piątek, 3 lipca 2015

Nie przestanę cię kochać (część 1) - Rozdział 12.



Rozdział 12.
Tradycyjnie pędziłem na przystanek ciesząc się, że znowu spotkam tą dziwną, kolorową osobę.
 - He… - zatkało mnie – ...ej.
 - Ładnie? Sam proponowałeś! – Piękny uśmiech pojawił się spod CZERWONEJ grzywki.
 - Wow… - To on może wyglądać lepiej?
 - I?! No powiedz coś!
 - Co się tak przejmujesz moją opinią?
 - A żebyś wiedział! Podoba ci się czy nie? Nie wytrzymam tego stresu.
 - No wiesz… - Mina mu zrzedła. – Ha, ha, ha! Świetnie.
 - Serio? – Od razu kąciki ust skierowały się do góry. – Mi też się podoba.
 - Pośpieszyłeś się.
 - Wiem, wiem… Słuchaj! Już za kilka dni się przeprowadzam!
 - Jak to? – O nie… - Przecież procedury adopcyjne trwają długo.
 - Oj, no nie na stałe. Postanowili, iż na tydzień abym się zaklimatyzował czy coś. Nie martw się! – dostrzegł, że nie pajam takim entuzjazmem jak on.
 - Jasne – westchnąłem.
 - Uśmiech, please!
Spełniłem jego prośbę.
 - A teraz szczery. – Pokręcił głową. – Ja również nie wiem jak zareagują na moja propozycję, ale mogę ich trochę zaszantażować. To w końcu ode mnie zależy w dużym stopniu czy zostaną moimi rodzicami.
 - Uważaj, bo wybiorą innego nastolatka. Co prawda nie takiego, gdyż taki jak ty to zdarza się jeden na… Ziemię? Nie wiem jak jest w kosmosie wśród twojej rodzinki.
 - Pff… - mimo wszystko nie mógł się powstrzymać od śmiechu. – Na Marsie nie widziałem nikogo podobnego.
 - No widzisz? Nawet tam nie znajdą drugiego takiego jak ty.
 - Jestem wyjątkowy! Powinni się o mnie bić jak o towar luksusowy!
 - Towar? No nie wiem czy to odpowiednie określenie.
 - Za bardzo z dziwką się kojarzy? Lepiej nie…
Pokręciłem głową i wskazałem na pojazd jadący w naszym kierunku.
 - Autobus.
 - Co ty nie powiesz? A nie statek UFO?
Śmiejąc się wsiedliśmy do środka.
 - Ciekawe jak zareaguje tata na widok twojego koloru włosów.
 - Ha, ha, ha! No nie pomyślałem nawet. Ciągle komentuje mój strój, a teraz dojdzie fryzura… Jaki ja jestem dla niego miły! Daje mu tyle tematów.
 - A żebyś wiedział.
Wysiedliśmy i poszliśmy do mnie.
 - Panie przodem – przepuściłem go.
Zmierzył mnie wzrokiem mówiącym jedno – ZGINIESZ!
Starałem się jak najbardziej upodobnić do aniołka. Westchnął i otworzył drzwi. Prawie wbiegliśmy do kuchni czując zapachy na korytarzu.
 - Lasagne?!
 - Mhm – uśmiechnęła  się mama.
 - MAREK??? Co ty… jak miałeś problemy w pomalowaniu pokoju to mogłeś powiedzieć, pomógłbym ci.
 - powiedział tata.
 - Ale o co chodzi? – spytał niewinnie.
 - Ubrudziłeś sobie grzywkę farbą – zaśmiał się. – Myślałem, że niczym mnie już nie zdziwisz.
 - Naprawdę? Ja? No jak pan mógł – oburzył się chłopak.
 - Ha, ha, ha! Siadajcie chłopcy.
 - Proszę – dostałem przed sobą spory talerz makaronu z sosem.
 - Mamo, jesteś najlepsza! – Szczerzyłem się do obiadu jak głupi.
 - Nie wiedziałam – zaśmiała się. – Smacznego.
Z pełnymi brzuchami poszliśmy do pokoju. Rzuciłem się na łóżko.
 - Nie mógłbym w najbliższym czasie u ciebie nocować? – Położył się obok mnie.
 - Co się stało??? – Od razu się podniosłem.
 - Ha, ha, ha! Nic. Ja tylko chciałem zostać dłużej.
 - Nie strasz mnie! – Położyłem rękę na piersi. – Zawału bym dostał.
 - Serce jest po drugiej stronie – uśmiechnął się wrednie.
Szybko się poprawiłem.
I co powiedzieć? Tak? Nie wytrzymam z nim w jednym łóżku. Nie? Ale chcę.
 - Dobra. – Będę tego żałować.
 - Super!
Gadaliśmy długo nawet nie zauważywszy, która godzina.
 - Ej! Nie musisz iść?
 - Przecież mam… Kurwa! Autobus mi uciekł. Poproszę twojego tatę.
 - Mhm… Mówiłem ci, że ja dla mnie wyglądasz za słodko na przekleństwa?
 - Coś mi się obiło o uszy. A ja, że nie jestem słodki?
 - Coś mi się obiło o uszy – wyszczerzyłem się.
 - To dobrze… Co byś zrobił gdybym wyznał ci miłość? – zachował powagę i śmiałem sadzić, iż nie żartuje.
 - Ja… Ale… Przecież… - nie umiałem skleić porządnego zdania.
 - No – ponaglał.
 - To zależy, czy mówiłbyś prawdę i jaki rodzaj. Powiedziałeś już, że mnie kochasz, ale raczej nie w taki sposób.
 - Matko! Jak się przestraszyłeś. – Dostał ataku śmiechu.
 - Zamorduję cię! – Rzuciłem się na niego i tarzaliśmy się.
Po chwili znieruchomiałem, zdając sobie sprawę w jakim byłem położeniu: siedziałem okrakiem na jego udach i trzymałem mu ręce nad głową pochylając się nisko. Znieruchomiałem.
Po chwili ciszy Marek się wtrącił.
 - Marcin… nie żebym się skarżył, ale jesteś trochę ciężki.
Momentalnie się ocknąłem i wstałem.
 - Ta… to cześć.
 - Wyganiasz mnie?
 - Nie, ale jest późno. Do jutra.
 - Pa… - Niepewnie wyszedł. – Proszę pana! Mógłby pan….
Jestem idiotą!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz