Rozdział
15.
Dwa
tygodnie później…
Wróciłem do
domu ciesząc się jak nigdy, że jeszcze tylko kilkanaście dni i wakacje. Ach ten
przywilej nauczyciela…
Kilka
godzin temu dostałem SMS’ a od Marka. Podobno znalazł kogoś odpowiedniego na
pracę jego menadżera. Miała przyjść do nas popołudniu (znowu, jakby nie było
innych miejsc, ale w sumie mi to, aż tak nie przeszkadza…).
Wiki
zabrała Kubusia na plac zabaw, a Krzysiek szwenda się gdzieś z Łukaszem, więc
byliśmy sami. Też chciałem wyjść, ale uparł się, że mam zostać. Cóż, zgodziłem
się.
Punktualnie
o szesnastej rozległ się dźwięk dzwonka. Marek poszedł otworzyć. Zaraz rozległ
się pisk jakiejś dziewczyny.
- Przepraszam, najmocniej przepraszam. Jestem
pana wielką fanką i… Ekhem… Powinnam być bardziej profesjonalna… Ja… -
próbowała sklecić zdanie, wchodząc do salonu z moim narzeczonym.
Była
niziutka i szczuplutka, miała niewiele ponad dwadzieścia lat. Rude włosy
zaplątała w kok, co chwilę wypadały z niego niesforne kosmyki, które musiała
poprawiać. Dodatkowo na głowie zawiązana była czarna bandana. Uszy zdobiły
wielkie kolczyki koła, a usta podkreślone czerwoną szminką. Nosiła pstrokatą
bluzkę na grubych ramiączkach, odsłaniającą jej pępek, dziurawe dżinsy, a na
nogach rzymianki na koturnie. Każdy paznokieć był pomalowany na inny kolor i
wzór, na nadgarstkach miała kilka rzemyków. W rękach ściskała jakiś notes,
długopis oraz telefon.
- Nie szkodzi – zaśmiał się.
Uroczy
rumieniec pojawił się na jej twarzy.
Zaraz mnie
ujrzała i uśmiechnęła się delikatnie.
- Vanessa. – Wyciągnęła rękę w moją stronę.
Wstałem i
uścisnąłem ją.
- Marcin.
- No, to skoro wszyscy się znają to możemy
przejść do konkretów – zarządził ukochany.
Usiadłem
obok niego na kanapie, a dziewczyna na fotelu naprzeciwko.
- Jestem w domu Marka Pająka (tak,
karmelowłosy nie chciał zmieniać nazwiska na takie jak jego przybrani rodzice)
– ekscytowała się po cichu. – Em… To znaczy…
- Czy ona nie jest urocza?
- Jest – potwierdziłem.
- Uznałem, że będzie idealna, bo jest jeszcze
młoda i niedoświadczona, dzięki czemu nie myśli o mnie jak o pieniądzach, a
człowieku.
Skinąłem
głową.
Oparł się o
mój bok, wciągając nogi na sofę.
- Już wszystko ustaliliśmy, czy masz jakieś
pytania, chcesz coś zmienić? – spytał.
- N-nie! Jest dobrze. Jeszcze nie
współpracowałam z żadną gwiazdą, ale zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby pan
nie żałował.
Ona serio
była słodziutka.
Marek
zadowolony klepnął swoje uda i wstał. Pochylił się, żeby mnie pocałować. To
trwało tylko moment, sekundę, ale… Chyba zawsze będę kochać te usta.
- To ja zaraz wracam, tylko przyniosę papierki
i długopis.
- O-czywiście… - Vaneska była czerwona jak…
jej usta i włosy. Cała głowa zlała się w jedno.
- Trochę stanowczości młoda, bo jeszcze ci na głowę wejdzie i nie będziesz
mogła sam zdecydować, czy możesz iść do łazienki - zażartowałem.
- No wiesz?! Wydałeś jej moje szatańskie
plany! – niby się oburzył.
Wszyscy
zaczęliśmy się śmiać.
Wyszedł, a
ja zostałem sam z rudą. Miała opuszczoną głowę i nerwowo bawiła się rogiem
notesu.
- No, nie stresuj się tak.
Podniosła
na mnie wzrok i uśmiechnęła się nieśmiało.
- Przepraszam.
- Nic się nie stało, tylko mówię na
przyszłość.
Marek coś
długo nie wracał, ale zapewne po wczorajszym przemeblowaniu półki z wszystkim, nie może znaleźć tego co
potrzebuje.
- Już wróciliśmy! – rozległ się głos Wiktorii.
– Kuba jest głodny, więc przyjechaliśmy z powrotem. I tak dobrze, że nauczyłam
go w końcu jeździć na rowerze, bo… Och. – Weszła do salonu. – Dzień dobry.
- Cześć! – Vaneska pomachała do nastolatki. –
O, a kto to się tam kryje? – spytała słodziutkim głosikiem mojego synka, który
zawstydzony stał w korytarzu, wychylając tylko nieśmiało głowę. Zaraz pojawił
się Marek i wziął go na ręce. Razem usiedli na sofie.
- Przywitaj się z gościem – powiedział do
najmłodszego. – To jest Vanessa.
- Mm… - zamruczał mu w bluzkę, nie podnosząc
wzroku.
Zaśmiałem
się i pogłaskałem go po czuprynie.
Rudowłosa
przykucnęła przy dziecku, szeroko się uśmiechając.
- Co taki nieśmiały jesteś? Taki duży
chłopiec? Może chciałbyś lizaka, hm? Mam jeszcze jeden, ale myślę, że nic się
nie stanie jeśli ty go zjesz.
Niepewnie
na nią zerknął, a ona na mnie pytającym wzrokiem. Skinąłem głową na tak. Wstała i otworzyła notes. Do
pierwszej strony miała przyklejoną słodycz w kształcie serduszka. Odkleiła i
podała najmłodszemu. Zaraz usiadł prosto i rozpakował go.
- Dzenkuę – powiedział z lizakiem w ustach.
- Proszę. – pogłaskała go po główce.
- Proszę przeczytać i jeśli wszystko się
zgadza, podpasać tutaj – Marek wskazał na miejsce na kartce.
Tak też
zrobiła i szczęśliwa oddała mu umowę.
- Liczę, ze mnie nie zawiedziesz. – Uśmiechnął
się słodko.
- Może pan…
- Możemy przejść w końcu na ty?
- Em… Tak, tak, oczywiście! Możesz na mnie
liczyć – poprawiła się.
Posadził
Kubusia na kanapie i objął ją ramieniem.
- A więc poznajcie moją nową panią menadżer –
przedstawił ją. – A teraz, Vana, wybacz, ale muszę nakarmić tego szkraba –
wskazał… na mnie.
Uniosłem
brew do góry zawzięcie walcząc z kącikami moich ust.
- Słucham?
- Jeszcze nic nie jadłeś – wzruszył ramionami.
– Wytłumacz mi jak ja to wytrzymuję – czwórka dzieci w jednym domu – westchnął.
Vanessa
zaśmiała się i cmoknęła go w policzek.
- Moim zdaniem ich kochasz, ale co ja tam
wiem…?
- Eh… Miłość to trudna sztuka… Zwłaszcza,
kiedy kochasz na zabój kogoś kto ma trójkę dzieci.
- Sam jesteś jak dziecko. – Puściłem mu oczko.
- Naprawdę? – spytał trochę zbyt sugestywnym
tonem.
Odchrząknąłem
niepewnie.
- A już kosmitą na pewno – stwierdziłem.
- Cii, bo ktoś usłyszy!
Znowu po
pokoju rozeszły się kolejne salwy śmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz