Rozdział 26
Tydzień
później…
Siedzieliśmy
razem u niego na kanapie i oglądaliśmy film SF, akurat kiedy przyszło nasze
zamówienie – pizza i sałatka. Włączyłem pauzę i czekałem, aż mój przystojny
Romeo zapłaci i przyniesie jedzenie. Choć nie chciałem przyznać byłem głodny.
Zapach żółtego sera, przypraw, salami roznosił się w powietrzu, przez co mój
żołądek jeszcze bardziej się skręcał. Pogłaskałem brzuch uspokajająco i
podciągnąłem nogi pod siebie. Ukochany usiadł obok, a ja dorwałem się do mojej…
sałatki greckiej. Była bardzo dobra, zdrowa, miała mało kalorii, a do tego dużo
witamin… Tylko ni trochę nie pachniała jak obiad Łukasza. Odwróciłem wzrok w
stronę telewizora i włączyłem play. W ogóle nie zerkałem kątem oka na ten
ciągnący się ser, wypadające przypadkiem dodatki, jak lśnił na wierzchu, jakie
duże dodali kawałki, a ciasto cieniutkie – moje kiedyś ulubione. Teraz smakują
mi bardziej moje warzywka od pizzy Roma. Przecież to oczywiste! One są
kolorowe, zdrowe, wyglądają apetycznie… tylko, chuj, nie mają smaku. Wkurwiony
odłożyłem pojemniczek na stolik, kompletnie ignorując spojrzenia mojego
chłopaka.
- To może chcesz…
- Nie! – przerwałem mu zanim wypowiedział to
magiczne słowo. – Po prostu nie jestem głodny. – Tak, żeby zaprzeczyć moim
słowom, brzuch postanowił zaburczeć.
- No weź przecież się podzielę! I tak nie zjem
całej.
- Będę gruby.
Westchnął
ciężko i podstawił mi apetyczny trójkącik pod nos. Zacisnąłem mocno powieki,
odwracając głowę, ale w końcu nie wytrzymałem i zerwałem się z kanapy.
- Nie rozumiesz?! Nie chcę żadnej pizzy! Nie
mam zamiaru być jakimś grubym wielorybem obżerającym się fast foodami…
- Uważasz, że jestem gruby?
- … który będzie sam, bo nikt go nie zechce –
dokończyłem.
Odłożył
jedzenie na karton i podszedł do mnie. Jego ręce oplotły mnie w pasie, a niebieskie
oczy przyszpiliły wzrokiem moje.
- Kochanie od jednego kawałka pizzy nie
zgrubniesz, a nie zapominaj, że cię kocham i będę kochać nawet jak będziesz
ważył dwieście kilo. Tobie na pewno to nie grozi, bo nie wiem ile byś musiał
się nawpierdzielać, żeby tyle przytyć, ale nawet jeśli… Nie odmawiaj sobie
jedzenia, jesteś bardzo, bardzo, bardzo szczupły.
- Chcesz mi powiedzieć, że jestem chudy?
Jęknął
załamany i oparł głowę o moje ramię. Po chwili się wyprostował, pociągnął w
stronę łazienki i zamknął drzwi. Pociągnął moją bluzkę do góry i zostawił na
pralce, następnie zaczął rozpinać mi spodnie.
- Ej! Co ty robisz?? – spytałem cały czerwony.
Ukochany
niewzruszenie kontynuował. Zaraz czarny materiał zsunął mi do kostek. Obrócił
mnie tyłem do siebie, chwycił po bokach za biodra i pokierował w stronę
łazienkowego lustra. Oparł podbródek na moim ramieniu, a rękami oplótł w pasie.
- Nie widzisz jak wyglądasz? Z czego ty chcesz
schudnąć?
Po chwili
wpatrywania się w swoje odbicie pisnąłem zaskoczony i podszedłem bliżej.
Zacząłem oglądać moje wały tłuszczu.
- Wyjdź!
- O co chodzi? Skarbie…
- Powiedziałem wyjdź! – krzyknąłem głośniej. –
Nie chcę, żebyś na to patrzył! Przytyłem!
Westchnął, ale zamiast skierować swoje kroki w
stronę drzwi, stanął znowu za mną.
- Gdzie?
Zasłoniłem
swój gruby brzuch, czując jak oczy zaczynają mnie piec. Nie mogłem się przy nim
rozryczeć, nie mógł mnie widzieć w takim stanie… Zgarbiłem się bardziej, a z
mojego gardła wyrwał cię cichy szloch.
- Ej… Cii, nie płacz. Spokojnie. Pokaż, gdzie
twoim zdaniem jesteś gruby?
Pokręciłem
przecząco głową.
Obrócił
mnie przodem do siebie i oparł o zimną taflę szkła. W pierwszej chwili
odskoczyłem od niej, ale Łukasz znowu mnie na nią popchnął.
- Ile ty masz wzrostu? – spytał, lustrując
wzrokiem tego słonia.
- Metr osiemdziesiąt pięć, a co?
- Serio? – Spojrzał na moją twarz zaskoczony.
– Ja tylko metr osiemdziesiąt. Dlaczego jestem niższy od swojego chłopaka? –
westchnął.
Zaśmiałem
się cicho i cmoknąłem w usta.
- Tylko pięć centymetrów.
- Ile ważysz?
Prychnąłem
i odwróciłem wzrok. On myśli, że mu powiem??
- Mam wagę, możemy sprawdzić.
- Jestem za gruby! Ta bardzo chcesz mi to
udowodnić?! Tak, mam za dużo tłuszczu! Patrz jaki wielki i galaretowaty brzuch!
– Pacnąłem się w ręką w to sadełko. – Usatysfakcjonowany?!
Spróbował
się uspokoić. Wdech, wydech, wdech, wydech… Spokojniejszy przejechał delikatnie
palcami po moim tłuszczyku.
- Nigdy nie mówiłeś, że chcesz się zamienić w
kościotrupa, a już na pewno nie słyszałem, żebyś miał problem ze wzrokiem.
Trzeba się udać do okulisty.
Chciałem
uciec, ale przytrzymał mnie za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. Wzdrygnąłem
się lekko.
- Ile ważysz?
- Kurwa mać, jaki uparciuch. Sześćdziesiąt kilo!
Klęknął
przede mną i przypatrywał się temu obrzydliwemu czemuś. Kolejne łzy rezygnacji
spłynęły po moich policzkach. Nie podobam mu się, wiem. Komu by się miał
spodobać taki tłuścioch, jak ja? Nagle poczułem jego usta na moim brzuchu,
całujące go delikatnie. Wpatrywałem się w to, nie wiedząc co zrobić.
- Gdzie ty widzisz tłuszcz? Z tego co się
orientuję, to masz niedowagę. Kochanie, on jest płaski, tutaj nie ma gramika
czegoś czego być nie powinno. Może mięśni powinieneś mieć więcej, ale odmawiasz
sobie najlepszego żarcia na naszej planecie, dlatego że masz jakieś chore
wyobrażenia. Masz piękny brzuch.
- Po co to robisz?!
- Co? – spytał zaskoczony.
- Kłamiesz! Chcesz mnie jeszcze bardziej
roztyć?!
Wstał, ujął
moją twarz w dłonie i mocno pocałował. Chciałem się wyrwać, ale ten trzymał
mocno, nie poddawał się póki mu nie uległem. Nawet nie wiem ile czasu minęło,
miałem wrażenie, że całe wieki, zanim się ode mnie oderwał.
- Kochanie, jesteś bardzo przystojnym
chłopakiem, nie wiem skąd pomysł, że tak nie jest. Możesz mi wierzyć – nie
jesteś gruby. To co widziałeś to chyba tylko skóra.
- A moje nogi? – spytałem przez łzy. – Takie
obrzydliwe, galaretowate coś na moich łydkach?
Zaśmiał się
i pokręcił głową zrezygnowany.
- Uważasz, że kościotrupy są seksowne?
Przecież każdy ma jakiś tłuszcz, mięśnie. Ważę od ciebie dużo więcej, jestem
trochę niższy. Jestem dla ciebie spaślakiem?
- Nie! Przeciwnie. Jak w szkole mieliśmy WF to
w szatni było na co sobie popatrzeć. – Puściłem mu oczko.
Delikatny
rumieniec wkradł się na jego policzki.
Odchrząknął i uśmiechnął się delikatnie.
- Więc? Przecież ci mówię, że jesteś
przystojny. Mógłbyś mieć każdego, kto wie - może nawet hetero byś poderwał, ale
jesteś mój. Nie wiem czym sobie zasłużyłem na takiego wspaniałego chłopaka,
tylko nie chciałbym, żebym kiedyś przyszedł do domu z pracy i z wieszakiem go
mylił.
Przytuliłem
go mocno.
- Przepraszam, pewnie masz rację. Idziemy coś
zjeść?
Zaskoczony
podał mi moją bluzkę, założyłem spodnie i razem zeszliśmy do salonu.
Kłamałem.
Cały czas kłamałem. Jadłem, czując jak ta pyszna pizza zaraz zamieni się w
kolejne zwały tłuszczu. Chciałem płakać. Chciałem zaszyć się sam w kącie.
Chciałem zniknąć. Chciałem wziąć nóż i odciąć sobie to sadełko. Ale siedziałem
obok mojego skarbu i uśmiechałem się sztucznie, nie chcąc go martwić. Wcale nie
musiał wiedzieć o czym właśnie myślałem, co czułem. Tak było dobrze. Wrócę do
domu to się pozbędę tego obrzydlistwa z mojego żołądka, zanim całość zamieni
się w tą ohydną masę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz