Rozdział 3.
Zdyszany wpadłem do domu. Kierunek –
pokój.
Padłem na łóżko i zacząłem się
zastanawiać, co mi odbiło? Przecież to tylko najprzystojniejszy chłopak na
świecie. Tylko…
- Co tak wzdychasz młody? – spytała Madzia.
- Co? Ja? Pff… - oburzyłem się. To tak widać?
- Nie, królewna Śnieszka. Tak ty! Chodzi o
sąsiada? No, przystojny. – Usiadła obok mnie.
- Eh… bardzo – rozmarzyłem się.
- Ha, ha, ha. Braciszek się zakochał?
- Nie! – powiedziałem szybko.
- Jasne, jasne. Dobra, matka woła cię na dół.
Masz iść po swojego anioła.
- Skąd wiesz??? – przestraszyłem się.
- Co? – wyraźnie była zdziwiona. – Raczej nie o
to, że masz iść.
- O anioła…
- Nie rozumiem… tak go sobie nazwałeś? O, jak
słodko…
- Zamknij się! – rzuciłem w nią poduszką.
- Za co? A teraz idź po nich.
- Mhm…
Pobiegłem, gdy wyszła, do szafy i
zacząłem szukać czegoś odpowiedniego. Po parunastu minutach byłem gotowy.
Jeszcze tylko włosy i mogę iść. Uczesałem je, spryskałem lakierem, a później
zszedłem na dół.
- Wow… no młody widać, że chcesz mu się
spodobać. Jak uważa, że jest hetero to, gdy cię zobaczy, zastanowi się jeszcze
raz.
Właśnie zdałem sobie sprawę jak długo
się szykowałem, aby mu się spodobać.
- Ciszej – mruknąłem i wyszedłem.
Zapukałem zastanawiając się kto
otworzy. Ukazała się śliczna, anielska twarz.
- O, hej! – Uśmiechnął się.
- Cześć! Matka prosiła, żebym po was
przyszedł.
- OK. Chodź, pójdziemy razem. Mamo, tato!
Możemy już iść – tym razem zwrócił się do rodziców. Ruszył w kierunku pokoju. – Idziesz?
- Ta… - Ciekawe jak wygląda jego pokój?
Szczerze mówiąc to spodziewałem się…
sam nie wiem czego, ale nie zwykłego średniej wielkości pokoiku. Dosyć
kolorowy, ale bez przesady. Prosty, ale ładny.
Usiadłem na łóżku i rozejrzałem się.
Nagle mój wzrok powędrował na Adama, który akurat zakładał koszulę . Czułem, że
nie mogę się na niego gapić, ale nie potrafiłem przestać. Nagle się odwrócił
zapinając guziki i posyłając mi piękny uśmiech.
- Co jest? – spytał.
- C – c - co? – Dlaczego on musi tak
wyglądać?!
- Coś się stało?
- Nie… ja… zamyśliłem się.
- Aha… To co, idziemy? – Objął mnie ramieniem i
wyszliśmy.
Czułem jego zapach i mięśnie pod
koszulą. Powtarzałem sobie w myślach odsuń
się. Po wyjściu z pokoju poszliśmy do kuchni. Spełnił moje życzenie i podszedł do lodówki. Tym razem chciałem go
przytulić i nie puścić. Wyjął butelkę napoju.
- Chcesz? – spytał i wskazał na wcześniej
wspomniany przedmiot.
- Nie, dzięki. – Obserwowałem jak nalewa do
szklanki i wypija jej zawartość. Wytarł lekko wilgotne usta i uśmiechnął się. Uznałem, że jak nie przestanie to kiedyś zwariuje.
Przyszli państwo Mikołajczykowie i
wyszliśmy razem do mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz