One shot.
Stałem
zapłakany na środku twojego pokoju, wiedząc, że muszę iść, muszę wiać póki nie będzie za późno, ale nie umiałem. Stałem i czekałem. Na co? Nie
wiem, może na to, że jednak nie przyjdziesz, bo coś cię zatrzyma i będę mógł
odłożyć dzień wyroku na kiedy indziej? Jednak twoja matka z uśmiechem mnie
wpuściła do domu, razem zjedliśmy upieczone przez nią cisto drożdżowe z
truskawkami i rabarbarem, pobawiłem się z psem Neronem, jak zwykle śmiejąc
się z twoim ojcem, że jestem jedyną osobą spośród twoich znajomych, którą ten wyżeł
lubi. Byłem jak członek rodziny, nawet twoi rodzice mi to powiedzieli. Jakbym
był nie tylko przyjacielem, ale prawie jak brat.
To bolało,
tak bardzo bolało. Wiedziałem, że muszę odejść, lecz moje serce zakorzeniło się
już dawno w tym domu. Wiem. Gdyby się dowiedzieli prawdy, już by nie byli tak
mili, może nawet mnie znienawidzili.
Ten
blondwłosy chłopak, czyli ty, zagadał do mnie w pierwszej klasie podstawówki, kiedy
siedziałem sam nie umiejąc podejść do kogokolwiek. Byłem zaskoczony, ktoś zaproponował,
żebym się pobawił z nim. Tak mój świat odmienił się na zawsze. Byliśmy bardzo
blisko, zawsze razem. Czasami byliśmy w większej paczce, najwięcej to chyba
pięć osób, ale ludzie dochodzili, odchodzili, a my zawsze byliśmy razem. Nieraz się
kłóciliśmy, nawet zrywaliśmy przyjaźń, jednak nasze sprzeczki jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki odchodziły w niepamięć wraz z nadejściem
nowego dnia. Najwięcej było spięć przez pierwsze kilka lat wtedy nie mieliśmy
telefonów, żeby się pogodzić po rozstaniu w grobowych nastrojach, ale kiedy
tylko spotykaliśmy się po drodze do budy już następnego poranka, po prostu z
uśmiechem jeden czekał na drugiego i nie wracaliśmy do tamtego tematu, jakby
ktoś wymazał nam z pamięci te okropne godziny.
Z czasem
trafiliśmy do innych klas i choć żaden nie chciał opuścić swojej na rzecz
drugiego, prawie co przerwę siedzieliśmy razem, sami lub z innymi znajomymi.
Wtedy już mieliśmy telefony, Internet w nich, myśleliśmy, jacy to my nie
jesteśmy dorośli i pisaliśmy ze sobą, póki któryś z nas pierwszy nie odpadł
albo co częściej – komórka się rozładowała; najczęściej to trwało gdzieś do
trzeciej nad ranem. Zawsze przeżywaliśmy rozstania na wakacje, bo wyjeżdżaliśmy
i nie mogliśmy się widywać. Nawet kamerka nie pomaga, wiesz?
Mogliśmy
rozmawiać na bardzo intelektualne, filozoficzne tematy, wspominać stare czasy,
czy po prostu pieprzyć o głupotach. Nigdy nie mieliśmy z tym problemu, choć
nasze pasje całkowicie się od siebie różniły.
Nigdy nie
rozumiałem, dlaczego ktoś taki jak ty zadaje się z kimś takim jak ja. Byłem
nudny, nieśmiały, nie mówiłem dużo, nie wydurniałem się tyle, a jednak byłeś
zawsze. Chciałem ci to jakoś wynagradzać, zawsze służyłem ramieniem, kiedy
czułeś się samotny, kiedy uważałeś, że żadna dziewczyna nie zechce kogoś
takiego jak ty, że ludzie są fałszywi. Mówiłeś, iż tylko ja jestem twoim
najlepszym przyjacielem, a reszta zawsze cię zostawi. Cieszyłem się słysząc to,
czułem się doceniony, jednak zawsze później miałem wyrzuty sumienia za swój
egoizm, przecież gdybyś nie był ograniczony tylko do mnie to otaczało by cię na
pewno mnóstwo ludzi, byłbyś uwielbiany, a tak to zawsze byłem tylko ja. Kiedy
mi się wymsknęło co nieco na ten temat, długo mnie przekonywałeś, że jestem
najlepszym co cię spotkało i chcesz żebym był szczęśliwy, że cieszysz się z
tylu wspólnych lat.
Kiedyś
miałeś coś jakby depresję. Byłem obok, wspierałem. Inni aż tak mnie nie
obchodzą, ranią tylko najbliżsi, bo to ich zdanie się dla mnie liczy. Cieszyłem
się, że jesteś jedną z niewielu bliskich mojemu sercu ludzi, przez których nie
płakałem. Bo płakałem wiele razy, choć ci o tym nie mówiłem. Nie chciałem, żebyś
się martwił. Nagle, kiedy napisałeś, że chcesz się zabić… pierwszy raz w życiu
doprowadziłeś mnie do łez. Martwiłem się i jeszcze bardziej przyglądałem, kiedy
byłeś wesoły. Kiedy miałeś zły humor, starałem się jakoś cię rozśmieszyć. Nie
zawsze mi to wychodziło, nie to co tobie, ale widząc ten uśmiech albo emotke
oznaczającą rozbawienie, czułem się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Już nie marzyłem o zostaniu raperem (choć nie mam do tego za grosz talentu, ale
marzyć mi nie zabronisz), spotkaniu z ulubionym zespołem, znalezieniu
dziewczyny lub… chłopaka. Nie mówiłem ci, że jestem biseksualny. Nie to, że ci
nie ufałem, po prostu bałem się, czy nawet jeśli będziesz przy mnie to nadal
będziesz się czuł dobrze w moim towarzystwie. Postanowiłem ci to powiedzieć
dopiero, kiedy będę miał chłopaka… o ile będę miał.
Kiedy twoje
zdrowie psychiczne wróciło do normy (choć to nie zabrzmiało dobrze) miałem
ochotę skakać aż do chmur. Chciałem wierzyć, że tak jak cię nauczyłem pływać,
tak i pomogłem ci wyjść z tego stanu.
Myślałem
jak głupi, że to będzie wieczna przyjaźń… Ostatnio tyle o tym frienzone w Internecie było, a moje
serce tylko bardziej krwawiło. Każdy taki wpis, mem tylko potęgował mój stan.
Nawet nie wiem, kiedy się w tobie zakochałem. Gdy już się dowiedziałem, było za
późno. Na myśl o tym, że ktoś inny miałby cię przytulić, ale tak inaczej,
miałby pocałować, miałbyś do kogoś innego powiedzieć kocham cię… Wiele nocy przecierpiałem, w końcu wtedy najlepiej się
myśli – jest ciemno, cicho… Nieraz u ciebie nocowałem, a ty tuliłeś się do mnie
jak do pluszaka, natomiast ja jednocześnie chciałem móc tak zostać wiecznie i
wydostać się spod twoich chudych, długich ramion. Zawsze byłem śpiochem, ale ty
i tak potrafiłeś spać nawet do pierwszej popołudniu, więc kiedy tylko się
budziłem jeszcze długo leżałem czując cię tak blisko. Później wstawałem,
przebierałem się, ogarniałem swoje brązowe kłaki sięgające mi za ramiona, a
później siedziałem w drugim wolnym pokoju, kiedyś twoim, ale przeniosłeś się do
tego kiedyś zamieszkałego przez twojego starszego brata, ale on już się
wyprowadził ze swoją dziewczyną. I tak go nie lubiłem. W tamtym pokoju
siedziałem długo i starałem się uspokoić, żeby nie wybuchnąć przy tobie, zawsze
w plecaku miałem lustereczko, którego używałem, aby się upewnić, iż nie mam na
twarzy czerwonych plam, gdybym znowu płakał. Później brałem telefon, szedłem na
twoje łóżko, kładłem się obok i szukałem czegoś do poczytania. Jestem wielkim
molem książkowym, choć ty i tak najlepiej pamiętasz, że od czasu do czasu
czytam też mangi, nie? To jest takie dziwne, nawet nie potrafisz zrozumieć, jak
można czytać od tyłu… Nie obrażałem się, przecież każdy z nas ma dziwne pasje,
znaliśmy się tyle lat, wiedzieliśmy o sobie wiele i mogliśmy być wobec siebie
szczerzy. Żartowaliśmy z siebie nawzajem, choć kiedy miałeś depresję
przystopowaliśmy, może i ty nie widziałeś jak jesteś przystojny, może i nie
jesteś idealny, ale każdy jak się nie postara to może wyglądać jak żul, a
pamiętam ciebie na dyskotece szkolnej… Chciałeś zaimponować jakiejś lasce z
klasy i się odstawiłeś, choć i tak nie przyszła, a ja w szoku byłem, bo z
początku nie wyczaiłem, że to ty, że ten przystojniak to mój wieloletni
przyjaciel. No ale wracając… Później po jakiejś godzinie cię budziłem z ciężkim
sercem… a raczej próbowałem, bo ty i tak układałeś się na drugi bok i jasno
pokazywałeś: mów co chcesz, mam to w
dupie. Chcę spać. Kiedy w końcu udawało mi się ciebie dobudzić mogliśmy
spokojnie znowu spędzić cały dzień plus godzina. Co? Plus godzina oznacza, że zawsze się spóźnialiśmy na przystanek.
Choćbyśmy wyszli pół godziny przed czasem, a na przystanek się idzie mniej niż
dziesięć minut, liczyłeś – osiem. A to nosiłem cię na barana, bo nie chciało ci
się iść, a to musiałeś coś nagrać na przykład jak dwa motyle grają w berka, a
to musieliśmy iść dookoła, bo szli ludzie, którzy nie wyglądają przyjaźnie i
mimo twoich starań, wiem – bałeś się ich. Cóż… Nie mieszkałeś w najlepszej
dzielnicy miasta, może nie najgorszej, ale patoli nie brakuje. Kiedyś nawet
laliśmy się kilka godzin, bo pompkę od roweru zajebali. Taką w parku, jakby
ktoś chciał to może skorzystać, specjalny podnośnik był, klucze, aby chociażby
siodełko odpowiednio ustawić, i wiele innych rzeczy, ale kiedy chciałeś mnie
nauczyć jeździć na rowerze, to okazało się, że męczyliśmy się z twoim starym
rowerkiem taki kawał na darmo, bo i tak akurat jej nie było.
Chciałeś
wyjechać za granicę, a ja zawsze jak o tym słyszałem to chciałem myśleć, że to
dobrze, że kiedyś zamieszkasz w Niemczech, będziesz szczęśliwy, ale nie
umiałem. Jestem egoistą. Chcę mieć cię zawsze blisko. Móc pogadać face to face,
przytulić cię, pocałować, a kiedyś… Lepiej żebyś nigdy nie wiedział o czym
marzyłem. Uważałeś mnie zawsze za aniołka… no OK to przesada, ale nie
podejrzewałeś mnie na pewno o wiele rzeczy…
Teraz stoję
na środku twojego pokoju i płaczę, wiedząc, że już tak dalej nie pociągnę. Mam
dość. Chcę cię blisko, ale to nie jest dobre. Krzywdzę siebie, a co najgorsze
ciebie. Łzy lecą z moich oczu, a ja wspominam te piękne lata spędzone razem.
Widzę również jak bardzo nienawidziłem tych wszystkich bab, z którymi pisałeś.
Ty cierpiałeś, kiedy cię zostawiały, ale ja czułem ulgę. Nadal będziesz tylko
mój. Pamiętam jak powiedziałeś, że spotykasz się z Karoliną z klasy;
znienawidziłem ją. Rozstaliście się po paru miesiącach, uznałeś, iż to nie to.
Cieszyłem się, nie wiedziałem wtedy, dlaczego. Teraz wiem. Choć nie chcę. Wolę
żyć w niewiedzy, gdybym się w tobie nie zakochał… ale jest już za późno. Czym
ja zawiniłem światu?
Jest już za
późno, zdradziłem cię. Obiecałem, że zawsze będę twoim przyjacielem, ale ja już
dawno nie potrafię nim być. To boli, tak cholernie boli.
Teraz stoję
i patrzę na twój kolaż ze zdjęć od czasu przedszkola, aż po ten rok. Byłeś
słodkim dzieckiem, dziwnie się uśmiechałeś, ale w tym stroju nawet nie wiem
kogo, bo nie chodziliśmy razem do przedszkola, co bardzo zdziwiło naszą
wychowawczynię z podstawówki z klas jeden-trzy, wyglądałeś uroczo. Nie jestem
pedofilem, spokojnie. Wolę trochę starszych chłopaków/dziewczyn, czy w moim
wieku, a już od nie wiem kiedy tylko ciebie. Nikogo innego nie widzę. Potrafię
zachwycać się idolami, ale wiem, że i tak jedyną osobą, z którą chciałbym się
związać jesteś ty.
Wiem, że
wszedłeś do mieszkania, przywitałeś się z matką pocałunkiem w policzek, psem,
wiem, że powiedziała ci, iż przyszedłem. Wiem, że tu idziesz. Wiem, że stoisz w
drzwiach i patrzysz na mnie. Wiem, że się uśmiechasz. Ty nie wiesz, że płaczę.
Czasem chciałbym już skończyć, pchnąć w swój brzuch nóż, pociągnąć w dół, aby
upewnić się co do mojej śmierci. Czytam za dużo horrorów, wiem. Wiem, że
odkładasz plecak na pufę, bluzę rzucasz gdzieś obok.
- Musimy przestać się przyjaźnić – mówię w
końcu.
Wiem, że
zamierasz. Wiem, że na mnie patrzysz. Wiem, że wbijam ci nóż w serce. Jestem
samolubny, sam nie umiem udźwignąć tego ciężaru i wolę uciekać, raniąc
najbliższą osobę (rodzina się nie liczy).
- Dlaczego? – słabo pytasz.
Czuję twoje
chude, poobgryzane palce na swoich ramionach, a ja już nie potrafię udawać –
szloch opanowuje moje ciało, zginam się w pół i płaczę coraz bardziej.
Przytulasz to małe, bezbronne zwierzątko i uspokajająco głaszczesz po plecach.
- Nie mogę… nie mogę ci powiedzieć. Proszę cię
tylko, żebyś nigdy mnie nie nienawidził. Błagam.
- Jak bym mógł? Mojego małego braciszka?
Cierpię.
- Jestem od ciebie starszy równe pięć miesięcy
– przypominam słabo. Jestem od ciebie niższy, ale starszy. Świat jest
niesprawiedliwy.
Cicho się
zaśmiałeś i pocałowałeś w czubek głowy.
- O co chodzi?
Zadrżałem w
twoich ramionach, pierwszy raz tak bardzo szlochając w twoim towarzystwie. Chyba
nie wiesz co zrobić.
- Cii… Wojtek, proszę powiedz.
- Słoneczko, nie mogę – cichutko szeptam.
- Dlaczego Słoneczko?
Unoszę
wzrok i patrzę w twoje piękne piwno-zielone oczy. Są piękne, lekko skośne.
Tobie się nie podobają, mi bardzo. Nigdy nie umiałem mówić, wolałem pisać o swoich
uczuciach, a później schować to gdzieś głęboko, tak żeby nikt tego nigdy nie
przeczytał. Jednak nagle nabrałem dziwnej odwagi.
- Dlaczego Słoneczko? Bo jesteś dla mnie
szczęściem. Słońce daje radość ludziom, zwierzętom… Bo przy tobie umiem się
śmiać, bo przy tobie nie muszę myśleć o problemach. Wiesz, nie lubię o nich
mówić, wolę zapomnieć, a ty mi na to pozwalasz, zamiast płakać mogę się tylko uśmiechać.
Bo kiedy chowasz się za chmurami, kiedy cię nie ma, nagle świat jest inny. Są
inne bliskie osoby, ale zawsze będzie mi brakowało tego blasku twoich promieni.
Bo wiesz, świat bez ciebie dla mnie byłby o wiele smutniejszy, szary, nudny… Nie
ma nikogo, kto by cię zastąpił, są na tym świecie… nie wiem ile dokładnie
ludzi, ale nikt nie jest taki jak ty. Bo jesteś dla mnie jak Słońce, które choć
jest pośród tylu innych gwiazd, w rzeczywistości jest bardzo samotne i choć ogrzewa
swoim blaskiem samo też potrzebuje ciepła. Bo jesteś mi potrzebny jak Słońce.
Otworzyłeś
szeroko usta, ale nic nie powiedziałeś. Po prostu przygarnąłeś mnie bliżej
siebie.
- Nie zasługuję na ciebie, nie po tym co
zrobiłem.
- Ale co zrobiłeś??? Naprawdę się martwię.
- Nie rób tego. Masz już za dużo zmartwień, o mnie
nie musisz. Po prostu… powiedziałbym, żebyś o mnie nie zapomniał, ale nie chcę
być egoistą. Jestem, lecz ten ostatni raz nie będę.
Potrząsasz
moje ramiona, patrzysz z bólem w moje brązowe oczy… Nie chcę cię stracić, ale
wiem, nie potrafię, żyć bez ciebie równie mocno co z tobą, a będąc obok tylko
ci marnuje to twoje - zajebiste. Niepotrzebnie się do ciebie przywiązywałem, niepotrzebnie
się zakochiwałem. Dlaczego miłość nie może być prostsza? Dlaczego nie ma do
niej jakiegoś pilota z funkcją włącz/wyłącz?
- Muszę wiedzieć! Przecież to niemożliwe,
żebyś zrobił coś tak strasznego, że…
- Zdradziłem cię! Nie powinienem był tego
zrobić, ale stało się! To było silniejsze ode mnie. Jesteś moim przyjacielem,
zawsze nim będziesz i choć to jest zakazane, nie potrafię przestać. Najlepiej
będzie jak się odsunę, a ty znajdziesz sobie jakąś świetną laskę, przyjaciela…
całe multum przyjaciół. Jesteś wspaniały, mimo czasami trudnego charakterku.
- Mów dokładniej! – Zdenerwowałem cię, wiem o
tym. Nie chciałem, ale te słowa nie chciały przecisnąć się przez moje ściśnięte
gardło. – Jesteś moim najlepszym przyjacielem i zawsze nim będziesz!
Natomiast
ja? Ja zacząłem znowu szlochać. Dusiłem się, ledwo łapałem powietrze, z trudem
trzymałem twoją bluzkę, jakby to była ostatnia deska ratunku.
Siłą
przytrzymałeś moją twarz przed swoją. Widziałem ten smutek, przerażenie i…
rozczarowanie? Zawiodłem cię? Ludzie ciągle to robią.
- Powiedz.
Serce nawet
nie przypominało już serca, było pełne dziur, jak ser szwajcarski, a może i bardziej.
Ty rozrywałeś jego resztki jeszcze bardziej.
Mój wzrok
mimowolnie zjechał na twoje wąskie usta. Od dawna chciałem się dowiedzieć, jak
to jest je całować. Tak bardzo pragnąłem się dowiedzieć… Tak bardzo, że nawet
nie wiem kiedy przyciągnąłem cię do siebie i sprawiłem, że moja fantazja stała
się prawdą. Gdybyś tylko nie zastygł, biernie klęcząc przede mną… Ale czego ja
oczekiwałem? Przecież gdybyś zaczął go oddawać chyba szok by mnie sparaliżował.
Te kilka minut… a może sekund… raju zostały urwane, przez ciebie. Odepchnąłeś
mnie od siebie i wytarłeś wargi wierzchem dłoni. Wiem, to obrzydliwe. Wiem,
mogę być twoim kumplem, ale jestem chłopakiem, a nawet gdybym był dziewczyną,
to i tak nadal tylko przyjacielem. To był mój pierwszy i ostatni pocałunek.
Moje Słoneczko schowało się za chmurami i już nie wyjdzie.
Zerwałem
się z podłogi, chciałem uciec. Wyminąłem cię, ale nagle padłem na podłogę jak
długi. Trzymałeś mnie za kostkę, nie pozwalając uciec. Dlaczego?
Niewystarczająco już cierpiałem? Przeturlałem się na plecy, rozmasowując
szczękę, która mocno uderzyła się o podłogę. Nim zrealizowałem plan podparcia
się na łokciach i spojrzenia na ciebie, ty już przytulałeś mnie mocno. Tak jak
zwykle – jak pluszowego misia. Zostałem owinięty twoimi kończynami, czułem
ciepły oddech na ramieniu. Kolejne łzy spłynęły po bokach, a moje dłonie
wylądowały na twoich plecach.
- Nie zostawiaj mnie. Proszę.
Słyszę wyraźnie
ten szept, jesteś blisko, ale kilka razy muszę przeanalizować twoje słowa, żeby
to do mnie dotarło.
- Kocham cię, nie rozumiesz? – pytam, zrezygnowany.
- Wiem. Przepraszam za wszystko, nie wiem ile
to trwa, ale cholernie mi na tobie zależy. Nie wiem, czy to miłość, ale daj mi
szansę się w tobie zakochać. Ty jesteś jedyną osobą, która na pewno mnie nie zawiedzie,
zna od podszewki, nie zdradzi i, kurwa, jeśli miałbym się zakochać w kimś to
tylko w tobie. Jesteś za idealny, za dobry na ten świat. Jesteś moim aniołkiem,
którego nieświadomie raniłem. To nie jest litość, potrzebuję cię i wiem, że kto
jak kto, ale osobą, którą miałbym pokochać jesteś ty. Nie dostrzegałem cię
wcześniej, wiem. Jesteś chłopakiem, jak ja, znamy się od małego i nigdy bym nie
pomyślał… Proszę daj mi czas na zakochanie się w tobie.
Patrzę w
sufit nie rozumiejąc o czym mówisz. To jest jakiś chiński, łacina, czy…
niemiecki? Taak na pewno to ostanie. Okrutny język, który zaniżał mi zawsze
średnią. Przecież nie powiedziałeś, że chcesz mnie pokochać. Ha! Absurd. To wszystko
jest jednym wielkim absurdem! Ja śnię! Tak, na pewno zaraz się obudzę
(najpewniej mama zrobi to za mnie) i wszystko wróci do normy. Nie ryczałem w
twoim pokoju, nie pocałowałem cię, nie wyznałem miłości, nie prosisz mnie żebym…
Moje myśli przerywa delikatne muskanie moich ust. To twoje pieszczą je w
słodkim, motylim pocałunku. To prawda. Leże z bolącą szczęką na twojej twardej
podłodze, czuję twoje kości wbijające się we mnie, zawsze byłeś zbyt chudy, moje
ramiona oplatają twoją szyję jak węże, nasze wargi tańczą we wspólnym miłosnym
tańcu, a ja wylądowałem w raju. Nie sądziłem, że jest tam tak niewygodnie, ale to
się nie liczy, najważniejsze jest moje Słoneczko, które zawsze będzie tylko
moje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz