Rozdział 17.
Po paru dniach Marek znowu mnie
poprosił, abym był jego chłopakiem. Podobno pan Adam był bardziej niewierzący,
aniżeli myśleliśmy. Z chęcią się zgodziłem chociaż udawałem obojętność.
Tym razem jechałem sam, ale
przyjaciel miał wyjść na przystanek.
Na przywitanie przytulił mnie.
Trzymając się za ręce poszliśmy do niego.
- Dzień dobry! – przywitałem się z państwem
Mazurek.
- Dzień dobry – mało optymistycznie odpowiedział pan domu.
- Witaj! – Natomiast kobieta ucałowała mnie w
policzki. – Miło, że przyszedłeś.
- Dziękuję – uśmiechnąłem się zdziwiony.
- Chodź – chłopak zaprowadził mnie do pokoju.
Usiadłem na fotelu.
- O co chodzi? Widzę – spytałem.
- Myślę co zrobić alby uwierzył i nie
musiałbyś wtedy się tak poświęcać.
- A ty znowu. – Pokręciłem głową. – To jest
nawet zabawne – poza tym nie chcę kończyć. – W zeszłym tygodniu improwizacja podziałała to może dzisiaj też?
- W sumie… Tylko na pewno ci to nie
przeszkadza?
- Tak – westchnąłem. – Jak jeszcze raz spytasz
to sobie pójdę.
- Dobra, dobra – podniósł ręce w geście
obronnym.
- Chłopcy! Pomożecie? – usłyszałem panią
Martę.
- Oczywiście! – odkrzyknęliśmy niemal
równocześnie.
Poszliśmy do kuchni i zaczęliśmy
roznosić sztućce. Kiedy skończyliśmy Marek nalewał zupę. Zobaczyłem uchylone
drzwi i postanowiłem to wykorzystać. Byliśmy sami, więc nie byłoby w tym nic podejrzanego.
Stanąłem za chłopakiem i oparłem się dłońmi
o blat po jego bokach.
- Chyba jest teraz całkiem dobry moment –
wyszeptałem.
Odwrócił się i uniósł jedna brew do
góry. Kiwnąłem głową w stronę wejścia. Szybko zrozumiał i zarzucił ręce na moją
szyję. Zerknął w bok i zobaczyłem jak jego kąciki ust podnoszą się wyżej. Sięgnąłem
za jego plecy i odsunąłem talerz na bok. Chwyciłem go po bokach i pomogłem mu
usiąść na stole. Oplótł mnie nogami w pasie przez co przysunąłem się bliżej.
Zacząłem szeptać mu do ucha byle co. Trochę żartowałem dzięki czemu uroczo się
uśmiechał. Czasami zmieniał się on na bardziej triumfujący. Domyślałem się, że
wtedy przechodził obok i widział to pan Adam.
- Gotowe? – w końcu nie wytrzymał i postanowił
nam przerwać.
- Prawie. – Cmoknąłem go w policzek i odsunąłem
się.
Marek nalał zupę i razem zanieśliśmy
ją to salonu.
- Przepraszam, że to tak długo trwało. To moja
wina – powiedziałem.
- Nic się nie stało – uśmiechnęła się pani
Marta.
- Nic??? Oni się tam prawie pieprzyli na
blacie – oburzył się wujek.
- Widać według pana przytulenie, szeptanie do
ucha, czy całus w policzek to już sex? – spytałem i wrednie się uśmiechnąłem.
Marek prawie, że się zakrztusił słysząc
nasza rozmowę.
- Wszystko dobrze? – Poklepałem go po plecach.
- Tak…
- Jak śmiesz? Jestem od ciebie starszy! – nie dawał
za wygraną pan Adam.
- Widzę – wzruszyłem ramionami i również zająłem
się swoim obiadem.
- Jaki bezczelny!
- Gdybym powiedział, że nie wygląda pan to
chyba by mi pan nie uwierzył – zauważyłem.
Nie wiedziałem jak mogłem tak
spokojnie mówić.
- Nie kłóćcie się – upomniała nas ciocia.
- Przepraszam – uśmiechnąłem się.
Kiedy skończyliśmy jeść Marek
pociągnął mnie za rękę do pokoju. Usiadł na łóżku i obserwował mnie uważnie. Po
chwili nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Natomiast ja stałem nie wiedząc jak
się zachować.
- Nie podejrzewałem cię o coś takiego – w końcu
się uspokoił, ale uśmiech nie schodził z jego twarzy.
- O co?
- Myślałem, że będziesz siedział cicho, czy
coś. Zaskoczyłeś mnie i wiesz co? Chyba powinienem ci bardziej ufać. Jeszcze w
tej sprawie mnie nie zawiodłeś. – Widząc moje oburzone spojrzenie poprawił się: – No dobra, w żadnej.
- No. Serio, aż tak się zdziwiłeś, że się zakrztusiłeś
łyżką zupy?
- Nie codziennie widzi się coś takiego.
Idziemy do nich? Czuję niedosyt w denerwowaniu go.
- Zaczynam się bać. Jeszcze trochę i wpadniesz
na pomysł, abym spał u ciebie i w nocy będziesz wydawał głośno… jęki?
- Dobre! – Założyłem ręce na piersi i skulił
się trochę. – Żartowałem…
- Mam nadzieję. – Pokręciłem głową. – Chodź.
Poszliśmy do salonu, akurat kiedy pani
Marta upominała swojego męża, jak to nie powinien się zachowywać. Cicho się zaśmialiśmy i usiedliśmy na kanapie. Chłopak oparł się o mnie i zaczął się bawić moimi
palcami.
- Właściwie to ja nic o tobie nie wiem.
Opowiedz coś – kobieta zwróciła się do mnie.
- Ja… - Postanowiłem się zemścić za małą wiarę
we mnie. – Kochanie, a może ty coś powiesz?
- Dlaczego??? – Poderwał się. – Jak możesz?!
- Oj no, nie denerwuj się tak. – Pogłaskałem go
po policzku.
- Właśnie. Podobno złość piękności szkodzi – uśmiechnął
się wrednie wujek.
- Markowi to nie grozi. – Objąłem chłopaka.
- Jest taki brzydki, że gorzej być nie może? –
odgryzł się.
- Jeszcze raz pan tak powie o nim to… nie wiem
co, ale coś panu zrobię – zdenerwowałem się.
Jak on śmie tak mówić o tej najpiękniejszej istocie na świecie?!!
- Grozisz mi?
- Tak!
- Spokojnie… - teraz to przyjaciel musiał mnie
uspokajać.
- Przepraszam, ale nie mogę słuchać kiedy mówi
coś takiego o kimś tak ślicznym jak ty.
- Ślicznym?
– skrzywił się.
- Oj no, chyba wiesz co mam na myśli. – Cmoknąłem go w policzek.
- Jesteście razem tacy uroczy! – zachwycała się
pani Marta.
- To jest para gejowska! Jak oni mogą być…
- Jeszcze jedno słowo i śpisz na kanapie! –
przerwała.
Prychnął, ale nic nie powiedział.
Na całe szczęście więcej nie musiałem
stawać w obronie Marka, bo bałem się, żeby kiedyś się nie domyślił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz