Rozdział 12.
Tradycyjnie pędziłem na przystanek
ciesząc się, że znowu spotkam tą dziwną, kolorową osobę.
- He… - zatkało mnie – ...ej.
- Ładnie? Sam proponowałeś! – Piękny uśmiech
pojawił się spod CZERWONEJ grzywki.
- Wow… - To
on może wyglądać lepiej?
- I?! No powiedz coś!
- Co się tak przejmujesz moją opinią?
- A żebyś wiedział! Podoba ci się czy nie? Nie
wytrzymam tego stresu.
- No wiesz… - Mina mu zrzedła. – Ha, ha, ha!
Świetnie.
- Serio? – Od razu kąciki ust skierowały się
do góry. – Mi też się podoba.
- Pośpieszyłeś się.
- Wiem, wiem… Słuchaj! Już za kilka dni się
przeprowadzam!
- Jak to? – O nie… - Przecież procedury adopcyjne trwają długo.
- Oj, no nie na stałe. Postanowili, iż na
tydzień abym się zaklimatyzował czy coś. Nie martw się! – dostrzegł, że nie
pajam takim entuzjazmem jak on.
- Jasne – westchnąłem.
- Uśmiech, please!
Spełniłem jego prośbę.
- A teraz szczery. – Pokręcił głową. – Ja również
nie wiem jak zareagują na moja propozycję, ale mogę ich trochę zaszantażować.
To w końcu ode mnie zależy w dużym stopniu czy zostaną moimi rodzicami.
- Uważaj, bo wybiorą innego nastolatka. Co
prawda nie takiego, gdyż taki jak ty to zdarza się jeden na… Ziemię? Nie wiem
jak jest w kosmosie wśród twojej rodzinki.
- Pff… - mimo wszystko nie mógł się
powstrzymać od śmiechu. – Na Marsie nie widziałem nikogo podobnego.
- No widzisz? Nawet tam nie znajdą drugiego
takiego jak ty.
- Jestem wyjątkowy! Powinni się o mnie bić jak
o towar luksusowy!
- Towar?
No nie wiem czy to odpowiednie określenie.
- Za bardzo z dziwką się kojarzy? Lepiej nie…
Pokręciłem głową i wskazałem na
pojazd jadący w naszym kierunku.
- Autobus.
- Co ty nie powiesz? A nie statek UFO?
Śmiejąc się wsiedliśmy do środka.
- Ciekawe jak zareaguje tata na widok twojego
koloru włosów.
- Ha, ha, ha! No nie pomyślałem nawet. Ciągle
komentuje mój strój, a teraz dojdzie fryzura… Jaki ja jestem dla niego miły! Daje
mu tyle tematów.
- A żebyś wiedział.
Wysiedliśmy i poszliśmy do mnie.
- Panie przodem – przepuściłem go.
Zmierzył mnie wzrokiem mówiącym jedno
– ZGINIESZ!
Starałem się jak najbardziej
upodobnić do aniołka. Westchnął i otworzył drzwi. Prawie wbiegliśmy do kuchni
czując zapachy na korytarzu.
- Lasagne?!
- Mhm – uśmiechnęła się mama.
- MAREK??? Co ty… jak miałeś problemy w pomalowaniu
pokoju to mogłeś powiedzieć, pomógłbym ci.
- powiedział tata.
- Ale o co chodzi? – spytał niewinnie.
- Ubrudziłeś sobie grzywkę farbą – zaśmiał się. – Myślałem, że niczym mnie już nie zdziwisz.
- Naprawdę? Ja? No jak pan mógł – oburzył się
chłopak.
- Ha, ha, ha! Siadajcie chłopcy.
- Proszę – dostałem przed sobą spory talerz makaronu
z sosem.
- Mamo, jesteś najlepsza! – Szczerzyłem się do
obiadu jak głupi.
- Nie wiedziałam – zaśmiała się. – Smacznego.
Z pełnymi brzuchami poszliśmy do
pokoju. Rzuciłem się na łóżko.
- Nie mógłbym w najbliższym czasie u ciebie
nocować? – Położył się obok mnie.
- Co się stało??? – Od razu się podniosłem.
- Ha, ha, ha! Nic. Ja tylko chciałem zostać dłużej.
- Nie strasz mnie! – Położyłem rękę na piersi. – Zawału bym dostał.
- Serce jest po drugiej stronie – uśmiechnął się
wrednie.
Szybko się poprawiłem.
I co powiedzieć? Tak? Nie wytrzymam z nim w jednym łóżku. Nie? Ale chcę.
- Dobra. – Będę
tego żałować.
- Super!
Gadaliśmy długo nawet nie
zauważywszy, która godzina.
- Ej! Nie musisz iść?
- Przecież mam… Kurwa! Autobus mi uciekł.
Poproszę twojego tatę.
- Mhm… Mówiłem ci, że ja dla mnie wyglądasz za
słodko na przekleństwa?
- Coś mi się obiło o uszy. A ja, że nie jestem
słodki?
- Coś mi się obiło o uszy – wyszczerzyłem się.
- To dobrze… Co byś zrobił gdybym wyznał ci
miłość? – zachował powagę i śmiałem sadzić, iż nie żartuje.
- Ja… Ale… Przecież… - nie umiałem skleić porządnego
zdania.
- No – ponaglał.
- To zależy, czy mówiłbyś prawdę i jaki
rodzaj. Powiedziałeś już, że mnie kochasz, ale raczej nie w taki sposób.
- Matko! Jak się przestraszyłeś. – Dostał ataku
śmiechu.
- Zamorduję cię! – Rzuciłem się na niego i
tarzaliśmy się.
Po chwili znieruchomiałem, zdając
sobie sprawę w jakim byłem położeniu: siedziałem okrakiem na jego udach i
trzymałem mu ręce nad głową pochylając się nisko. Znieruchomiałem.
Po chwili ciszy Marek się wtrącił.
- Marcin… nie żebym się skarżył, ale jesteś
trochę ciężki.
Momentalnie się ocknąłem i wstałem.
- Ta… to cześć.
- Wyganiasz mnie?
- Nie, ale jest późno. Do jutra.
- Pa… - Niepewnie wyszedł. – Proszę pana!
Mógłby pan….
Jestem idiotą!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz