czwartek, 9 lipca 2015

Nie przestanę cię kochać (część 1) - Rozdział 17.


Rozdział 17.
Po paru dniach Marek znowu mnie poprosił, abym był jego chłopakiem. Podobno pan Adam był bardziej niewierzący, aniżeli myśleliśmy. Z chęcią się zgodziłem chociaż udawałem obojętność.
Tym razem jechałem sam, ale przyjaciel miał wyjść na przystanek.
Na przywitanie przytulił mnie. Trzymając się za ręce poszliśmy do niego.
 - Dzień dobry! – przywitałem się z państwem Mazurek.
 - Dzień dobry – mało optymistycznie odpowiedział pan domu.
 - Witaj! – Natomiast kobieta ucałowała mnie w policzki. – Miło, że przyszedłeś.
 - Dziękuję – uśmiechnąłem się zdziwiony.
 - Chodź – chłopak zaprowadził mnie do pokoju.
Usiadłem na fotelu.
 - O co chodzi? Widzę – spytałem.
 - Myślę co zrobić alby uwierzył i nie musiałbyś wtedy się tak poświęcać.
 - A ty znowu. – Pokręciłem głową. – To jest nawet zabawne – poza tym nie chcę kończyć. – W zeszłym tygodniu improwizacja podziałała to może dzisiaj też?
 - W sumie… Tylko na pewno ci to nie przeszkadza?
 - Tak – westchnąłem. – Jak jeszcze raz spytasz to sobie pójdę.
 - Dobra, dobra – podniósł ręce w geście obronnym.
 - Chłopcy! Pomożecie? – usłyszałem panią Martę.
 - Oczywiście! – odkrzyknęliśmy niemal równocześnie.
Poszliśmy do kuchni i zaczęliśmy roznosić sztućce. Kiedy skończyliśmy Marek nalewał zupę. Zobaczyłem uchylone drzwi i postanowiłem to wykorzystać. Byliśmy sami, więc nie byłoby w tym nic podejrzanego.
Stanąłem za chłopakiem i oparłem się dłońmi o blat po jego bokach.
 - Chyba jest teraz całkiem dobry moment – wyszeptałem.
Odwrócił się i uniósł jedna brew do góry. Kiwnąłem głową w stronę wejścia. Szybko zrozumiał i zarzucił ręce na moją szyję. Zerknął w bok i zobaczyłem jak jego kąciki ust podnoszą się wyżej. Sięgnąłem za jego plecy i odsunąłem talerz na bok. Chwyciłem go po bokach i pomogłem mu usiąść na stole. Oplótł mnie nogami w pasie przez co przysunąłem się bliżej. Zacząłem szeptać mu do ucha byle co. Trochę żartowałem dzięki czemu uroczo się uśmiechał. Czasami zmieniał się on na bardziej triumfujący. Domyślałem się, że wtedy przechodził obok i widział to pan Adam.
 - Gotowe? – w końcu nie wytrzymał i postanowił nam przerwać.
 - Prawie. – Cmoknąłem go w policzek i odsunąłem się.
Marek nalał zupę i razem zanieśliśmy ją to salonu.
 - Przepraszam, że to tak długo trwało. To moja wina – powiedziałem.
 - Nic się nie stało – uśmiechnęła się pani Marta.
 - Nic??? Oni się tam prawie pieprzyli na blacie – oburzył się wujek.
 - Widać według pana przytulenie, szeptanie do ucha, czy całus w policzek to już sex? – spytałem i wrednie się uśmiechnąłem.
Marek prawie, że się zakrztusił słysząc nasza rozmowę.
 - Wszystko dobrze? – Poklepałem go po plecach.
 - Tak…
 - Jak śmiesz? Jestem od ciebie starszy! – nie dawał za wygraną pan Adam.
 - Widzę – wzruszyłem ramionami i również zająłem się swoim obiadem.
 - Jaki bezczelny!  
 - Gdybym powiedział, że nie wygląda pan to chyba by mi pan nie uwierzył – zauważyłem.
Nie wiedziałem jak mogłem tak spokojnie mówić.
 - Nie kłóćcie się – upomniała nas ciocia.
 - Przepraszam – uśmiechnąłem się.
Kiedy skończyliśmy jeść Marek pociągnął mnie za rękę do pokoju. Usiadł na łóżku i obserwował mnie uważnie. Po chwili nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Natomiast ja stałem nie wiedząc jak się zachować.
 - Nie podejrzewałem cię o coś takiego – w końcu się uspokoił, ale uśmiech nie schodził z jego twarzy.
 - O co?
 - Myślałem, że będziesz siedział cicho, czy coś. Zaskoczyłeś mnie i wiesz co? Chyba powinienem ci bardziej ufać. Jeszcze w tej sprawie mnie nie zawiodłeś. – Widząc moje oburzone spojrzenie poprawił się: – No dobra, w żadnej.
 - No. Serio, aż tak się zdziwiłeś, że się zakrztusiłeś łyżką zupy?
 - Nie codziennie widzi się coś takiego. Idziemy do nich? Czuję niedosyt w denerwowaniu go.
 - Zaczynam się bać. Jeszcze trochę i wpadniesz na pomysł, abym spał u ciebie i w nocy będziesz wydawał głośno… jęki?
 - Dobre! – Założyłem ręce na piersi i skulił się trochę. – Żartowałem…
 - Mam nadzieję. – Pokręciłem głową. – Chodź.
Poszliśmy do salonu, akurat kiedy pani Marta upominała swojego męża, jak to nie powinien się zachowywać. Cicho się zaśmialiśmy i usiedliśmy na kanapie. Chłopak oparł się o mnie i zaczął się bawić moimi palcami.
 - Właściwie to ja nic o tobie nie wiem. Opowiedz coś – kobieta zwróciła się do mnie.
 - Ja… - Postanowiłem się zemścić za małą wiarę we mnie. ­– Kochanie, a może ty coś powiesz?
 - Dlaczego??? – Poderwał się. – Jak możesz?!
 - Oj no, nie denerwuj się tak. – Pogłaskałem go po policzku.
 - Właśnie. Podobno złość piękności szkodzi – uśmiechnął się wrednie wujek.
 - Markowi to nie grozi. – Objąłem chłopaka.
 - Jest taki brzydki, że gorzej być nie może? – odgryzł się.
 - Jeszcze raz pan tak powie o nim to… nie wiem co, ale coś panu zrobię – zdenerwowałem się.
Jak on śmie tak mówić o tej najpiękniejszej istocie na świecie?!!
 - Grozisz mi?
 - Tak!
 - Spokojnie… - teraz to przyjaciel musiał mnie uspokajać.
 - Przepraszam, ale nie mogę słuchać kiedy mówi coś takiego o kimś tak ślicznym jak ty.
 - Ślicznym? – skrzywił się.
 - Oj no, chyba wiesz co mam na myśli. – Cmoknąłem go w policzek.
 - Jesteście razem tacy uroczy! – zachwycała się pani Marta.
 - To jest para gejowska! Jak oni mogą być…
 - Jeszcze jedno słowo i śpisz na kanapie! – przerwała.
Prychnął, ale nic nie powiedział.
Na całe szczęście więcej nie musiałem stawać w obronie Marka, bo bałem się, żeby kiedyś się nie domyślił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz