Rozdział 2.
Teraźniejszość…
- Maciek! – wołała mnie matka. – Już są!
Już są – te
słowa siedziały w mojej głowie i dawały złudną nadzieję, że będzie spokój.
Tymi Ktosiami byli nasi nowi sąsiedzi. W mojej rodzinie o niczym innym
nie mówiono. Wolałem myśleć, że jak przyjadą to będzie jak dawniej. Miałem ich
głęboko w… no sami wiecie gdzie. Tylko, że to byli nowi sąsiedzi! Przecież trzeba
ich przywitać i… brr ich, jak niemiecki.
To znaczy do samego języka, czy państwa nic nie mam, ale nasza nauczycielka, jeszcze
w gimnazjum, wystarczająco mi go obrzydziła.
Na czym to ja skończyłem… Ach tak! … i oni nikogo tu nie znają itp. Ojciec
nawet zaczął żartować, że może maja jakąś ładną córkę. Fuj! Tylko siostra mnie
broniła, ze mam jeszcze czas. Nie powiedziałem staruszkom o mojej orientacji.
Nie wiem jak by zareagowali. Wolałem nie ryzykować, bo Madzia mieszka z
chłopakiem w małej kawalerce i bym im wadził jakby mnie wywalili. Nie każdy rodzic
toleruje syna pedała. Wystarczająco
się nasłuchałem o takich przypadkach. Dziękuje!
Zszedłem leniwym krokiem na dół i
rozejrzałem się gdzie jest źródło nawoływania. Pojawiło się zaraz przede mną z
tacą ciastek.
- A teraz idź do sąsiadów. Przedstaw się,
poczęstuj pierniczkami i zaproś do nas na grilla jutro popołudniu. Pamiętaj!
Masz być miły – pouczała mnie co mam robić. A gdybym jej nie posłuchał i zjadł
te niebiańskie przysmaki za domem i… - Będę patrzeć, czy zaniosłeś je! Ja widzę
jak ci ślinka cieknie na ich widok – przerwała moje diabelskie plany.
Westchnąłem i założyłem trampki.
Zabrałem talerz i zastanawiając się dlaczego
ja?! poszedłem na drugą stronę ulicy. Zapukałem do drzwi i czekałem.
Otworzyła mi ładna blondynka po czterdziestce.
- Dzień dobry! Mam na imię Maciek. Jestem pani
sąsiadem – szczerze mówiąc to nie wiedziałem co mówić.
- Witam! Jestem Klara Mikołajczak –
powiedziała cały czas się uśmiechając.
- Tu mam dla pani oraz pani rodziny ciasteczka
– wskazałem tace. – Chcielibyśmy to znaczy ja z moimi rodzicami zaprosić państwa na
grilla jutro. Tak żeby się poznać – gadałem coś nie do końca myśląc co.
- Och! To miłe z waszej strony. Chętnie
przyjdziemy. O której? – nawet nie wiem dlaczego ja się męczę z pani,
państwo, a ona mówi na ty.
- O… popołudniu. Mama nie podała konkretnej
godziny.
- Dobrze. – Ktoś zatrąbił. – Już są! – jakbym
miał deja’ vu. – Przyjechał mój mąż z synem. Byli po resztę naszych rzeczy.
Cześć kochani! – zwróciła się w stronę samochodu.
Odwróciłem się i zobaczyłem srebrnego
forda. Wysiadł z niego brunet w wieku podobnym do pani Klary. Od strony
pasażera wysiadł… najprzystojniejszy chłopak na świecie! Wysoki z delikatnie
(nie za bardzo, nie za mało) zarysowanymi mięśniami. Blond włosy były krótkie,
tylko grzywka idealnie przycieniowana opadała na prawe oko. Właśnie, oko… Były duże, zielone i takie…
magiczne?
- Kurwa… - wymsknęło mi się. Chwilę później
wyślizgnęła mi się z rąk taca i z ciastkami upadła na schody.
- Hi, hi, hi. Ne martw się kilka ocalało –
śmiała się kobieta.
Cały czerwony pomogłem jej sprzątać.
W momencie, obok mnie, kucał anioł,
czyli tamten chłopak. Podał mi kilka i położyliśmy je na, już roztrzaskanym,
talerzu, który na szczęście pękł tylko w jednym miejscu. Po tylu latach ze mną
rodzice nie nauczyli się, że trzeba kupować stalowe naczynia, bo moja złość
odbija się często na najbliższych przedmiotach, chwilę później lądujących w
kawałkach w koszu na śmieci.
- Przepraszam… ja… - ja co?! No to wypadłeś
przed sąsiadami. Ale co ja się przejmuje? Nie obchodzą mnie. A Anioł?
- Nie przejmuj się, kilka żyje – powiedział
chłopak.
- Ta… i biega szczęśliwie po łące? –
prychnąłem i odwróciłem się w jego stronę, co z resztą za raz pożałowałem, bo
zobaczyłem jego uśmiech. Wmurowało mnie.
- Może… - zastanowił się i klepnął mnie w
plecy. – Nie martw się. A tak w ogóle to jestem Adam.
- Maciek… Muszę już iść. Jeśli matka widziała
co się stało to mam przejebane… - ostatnie słowa powiedziałem ciszej. Klara
wydała mi się miła i nie chciałem żeby miała o mnie złe zdanie.
- Czekaj! Jestem Michał Mikołajczak – podał mi
rękę jego ojciec.
- Miło mi, a teraz naprawdę muszę iść.
- Do jutra! – krzyknęła kobieta. Słyszałem
jeszcze jak opowiada o jutrzejszym grillu.
Ja pobiegłem co sił w nogach do domu.
Ja pobiegłem co sił w nogach do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz