środa, 21 września 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 27.

Rozdział 27.
Dwa tygodnie później…
Znowu pobiegłem do łazienki, pozbywając się tego pysznego ciasta, które kupił Marcin. Włożyłem palce do gardła i szybko brązowa papka wylądowała w toalecie. Idealnie.
Opłukałem twarz, umyłem zęby i z wielkim uśmiechem wróciłem do swojego pokoju. Rozłożyłem się na łóżku, włączyłem muzykę i odpłynąłem.

~*~
Parę dni później…
Znowu wyszorowałem zęby, żeby pozbyć się tego posmaku z ust i ruszyłem w stronę drzwi. Stanąłem jak wryty widząc w nich Łukasza. Patrzył na mnie jakbym właśnie zamordował mu całą rodzinę.
 - Co to, kurwa, miało być?! – wysyczał.
 - C-cześć, kochanie! Przepraszam, źle się poczułem, chyba zatrucie. Już mi lepiej. Nie mówiłeś, że przyjdziesz.
Kłamstwa… Ostatnio często kłamię.
 - Uważasz mnie za takiego debila?! Dlaczego to robisz?!
 - Łukasz, spokojnie… To nie tak…
 - A jak?! Ja ci zaufałem!
Do moich oczu znowu napłynęły łzy. Przez ostanie miesiące za dużo płaczę.
Nawet nie wiecie jak się cieszę, że już się skończyły wakacje i wszyscy byli jeszcze w szkole…
 - Musisz być takim pierdolonym kłamcą?! – nadal krzyczał. Głowa mnie bolała, chciałem, żeby był cicho. – Wczoraj u mnie prawie zemdlałeś, to dlatego?!
Milczałem.
Chciałem go wyminąć, ale złapał mnie za rękę i popchnął na ścianę.
 - Puszczaj! – Próbowałem się wyrwać.
 - Serio uważasz, że przytulanie worka kości, patrzenie na kogoś kto wygląda jak powlekany skórą kościotrup jest takie fajne?! Ile ważysz?!
 - Chuj cię to obchodzi! – Udało mi się uciec do pokoju.
Zatrzasnąłem drzwi, przekręciłem kluczyk i zjechałem po nich na podłogę.
 - Kocham cię, ale nie zamierzam chodzić z kimś takim! Albo będziesz wyglądać jak człowiek albo to koniec!
To był dla mnie szok. Nie tego się spodziewałem… Zacząłem płakać jeszcze bardzie, skuliłem się, podwinąłem kolana pod brodę. Nienawidziłem siebie, swojego życia, wyglądu… Miałem dość.
 - Nie możesz mnie zostawić – wyszeptałem.
 - A ty nie możesz się głodzić i rzygać, kiedy tylko coś zjesz! Martwię się!
 - Nie możesz – powtórzyłem słabo. – Potrzebuję cię. 
Usłyszałem jakiś hałas, jakby kopnięcie.
 - Nara – pożegnał się i wyszedł. Tak przynajmniej mi się wydawało.
Zacząłem jeszcze bardziej płakać, krzyczeć, targać swoje włosy. Cały mój świat się zawalił. Waliłem w lustro pięściami tak długo, aż mnie ręce bolały, a szyba pękła, kalecząc moją bladą skórę. Tym razem do akcji wkroczyła moja noga. Gapiłem się na swoje zakrwawione dzieło. Stopy i dłonie były pokaleczone, a czerwone strugi posoki zdobiły ostre zakończenia kawałków mojego kolejnego lustra. Przejechałem palcem po jednym. Skrzywiłem się czując lekki ból w miejscu przecięcia. Ostre. Chwyciłem je i obejrzałem dokładnie z chorą fascynacją. Lustro odebrało mi pewność siebie, chłopaka, radość to i życie może… Ściągnąłem bluzkę, unikając patrzenia na ten tłuszczyk odznaczający się obok żeber, miednicy… Patrzyłem na nagie, białe nadgarstki. Łatwo można było je objąć dwoma palcami i jeszcze byłoby dużo luzu. Obróciłem w palcach kawałek posrebrzanego szkła i dopiero po chwili usiadłem po turecku, spojrzałem na swoje odbicie w tych fragmentach lustra, które trzymały się ramy, jednocześnie przyciskając do skóry moje przekleństwo.
 - Żegnaj słaby, marny człowieku. Pewnie będzie po tobie dużo sprzątania, ale trudno i tak przysparzałeś samych problemów. Adieu!
Pierwsze rozcięcie cholernie bolało, ale już drugie… to było nawet swego rodzaju przyjemne. Obserwowanie jak ten czerwony płyn mojego życia wypływa wraz z wszystkimi kłopotami. Szczypanie i mrowienie nie było jakieś uciążliwe, a ja z fascynacją robiłem trzecie nacięcie. Mam wrażenie, że słyszę jakieś walenie do drzwi, ale nie skupiam się na tym. W końcu huk był głośniejszy, ale również go olałem, tak jak i krzyk Łukasza wołającego moje imię…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz