził do szkoły.
Przyszedłem na miejsce. Odłożyłem
plecak na ławkę i poszedłem za przystanek. Na szczęście siedział tam skulony.
Potrząsnąłem jego ramieniem. Podniósł głowę i uśmiechnął się. Widziałem, że
sztucznie, lecz nie komentowałem tego.
- Jesteś cały? – Usiadłem obok.
- Mhm… - Przygryzł delikatnie wargę.
O co chodzi? Zastanawiałem
się, ale nie chciałem naciskać.
Zamknął oczy i oparł głowę o ścianę.
- Tak pomyślałem… mógłbym dziś spać u ciebie?
Wziąłbym tylko swoje ciuchy.
Nie wiedziałem co powiedzieć.
Milczałem, aż przyszło mi do głowy pytanie:
- Chodzisz do szkoły?
- Tak.
Był zbyt spokojny. On albo się ciągle
śmiał albo płakał i krzyczał na przemian.
Po chwili milczenia odezwał się.
- Jeśli nie to po prostu powiedz.
- Nie o to chodzi. Zaskoczyłeś mnie.
- Boisz się spać w jednym mieszkaniu z ciotą?
Wystarczy powiedzieć, że się mną brzydzisz.
- Nie! Bardzo cię lubię. – Uchylił jedną
powiekę i zerknął na mnie. – W tym całym domu dziecka… pozwolili ci?
- To nie byłby pierwszy raz kiedy uciekam, ale
tak, powiedziałem.
- Serio?
- Mhm… czasami za bardzo się bałem. – Westchnął. – To jak?
- Rodzice raczej się zgodzą… a mógłbym tam nie
wchodzić?
- Do bidula? Jasne, mogę wiedzieć dlaczego?
Ten spokój był… delikatnie mówiąc
dziwny. Oczywiście w jego wykonaniu, bo tak to jest dla mnie coś w miarę normalnego.
- Ci… jak – im - tam mogliby mnie zobaczyć.
Nie to, że się ich boję, ale nie byłbym wiarygodny gdybym musiał znowu ich zmylić.
- Ta… a dlaczego pytałeś o budę?
Westchnąłem.
- Bo za każdym razem ty już jesteś, od tygodnia, a ja tu idę zaraz po zajęciach. To trochę dziwne.
- Autobus.
- Co? A… - Zamknąłem oczy i oprałem się o ścianę. - AUTOBUS???
Wystrzeliłem jak z procy ciągnąc za
sobą kolegę. Prawie plecaka zapomniałem. Usiadłem i wybuchnąłem niepohamowanym
śmiechem.
- Ty masz jakiś radar? – Złapałem się za
bolący ze śmiechu brzuch.
- Kto wie? – Uśmiechnął się.
Przyjechaliśmy na miejsce i popędziliśmy
na górę.
- Czy to są… NALEŚNIKI? – wyszczerzył się
chłopak.
- Tak! – odkrzyknęła mama. – Z serem,
brzoskwiniami i rodzynkami.
- Kocham panią. – Wpadł do kuchni.
- Ha, ha, ha!
- I co my tu mamy dzisiaj…? – zaczął tata.
Wszedłem do pomieszczenia. Szczerze
mówiąc to sam nie wiedziałem jak się ubrał. Miał się dziś ubrać jeszcze
dziwniej.
Zilustrowałem go od stup do głów.
Miał czerwone, obcisłe spodnie z dziurami, czarny pasek wysadzany ćwiekami, czy
jak to się tam nazywa, białą bluzkę z krótkim rękawem postrzępioną na końcach z
nieokreślonymi bazgrołami w różnych odcieniach niebieskiego i żółtego i, tak żeby
do niczego nie pasowały, różowe skarpetki. Na rękach miał mnóstwo kolorowych bransoletek
również z ćwiekami, a na szyi srebrny wisiorek z znakiem nieskończoności.
- Nie miałem czasu, żeby znaleźć coś na tyle
innego, ale widząc po pana minie to chyba wystarczy.
-Ha, ha, ha! Jesteś zdrowo pieprznięty – zaczęli się śmiać.
- Przemek! Jak ty mówisz przy nich!
- Monika, skarbie, ty myślisz, że oni gorszych
słów nie słyszeli?
- Eh… jak ja z tobą wytrzymuję?
- To proste: kochasz mnie. – Przyciągnął ja za
łokieć i cmoknął w usta.
Uśmiechnąłem się.
- Smacznego – podała na stół wielki talerz
naleśników.
- Mm! Pyszne. – Oblizał się chłopak, kiedy
skończył pierwszego.
- Ha, ha, ha! Oni cie tam nie karmią czy
co? Zawsze tu jesz jakbyś pierwszy raz miał w ustach jedzenie – tata nie mógł
się powstrzymać.
- Przepraszam. Zawsze miałem wielki apetyt, a
do tego pani tak gotuje, że czuję się jak w niebie. – Sięgnął po kolejnego.
- Dziękuję – uśmiechnęła się mama.
- Słuchajcie mam, a właściwie to mamy, do was
sprawę… - zacząłem.
- Zgodziłeś się? – nigdy nie widziałem, żeby był
tak szczęśliwy.
- No przecież ci mówiłem, że po prostu mnie
zaskoczyłeś. Więc: czy Marek mógłby dziś u nas spać?
- O… - zdziwili się.
- Jasne! – wyszczerzył się ojciec.
- A możesz? – spytała matka.
- Tak. Tylko mógłby pan ze mną jechać po moje
rzeczy, bo nie byłem pewny czy się państwo zgodzicie i żeby przekazać, że zobowiązuje
się pan do opieki mną przez ten czas czy coś takiego…
- Nie ma sprawy młody. To skończymy i mogę
jechać.
- Dziękuję – uśmiechnął się. – A co do obiadu…
niech mnie pani adoptuje! – chichotał.
Na początku zdziwiła się, ale gdy
zrozumiała, że żartuje również zaczęła się śmiać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz