wtorek, 27 września 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 28.

Rozdział 28.
Chyba straciłem na chwilę przytomność. Nie pamiętam momentu, kiedy znowu leżałem na łóżku, kiedy mój nadgarstek został owinięty jakąś szarą szmatą, kiedy czerwona miska z wodą została przyniesiona do pokoju.
Zaraz po moim obudzeniu się, ujrzałem Łukasza bez koszulki niosącego wodę utlenioną i bandaż. Usiadł obok mnie, nie patrząc mi w oczy. Zdjął, jak się okazało swoją bluzkę z mojej ręki. Była brudna od krwi. Ujrzałem trzy brzydkie przecięcia na przegubie, z których już tak nie kapała posoka. Obmył mi rany, polał środkiem dezynfekującym na co się skrzywiłem z bólu, a następnie przyłożył opatrunek i owinął to bandażem. Obserwowałem wszystko co robił. Oparł łokcie o kolana, a twarz schował w dłoniach. Widziałem jak targa sobie blond grzywkę, mięśnie pleców są maksymalnie napięte. Był zły. Baaardzo zły. Po chwili wstał, zabrał wszystko co tu przytargał i wyszedł.
Nie miałem siły się podnieść, czułem się jakbym był wypruty, a później znowu zszyty. Nawet ręki nie poprawiłem, choć mi ścierpła z niewygodnej pozycji.
Drzwi się otworzyły, a w nich stał mój chłopak. Miał ze sobą kubeł na śmieci. Wszystkie resztki lustra wylądowały w nim, wyniósł to gdzieś i zaraz wrócił po ramę z przyczepionymi do niej odłamkami. Również zniknęła z mojego królestwa. Nikt się nie odzywał, ta cisza bolała. Chyba wolałem, żeby mnie wyzywał, byle tylko coś mówił. Mógł też puścić muzykę. O! Dobry pomysł! Sięgnąłem pod poduszkę i wyciągnąłem komórkę. Wybrałem ulubioną piosenkę. Po chwili z nudów zacząłem śpiewać wraz z wokalistą, strasznie fałszując:
 - I feel stupid and contagious, here we are now, entertain us a mulatto, an Albino, a mosquito, my libido, yeah!*
W międzyczasie przyszedł mój blondyn. Przy kolejnym Hello z mojej strony zerwał się z podłogi, na której siedział i wyrwał mi telefon. Wyłączył piosenkę, mnie nie musiał – zamknąłem się, kiedy tylko widziałem jak wstaje.
 - Co ci tak śpieszno na tamten świat?!
Zmarszczyłem brwi i chwyciłem się za głowę.
 - Głowa mnie boli.
Kłamstwo. Kolejne kłamstwo. Cudownie.
Natychmiast się uspokoił i przycupnął obok. Pogłaskał mnie po włosach, a ja miałem wyrzuty sumienia, bo znowu się o mnie martwił.
 - Przepraszam. Tak się martwiłem, dlaczego to zrobiłeś? Masz szczęście, że rany były płytkie i mi w końcu udało się wejść do środka. Nie rób mi tego nigdy więcej.
 - Wybacz. Po prostu miałem dość. Nie myślałem logicznie.
 - Jesteś taki chudy… Dlaczego jeszcze bardziej się głodzisz, oszukujesz…? Najgorsze jednak było to co teraz zrobiłeś.
 - Nie mówmy teraz o tym. Chce mi się spać.
Bez słowa położył się obok i zagarnął mnie w swoje ramiona. Poczułem delikatny pocałunek na ramieniu. W końcu mogłem bez problemów zasnąć.

Obudziłem się i pierwsze co to zacząłem płakać. Nie wiem czemu. Po prostu tak mnie naszło. Leżałem na łyżeczkę z ukochanym, więc bardziej przysunąłem się do niego, choć przez to jedynie przesunąłem go, przy okazji budząc.
 - Co jest? – spytał zaspanym głosem.
Zastygłem. Nie chciałem, żeby zauważył moje łzy, które nie chciały przestać płynąć. Na szczęście jedynie mocniej mnie przytulił jak misia i wrócił do krainy snów.
Moim ciałem wstrząsnęły kolejne salwy szlochu. Zagryzłem pięść, ale niewiele to dało. Dusiłem się gulą utkwioną w moim gardle.
Nagle usłyszałem pukanie. Zamilkłem. Kątem oka widziałem, jak się otwierają, a Marcin zagląda do środka. Uśmiechnął się niczego nieświadomy i zamknął drzwi.
Chciałem krzyczeć. Tak po prostu wydzierać się do niczego i na nic. Zamiast tego leżałem, czując jak słaby jestem. Sądziłem, że jestem silniejszy, ale nie potrafiłem istnieć. Wszystko prędzej, czy później musiałem spierdolić. Serce bolało mnie i w przenośni i prawdziwie. Dlaczego życie nie może być prostsze? Dlaczego wszystko sobie utrudniam? Dlaczego wszystko niszczę? Dlaczego jestem?
Wstałem, uważając, żeby nie obudzić Łukasza. Sięgnąłem po sweter z rozciągniętymi rękawami, czarne rurki i bieliznę. Nawet nie wiecie jak się cieszyłem, że tamtego dnia było chłodniej…
Wszedłem do wanny, obandażowaną rękę trzymając nad powierzchnią wody. Moczyłem się długo, aż skóra nie zaczęła mi się marszczyć. Wytarłem się puchowym ręcznikiem, ubrałem i stanąłem przed lustrem. Patrzyłem na bladego, wymizerowanego chłopaka z podkrążonymi oczami. Związałem wysoko włosy w kucyk, nałożyłem podkład, którego używałem rzadko, ale to była wyjątkowa sytuacja, podkreśliłem oczy czarnym kolorem, a na koniec wypuściłem pasmo ciemnych włosów, żeby spokojnie opadło na mól lewy policzek. W miarę zadowolony, wyszedłem, naciągając bardziej rękawy.
Jak się okazało, Łukasz już nie spał, tylko siedział na łóżku oparty o ścianę, patrząc na mnie smutnym wzrokiem. Podszedłem do niego, usiadłem na wyprostowanych nogach i zwyczajnie mocno przytuliłem.
 - Przepraszam. Bardzo cię przepraszam. Nie wiem, co mi odbiło, po prostu kiedy pomyślałem, że mógłbym cię stracić… Byłem zrozpaczony, wściekły i… chyba zwyczajnie się poddałem.
Ujął moją twarz w dłonie i pogłaskał kciukiem po policzku. Po chwili wahania pocałował mnie. Nic nie mówił, tylko czule całował, a wszystkie troski odchodziły na tą krótką chwilę.
 - Obiecaj mi, że nigdy więcej tego nie zrobisz. Obiecaj mi, że nie będziesz się już głodził. Obiecaj mi, że zawsze będziesz ze mną.
Wtuliłem twarz w zagłębienie w jego szyi, czując jak głaska mnie po plecach.
 - Obiecuję.

*Nirvana - Smells Like Teen Spirit.

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz