niedziela, 21 czerwca 2015

Głęboka rana - Rozdział 11.



Rozdział 11.
Przyszliśmy do hotelu. Aniołek poszedł się umyć pierwszy. Ja w tym czasie knułem jak się odwdzięczyć. Kiedy wskoczyłem do wanny wiedząc już co zrobię. Po kąpieli, uśmiechnięty położyłem się obok chłopaka, który już prawie zasypiał. Oparłem głowę na jego piersi.
 - Dobranoc – powiedział.
Dziś będzie dobra pomyślałem.
Zacząłem jeździć ręką po odkrytym torsie podążając za nią wzrokiem. Zerknąłem na Adama. Również obserwował moją dłoń. Usiadłem na jego nogach okrakiem i pochyliłem się.
 - Ale… - nie dokończył, bo zamknąłem jego usta pocałunkiem.
Szybko zaczął go oddawać przyciągając mnie bliżej tak, że prawie na nim leżałem. Przesunąłem się bliżej ucha i wyszeptałem:
 - Ale? – i ugryzłem je.
Przeniosłem się wargami na szyję. Odchylił głowę dając mi lepszy dostęp. Zrobiłem dość dorodna malinkę i zadowolony z siebie zjechałem jeszcze niżej zostawiając po drodze drobne pocałunki. Trąciłem językiem lewy sutek. Jęknął cicho, a ja zassałem się na nim, o drugim nie zapominając. Zajęły się nim moje palce. Gdy się trochę bardziej nachyliłem poczułem, że bardzo mu się podoba. Przenosiłem się dalej w dół. Ręką przejechałem po jego męskości przez materiał. Usłyszałem już głośniejszy dźwięk. Podniosłem się do siadu. Zerknąłem na twarz chłopaka. Patrzył na mnie zamglonym wzrokiem pełnym pożądania. Dostrzegłem jednak zawód. Biedak, pewnie myślał, że to koniec… Cały czas go obserwując zacząłem zsuwać bokserki. Podniósł lekko biodra do góry ułatwiając mi to. Zdziwił się. Oblizałem się i wpiłem w jego usta. Zamruczał. Drażniłem go nogą, aż w końcu oderwałem się i wycofałem trochę do tyłu. Pochyliłem się i cmoknąłem czubek przyrodzenia chłopaka. Wyrwał mu się jęk. Głośniejszy. Przejechałem po całej długości językiem i zassałem na końcu. Ugryzłem delikatnie, co wywołało ciche westchnienie. Powoli zacząłem wsuwać go coraz bardziej, aż do końca. Nie wiem jakim cudem się zmieścił. Prószyłem głową w tył i znowu w przód. Powtórzyłem tą czynność kilka razy.
 - Maciek… ja…
Domyśliłem się, o co chodzi. Wysunąłem jego przyrząd z moich ust i cmoknąłem końcówkę. W ostatniej chwili znowu wsadziłem go sobie do ust, bo doszedł z moim imieniem na ustach. Połknąłem wszystko i uśmiechnąłem się.
Wstałem i pocałowałem go.
 - Dobranoc – powiedziałem.
Wyprostowałem się i poszedłem do łazienki. Zerknąłem na spodnie od piżamy. Tak jak myślałem, były nienaturalnie odstające zaraz pod gumka. Westchnąłem i z pomocą ręki pozbyłem się tego. Jeszcze raz się umyłem i wróciłem do, już śpiącego Adama. Położyłem się obok i szybko zasnąłem…
Rano, gdy się obudziłem nie było ukochanego. Ziewnąłem i zerknąłem na wyświetlacz w telefonie. Była 930. Jak on mógł wstać o tak nie normalniej godzinie? Drzwi się otworzyły i pojawiła się zguba niosąc jakąś reklamówkę.
 - Cześć Śpiąca Królewno! – Uśmiechnął się.
 - Tylko nie królewno. – Rzuciłem w niego poduszką.
 - Przepraszam, przepraszam. To królewiczu. Mam tu coś dla ciebie.
 - Co? – Zaciekawiony już stałem obok. – Czy to są… lody cytrynowe?
 - Widziałem, że je uwielbiasz. – Pocałował mnie w policzek. – A co do nocy…
 - Ekhem… podobało się? – oderwałem wzrok od deseru na rzecz Aniołka.
Przyciągnął mnie bliżej i pocałował.
 - Tak – powiedział, kiedy się odsunął.
Usiadł na łóżku i obserwował moje mordowanie się  z pudełkiem.
 - Pomóż! – jęknąłem. – Jaki diabeł to zamknął?!
 - Ha, ha, ha! Podaj – wyciągnął rękę i jednym pociągnięciem otworzył. – Proszę.
Patrzyłem na niego zafascynowany. 
 - Jesteś cudowny. – Rzuciłem się na lody. – Mm… pyszne. – Oblizałem się.
 - Coś mi to przypomina… to co, ubieraj się i idziemy.
 - Nie… - załamałem się. – Ale jest jeszcze tyle czasu…
 - I chcesz ten piękny dzień przesiedzieć w pokoju?
- Piękny to jesteś ty – wymsknęło mi się.
Oby nie usłyszał, oby nie usłyszał.
Niestety po jego dumnej, wesołej minie okazało się, że moje modły nie zostały wysłuchane.
Ubrałem się i spakowałem do plecaka. Wyszliśmy i udaliśmy się do jakiejś kawiarni.
 - Mówię ci, tu robią najlepsza kawę na świecie! – zachwalał czarny płyn. – Byłem tu rano.
 - Dalej jest rano – prychnąłem. – Jest 1140… która?? Kiedy jest…
Nie dokończyłem, bo zostałem pociągnięty w kierunku wejścia.
 - Proszę, reszty nie trzeba – rzucił pieniądze na ladę.
Cudem zdążyliśmy (jak zwykle).
O 1600 przyjechaliśmy.
 - Cześć! Dzięki jeszcze raz – przytuliłem go.
 - A może nocowałbyś dzisiaj u mnie?
 - Serio? Dobra. – Uśmiechnąłem się.
Wysłałem SMS’ a rodzicom, żeby się nie martwili, bo potrafią być bardzo nadopiekuńczy.

Razem poszliśmy do jego domu.
 - Mamo! Maciek dzisiaj będzie u nas nocował – krzyknął, gdy weszliśmy.
 - Coś się stało? – wysunęła głowę z kuchni.
Nie wiem jak po jednym razie u niego i to dawno temu zapamiętałem gdzie ona jest.
 - Nie. Nie robi ci to problemu?
 - Nie, wiesz, że lubię gości.
Podążyłem za nim do pokoju.
 - Rozgość się.
Położyłem się na łóżku i przymknąłem powieki.
 - Pięknie wyglądasz jak śpisz. – Poczułem jego dłoń na policzku.
 - Nie śpię… - ziewnąłem. – Jeszcze.
 - Ha, ha, ha! – Cmoknął mnie w czoło. – Wyśpij się to w nocy zrobimy sobie maraton filmowy…
Więcej nie słyszałem, bo zasnąłem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz