Rozdział 27.
Dwa
tygodnie później…
Znowu
pobiegłem do łazienki, pozbywając się tego pysznego ciasta, które kupił Marcin.
Włożyłem palce do gardła i szybko brązowa papka wylądowała w toalecie.
Idealnie.
Opłukałem
twarz, umyłem zęby i z wielkim uśmiechem wróciłem do swojego pokoju. Rozłożyłem
się na łóżku, włączyłem muzykę i odpłynąłem.
~*~
Parę dni
później…
Znowu
wyszorowałem zęby, żeby pozbyć się tego posmaku z ust i ruszyłem w stronę
drzwi. Stanąłem jak wryty widząc w nich Łukasza. Patrzył na mnie jakbym właśnie
zamordował mu całą rodzinę.
- Co to, kurwa, miało być?! – wysyczał.
- C-cześć, kochanie! Przepraszam, źle się
poczułem, chyba zatrucie. Już mi lepiej. Nie mówiłeś, że przyjdziesz.
Kłamstwa…
Ostatnio często kłamię.
- Uważasz mnie za takiego debila?! Dlaczego to
robisz?!
- Łukasz, spokojnie… To nie tak…
- A jak?! Ja ci zaufałem!
Do moich
oczu znowu napłynęły łzy. Przez ostanie miesiące za dużo płaczę.
Nawet nie
wiecie jak się cieszę, że już się skończyły wakacje i wszyscy byli jeszcze w
szkole…
- Musisz być takim pierdolonym kłamcą?! –
nadal krzyczał. Głowa mnie bolała, chciałem, żeby był cicho. – Wczoraj u mnie
prawie zemdlałeś, to dlatego?!
Milczałem.
Chciałem go
wyminąć, ale złapał mnie za rękę i popchnął na ścianę.
- Puszczaj! – Próbowałem się wyrwać.
- Serio uważasz, że przytulanie worka kości,
patrzenie na kogoś kto wygląda jak powlekany skórą kościotrup jest takie
fajne?! Ile ważysz?!
- Chuj cię to obchodzi! – Udało mi się uciec
do pokoju.
Zatrzasnąłem
drzwi, przekręciłem kluczyk i zjechałem po nich na podłogę.
- Kocham cię, ale nie zamierzam chodzić z kimś
takim! Albo będziesz wyglądać jak człowiek albo to koniec!
To był dla
mnie szok. Nie tego się spodziewałem… Zacząłem płakać jeszcze bardzie, skuliłem
się, podwinąłem kolana pod brodę. Nienawidziłem siebie, swojego życia, wyglądu…
Miałem dość.
- Nie możesz mnie zostawić – wyszeptałem.
- A ty nie możesz się głodzić i rzygać, kiedy
tylko coś zjesz! Martwię się!
- Nie możesz – powtórzyłem słabo. – Potrzebuję
cię.
Usłyszałem
jakiś hałas, jakby kopnięcie.
- Nara – pożegnał się i wyszedł. Tak
przynajmniej mi się wydawało.
Zacząłem
jeszcze bardziej płakać, krzyczeć, targać swoje włosy. Cały mój świat się
zawalił. Waliłem w lustro pięściami tak długo, aż mnie ręce bolały, a szyba
pękła, kalecząc moją bladą skórę. Tym razem do akcji wkroczyła moja noga.
Gapiłem się na swoje zakrwawione dzieło. Stopy i dłonie były pokaleczone, a
czerwone strugi posoki zdobiły ostre zakończenia kawałków mojego kolejnego
lustra. Przejechałem palcem po jednym. Skrzywiłem się czując lekki ból w
miejscu przecięcia. Ostre. Chwyciłem je i obejrzałem dokładnie z chorą
fascynacją. Lustro odebrało mi pewność siebie, chłopaka, radość to i życie
może… Ściągnąłem bluzkę, unikając patrzenia na ten tłuszczyk odznaczający się
obok żeber, miednicy… Patrzyłem na nagie, białe nadgarstki. Łatwo można było je
objąć dwoma palcami i jeszcze byłoby dużo luzu. Obróciłem w palcach kawałek
posrebrzanego szkła i dopiero po chwili usiadłem po turecku, spojrzałem na
swoje odbicie w tych fragmentach lustra, które trzymały się ramy, jednocześnie
przyciskając do skóry moje przekleństwo.
- Żegnaj słaby, marny człowieku. Pewnie będzie
po tobie dużo sprzątania, ale trudno i tak przysparzałeś samych problemów. Adieu!
Pierwsze
rozcięcie cholernie bolało, ale już drugie… to było nawet swego rodzaju
przyjemne. Obserwowanie jak ten czerwony płyn mojego życia wypływa wraz z
wszystkimi kłopotami. Szczypanie i mrowienie nie było jakieś uciążliwe, a ja z
fascynacją robiłem trzecie nacięcie. Mam wrażenie, że słyszę jakieś walenie do
drzwi, ale nie skupiam się na tym. W końcu huk był głośniejszy, ale również go
olałem, tak jak i krzyk Łukasza wołającego moje imię…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz