Rozdział
25.
Z rana
obudził mnie pocałunek mojego chłopaka. Mm… Idealne poranki… A mogą być
idealniejsze? Oczywiście! Blondyn usiadł obok, a na moich nogach wylądowała
taca z talerzem kanapek oraz dwa kubki herbaty. Położyłem dłoń na jego
policzku, przekrzywiając jego głowę w moją stronę i delikatnie całując w usta.
- Jesteś za idealny – zażartowałem, biorąc
pierwszą kromkę.
- Jak mam takiego chłopaka to nie mogę
odstawać. – Puścił mi oczko.
Oparłem się
o jego bok.
- Dlaczego dzisiaj wyjeżdżamy? – jęknąłem.
Mocniej
mnie do siebie przyciągnął i musnął delikatnie moją szyję wargami.
- Przecież jeszcze możemy tu wrócić. Albo w
inne miejsce.
- Mhm… Na Karaiby – zażartowałem.
- O nie… Znowu Jack Sparrow?
- On jest zajebisty! – przypomniałem po raz
kolejny mojemu niedowiarkowi.
- Oglądałeś wszystkie części, a do tego po
kilka razy i za każdym razem mi to powtarzasz. Bo będę zazdrosny! – wiedziałem,
że nie mówi poważnie.
Oblizałem
usta, odkładając tacę na bok. Szybko się znalazłem na jego nogach.
- Na pewno nie robiłbym tak z Johnnym Deppem…
- I pocałowałem.
Natychmiast
zdominował pocałunek na co zamruczałem zadowolony. Wolałem kiedy to mój książę
przejmował inicjatywę. Szybko przerzucił mnie na materac, samemu znajdując
dogodne miejsce pomiędzy moimi nogami i dorywając z powrotem do moich ust. Byłoby
idealnie gdyby nie… mój krzyk. Zepchnąłem go z całej siły z siebie i znowu
jęknąłem, delikatnie głaszcząc swój bok, który przypadkiem został zadrapany, a
spalona skóra nie pozwalała o sobie zapomnieć.
- Przepraszam – wyszeptał zdyszany.
Podwinął
lekko moją bluzkę i zaczął składać delikatne pocałunki na zaczerwienionym
miejscu. Całkowicie się odprężyłem i z uśmiechem przyjmowałem pieszczotę.
- Wiesz, że musimy wstawać? – spytał w końcu.
- Mhm…
- I posprzątać po sobie… oraz skosić trawę.
- Mhm… - powtórzyłem z większym naciskiem. –
Chwila… Co? Jaką trawę?
- Zieloną. Obiecałem, że zrobię to już za nich skoro
pożyczyli nam domek na te kilka dni.
- Ty to zrobisz. Księżniczka nie może się
przemęczać.
- Księżniczka nie może się przemęczać –
powiedzieliśmy niemal równocześnie.
Obaj
zaczęliśmy się śmiać.
W końcu
zwlokłem się z łóżka i popędziłem w stronę łazienki, żeby się ogarnąć.
Serio nie
chciałem wyjeżdżać. Bardzo mi się tam podobało mimo spalenizny, ale to już
tylko moja wina, a nie miejsca.
Rzeczywiście
prawie nic nie robiłem, tylko siedziałem i obserwowałem mojego chłopaka w
samych spodenkach koszącego trawę, wycierającego kurze, zmywającego podłogę. W
końcu zlitowałem się nad nim i zwlokłem swoje cztery litery w stronę kuni,
gdzie przygotowałem obiad – jajko sadzone. Może i nic wymyślnego, ale nigdy w
zasadzie nie gotowałem, więc… Zaniosłem jedzenie na dwór i usiadłem na
krzesełku, czekając aż mój Romeo weźmie prysznic.
W końcu
również zasiadł przy stole i sięgną po widelec.
- Zmęczony? – spytałem, dobrze wiedząc jaka
będzie odpowiedź – tak.
Podniósł na
mnie wzrok, ale zaraz z powrotem skupił się na obiedzie. Najedzony oparł się o
oparcie krzesła, ręce położył na brzuchu i westchnął ciężko.
- Mam dość.
Stanąłem za
nim i położyłem dłonie na ramionach chłopaka.
- Odpocznij – powiedziałem, ugniatając je.
- Masaż? – spytał zadowolony.
- A czemu nie?
Kiedy
poczułem, że jest już całkiem rozluźniony, wziąłem naczynia i pozmywałem.
Podobała mi
się ta atmosfera. Niby zwyczajnie, można by rzec, że nudno, ale mi to
odpowiadało i nie mogłem się doczekać, aż będziemy mieszkać razem. Bez kłótni
się nie obejdzie, to fakt (w końcu to ja), lecz my sobie z tym poradzimy. Już
sobie wyobrażałem jak siedzę w domu z dużym psem, na przykład ostatnio mi się
podobają dogi argentyńskie, czekając na Łukasza, który wróci z pracy, razem
zjemy kolację, pogadamy… a może i jakoś inaczej spędzimy czas… W zasadzie to
jeszcze nie uprawialiśmy seksu. Nie wiem czemu, po prostu żadnemu z nas się do
tego nie śpieszyło. Przecież dobrze jest tak jak jest… Chociaż jakby chłopak
chciał…
- Nad czym się tak rozwodzisz? – Poczułem jak
silne ramiona oplatają mnie w pasie.
- Wyobrażam sobie jakby to było gdybyśmy
zamieszkali razem… - Oparłem się wygonie o jego pierś. – Fajnie będzie. Musi –
zaznaczyłem.
- Oczywiście. Tylko najpierw trzeba mieć gdzie
i za co.
- Przecież wiem. Mamy jeszcze całe życie przed
sobą.
- Kocham cię – wyszeptał w moje włosy.
- Ja ciebie też. – Po chwili zastanowienia
spytałem: - Dlaczego nigdy nie mówisz tego głośno?
- Bo tak jest lepiej. Przeszkadza ci to?
Pokręciłem
przecząco głową, patrząc na oszukańcze motyle. Dlaczego oszukańcze? Bo wabią
swoimi kolorowymi skrzydłami, a z bliska są ohydne. Biedronki tak samo. Już
takie pająki, czy żuki są o tyle lepsze, że od razu stawiają sprawę jasno –
jestem brzydki.
- Musimy jechać. Spakowany?
- Już lecę. – Odwróciłem się i krótko go
pocałowałem. – Cieszę się, że mnie tu zabrałeś.
- Ja też.
Pobiegłem
do pokoju spakować walizkę, już tęskniąc za tym miejscem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz