czwartek, 1 września 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 15.

Rozdział 15.
Dwa tygodnie później…
Wróciłem do domu ciesząc się jak nigdy, że jeszcze tylko kilkanaście dni i wakacje. Ach ten przywilej nauczyciela…
Kilka godzin temu dostałem SMS’ a od Marka. Podobno znalazł kogoś odpowiedniego na pracę jego menadżera. Miała przyjść do nas popołudniu (znowu, jakby nie było innych miejsc, ale w sumie mi to, aż tak nie przeszkadza…).
Wiki zabrała Kubusia na plac zabaw, a Krzysiek szwenda się gdzieś z Łukaszem, więc byliśmy sami. Też chciałem wyjść, ale uparł się, że mam zostać. Cóż, zgodziłem się.
Punktualnie o szesnastej rozległ się dźwięk dzwonka. Marek poszedł otworzyć. Zaraz rozległ się pisk jakiejś dziewczyny.
 - Przepraszam, najmocniej przepraszam. Jestem pana wielką fanką i… Ekhem… Powinnam być bardziej profesjonalna… Ja… - próbowała sklecić zdanie, wchodząc do salonu z moim narzeczonym.
Była niziutka i szczuplutka, miała niewiele ponad dwadzieścia lat. Rude włosy zaplątała w kok, co chwilę wypadały z niego niesforne kosmyki, które musiała poprawiać. Dodatkowo na głowie zawiązana była czarna bandana. Uszy zdobiły wielkie kolczyki koła, a usta podkreślone czerwoną szminką. Nosiła pstrokatą bluzkę na grubych ramiączkach, odsłaniającą jej pępek, dziurawe dżinsy, a na nogach rzymianki na koturnie. Każdy paznokieć był pomalowany na inny kolor i wzór, na nadgarstkach miała kilka rzemyków. W rękach ściskała jakiś notes, długopis oraz telefon.
 - Nie szkodzi – zaśmiał się.
Uroczy rumieniec pojawił się na jej twarzy.
Zaraz mnie ujrzała i uśmiechnęła się delikatnie.
 - Vanessa. – Wyciągnęła rękę w moją stronę.
Wstałem i uścisnąłem ją.
 - Marcin.
 - No, to skoro wszyscy się znają to możemy przejść do konkretów – zarządził ukochany.
Usiadłem obok niego na kanapie, a dziewczyna na fotelu naprzeciwko.
 - Jestem w domu Marka Pająka (tak, karmelowłosy nie chciał zmieniać nazwiska na takie jak jego przybrani rodzice) – ekscytowała się po cichu. – Em… To znaczy… 
 - Czy ona nie jest urocza?
 - Jest – potwierdziłem.
 - Uznałem, że będzie idealna, bo jest jeszcze młoda i niedoświadczona, dzięki czemu nie myśli o mnie jak o pieniądzach, a człowieku.
Skinąłem głową.
Oparł się o mój bok, wciągając nogi na sofę.
 - Już wszystko ustaliliśmy, czy masz jakieś pytania, chcesz coś zmienić? – spytał.
 - N-nie! Jest dobrze. Jeszcze nie współpracowałam z żadną gwiazdą, ale zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pan nie żałował.
Ona serio była słodziutka.
Marek zadowolony klepnął swoje uda i wstał. Pochylił się, żeby mnie pocałować. To trwało tylko moment, sekundę, ale… Chyba zawsze będę kochać te usta.
 - To ja zaraz wracam, tylko przyniosę papierki i długopis.
 - O-czywiście… - Vaneska była czerwona jak… jej usta i włosy. Cała głowa zlała się w jedno.
 - Trochę stanowczości młoda,  bo jeszcze ci na głowę wejdzie i nie będziesz mogła sam zdecydować, czy możesz iść do łazienki  - zażartowałem.
 - No wiesz?! Wydałeś jej moje szatańskie plany! – niby się oburzył.  
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać.
Wyszedł, a ja zostałem sam z rudą. Miała opuszczoną głowę i nerwowo bawiła się rogiem notesu.
 - No, nie stresuj się tak.
Podniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się nieśmiało.
 - Przepraszam.
 - Nic się nie stało, tylko mówię na przyszłość.
Marek coś długo nie wracał, ale zapewne po wczorajszym przemeblowaniu półki z wszystkim, nie może znaleźć tego co potrzebuje.
 - Już wróciliśmy! – rozległ się głos Wiktorii. – Kuba jest głodny, więc przyjechaliśmy z powrotem. I tak dobrze, że nauczyłam go w końcu jeździć na rowerze, bo… Och. – Weszła do salonu. – Dzień dobry.
 - Cześć! – Vaneska pomachała do nastolatki. – O, a kto to się tam kryje? – spytała słodziutkim głosikiem mojego synka, który zawstydzony stał w korytarzu, wychylając tylko nieśmiało głowę. Zaraz pojawił się Marek i wziął go na ręce. Razem usiedli na sofie.
 - Przywitaj się z gościem – powiedział do najmłodszego. – To jest Vanessa.
 - Mm… - zamruczał mu w bluzkę, nie podnosząc wzroku.
Zaśmiałem się i pogłaskałem go po czuprynie.
Rudowłosa przykucnęła przy dziecku, szeroko się uśmiechając.
 - Co taki nieśmiały jesteś? Taki duży chłopiec? Może chciałbyś lizaka, hm? Mam jeszcze jeden, ale myślę, że nic się nie stanie jeśli ty go zjesz.
Niepewnie na nią zerknął, a ona na mnie pytającym wzrokiem. Skinąłem głową na tak. Wstała i otworzyła notes. Do pierwszej strony miała przyklejoną słodycz w kształcie serduszka. Odkleiła i podała najmłodszemu. Zaraz usiadł prosto i rozpakował go.
 - Dzenkuę – powiedział z lizakiem w ustach.
 - Proszę. – pogłaskała go po główce.
 - Proszę przeczytać i jeśli wszystko się zgadza, podpasać tutaj – Marek wskazał na miejsce na kartce.
Tak też zrobiła i szczęśliwa oddała mu umowę.
 - Liczę, ze mnie nie zawiedziesz. – Uśmiechnął się słodko.
 - Może pan…
 - Możemy przejść w końcu na ty?
 - Em… Tak, tak, oczywiście! Możesz na mnie liczyć – poprawiła się.
Posadził Kubusia na kanapie i objął ją ramieniem.
 - A więc poznajcie moją nową panią menadżer – przedstawił ją. – A teraz, Vana, wybacz, ale muszę nakarmić tego szkraba – wskazał… na mnie.
Uniosłem brew do góry zawzięcie walcząc z kącikami moich ust.
 - Słucham?
 - Jeszcze nic nie jadłeś – wzruszył ramionami. – Wytłumacz mi jak ja to wytrzymuję – czwórka dzieci w jednym domu – westchnął.
Vanessa zaśmiała się i cmoknęła go w policzek.
 - Moim zdaniem ich kochasz, ale co ja tam wiem…?
 - Eh… Miłość to trudna sztuka… Zwłaszcza, kiedy kochasz na zabój kogoś kto ma trójkę dzieci.
 - Sam jesteś jak dziecko. – Puściłem mu oczko.
 - Naprawdę? – spytał trochę zbyt sugestywnym tonem.
Odchrząknąłem niepewnie.
 - A już kosmitą na pewno – stwierdziłem.
 - Cii, bo ktoś usłyszy!
Znowu po pokoju rozeszły się kolejne salwy śmiechu. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz