czwartek, 15 września 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 26.

Rozdział 26
Tydzień później…
Siedzieliśmy razem u niego na kanapie i oglądaliśmy film SF, akurat kiedy przyszło nasze zamówienie – pizza i sałatka. Włączyłem pauzę i czekałem, aż mój przystojny Romeo zapłaci i przyniesie jedzenie. Choć nie chciałem przyznać byłem głodny. Zapach żółtego sera, przypraw, salami roznosił się w powietrzu, przez co mój żołądek jeszcze bardziej się skręcał. Pogłaskałem brzuch uspokajająco i podciągnąłem nogi pod siebie. Ukochany usiadł obok, a ja dorwałem się do mojej… sałatki greckiej. Była bardzo dobra, zdrowa, miała mało kalorii, a do tego dużo witamin… Tylko ni trochę nie pachniała jak obiad Łukasza. Odwróciłem wzrok w stronę telewizora i włączyłem play. W ogóle nie zerkałem kątem oka na ten ciągnący się ser, wypadające przypadkiem dodatki, jak lśnił na wierzchu, jakie duże dodali kawałki, a ciasto cieniutkie – moje kiedyś ulubione. Teraz smakują mi bardziej moje warzywka od pizzy Roma. Przecież to oczywiste! One są kolorowe, zdrowe, wyglądają apetycznie… tylko, chuj, nie mają smaku. Wkurwiony odłożyłem pojemniczek na stolik, kompletnie ignorując spojrzenia mojego chłopaka.
 - To może chcesz…
 - Nie! – przerwałem mu zanim wypowiedział to magiczne słowo. – Po prostu nie jestem głodny. – Tak, żeby zaprzeczyć moim słowom, brzuch postanowił zaburczeć.
 - No weź przecież się podzielę! I tak nie zjem całej.
 - Będę gruby.
Westchnął ciężko i podstawił mi apetyczny trójkącik pod nos. Zacisnąłem mocno powieki, odwracając głowę, ale w końcu nie wytrzymałem i zerwałem się z kanapy.
 - Nie rozumiesz?! Nie chcę żadnej pizzy! Nie mam zamiaru być jakimś grubym wielorybem obżerającym się fast foodami…
 - Uważasz, że jestem gruby?
 - … który będzie sam, bo nikt go nie zechce – dokończyłem. 
Odłożył jedzenie na karton i podszedł do mnie. Jego ręce oplotły mnie w pasie, a niebieskie oczy przyszpiliły wzrokiem moje.
 - Kochanie od jednego kawałka pizzy nie zgrubniesz, a nie zapominaj, że cię kocham i będę kochać nawet jak będziesz ważył dwieście kilo. Tobie na pewno to nie grozi, bo nie wiem ile byś musiał się nawpierdzielać, żeby tyle przytyć, ale nawet jeśli… Nie odmawiaj sobie jedzenia, jesteś bardzo, bardzo, bardzo szczupły.
 - Chcesz mi powiedzieć, że jestem chudy?
Jęknął załamany i oparł głowę o moje ramię. Po chwili się wyprostował, pociągnął w stronę łazienki i zamknął drzwi. Pociągnął moją bluzkę do góry i zostawił na pralce, następnie zaczął rozpinać mi spodnie.
 - Ej! Co ty robisz?? – spytałem cały czerwony.
Ukochany niewzruszenie kontynuował. Zaraz czarny materiał zsunął mi do kostek. Obrócił mnie tyłem do siebie, chwycił po bokach za biodra i pokierował w stronę łazienkowego lustra. Oparł podbródek na moim ramieniu, a rękami oplótł w pasie.
 - Nie widzisz jak wyglądasz? Z czego ty chcesz schudnąć?
Po chwili wpatrywania się w swoje odbicie pisnąłem zaskoczony i podszedłem bliżej. Zacząłem oglądać  moje wały tłuszczu.
 - Wyjdź!
 - O co chodzi? Skarbie…
 - Powiedziałem wyjdź! – krzyknąłem głośniej. – Nie chcę, żebyś na to patrzył! Przytyłem!
 Westchnął, ale zamiast skierować swoje kroki w stronę drzwi, stanął znowu za mną.
 - Gdzie?
Zasłoniłem swój gruby brzuch, czując jak oczy zaczynają mnie piec. Nie mogłem się przy nim rozryczeć, nie mógł mnie widzieć w takim stanie… Zgarbiłem się bardziej, a z mojego gardła wyrwał cię cichy szloch.
 - Ej… Cii, nie płacz. Spokojnie. Pokaż, gdzie twoim zdaniem jesteś gruby?
Pokręciłem przecząco głową.
Obrócił mnie przodem do siebie i oparł o zimną taflę szkła. W pierwszej chwili odskoczyłem od niej, ale Łukasz znowu mnie na nią popchnął.
 - Ile ty masz wzrostu? – spytał, lustrując wzrokiem tego słonia.
 - Metr osiemdziesiąt pięć, a co?
 - Serio? – Spojrzał na moją twarz zaskoczony. – Ja tylko metr osiemdziesiąt. Dlaczego jestem niższy od swojego chłopaka? – westchnął.
Zaśmiałem się cicho i cmoknąłem w usta.
 - Tylko pięć centymetrów.
 - Ile ważysz?
Prychnąłem i odwróciłem wzrok. On myśli, że mu powiem??
 - Mam wagę, możemy sprawdzić.
 - Jestem za gruby! Ta bardzo chcesz mi to udowodnić?! Tak, mam za dużo tłuszczu! Patrz jaki wielki i galaretowaty brzuch! – Pacnąłem się w ręką w to sadełko. – Usatysfakcjonowany?!
Spróbował się uspokoić. Wdech, wydech, wdech, wydech… Spokojniejszy przejechał delikatnie palcami po moim tłuszczyku.
 - Nigdy nie mówiłeś, że chcesz się zamienić w kościotrupa, a już na pewno nie słyszałem, żebyś miał problem ze wzrokiem. Trzeba się udać do okulisty.
Chciałem uciec, ale przytrzymał mnie za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. Wzdrygnąłem się lekko.
 - Ile ważysz?
 - Kurwa mać, jaki uparciuch. Sześćdziesiąt kilo!
Klęknął przede mną i przypatrywał się temu obrzydliwemu czemuś. Kolejne łzy rezygnacji spłynęły po moich policzkach. Nie podobam mu się, wiem. Komu by się miał spodobać taki tłuścioch, jak ja? Nagle poczułem jego usta na moim brzuchu, całujące go delikatnie. Wpatrywałem się w to, nie wiedząc co zrobić.
 - Gdzie ty widzisz tłuszcz? Z tego co się orientuję, to masz niedowagę. Kochanie, on jest płaski, tutaj nie ma gramika czegoś czego być nie powinno. Może mięśni powinieneś mieć więcej, ale odmawiasz sobie najlepszego żarcia na naszej planecie, dlatego że masz jakieś chore wyobrażenia. Masz piękny brzuch.
 - Po co to robisz?!
 - Co? – spytał zaskoczony.
 - Kłamiesz! Chcesz mnie jeszcze bardziej roztyć?!
Wstał, ujął moją twarz w dłonie i mocno pocałował. Chciałem się wyrwać, ale ten trzymał mocno, nie poddawał się póki mu nie uległem. Nawet nie wiem ile czasu minęło, miałem wrażenie, że całe wieki, zanim się ode mnie oderwał.
 - Kochanie, jesteś bardzo przystojnym chłopakiem, nie wiem skąd pomysł, że tak nie jest. Możesz mi wierzyć – nie jesteś gruby. To co widziałeś to chyba tylko skóra.
 - A moje nogi? – spytałem przez łzy. – Takie obrzydliwe, galaretowate coś na moich łydkach?
Zaśmiał się i pokręcił głową zrezygnowany.
 - Uważasz, że kościotrupy są seksowne? Przecież każdy ma jakiś tłuszcz, mięśnie. Ważę od ciebie dużo więcej, jestem trochę niższy. Jestem dla ciebie spaślakiem?
 - Nie! Przeciwnie. Jak w szkole mieliśmy WF to w szatni było na co sobie popatrzeć. – Puściłem mu oczko.
Delikatny rumieniec wkradł się  na jego policzki. Odchrząknął i uśmiechnął się delikatnie.
 - Więc? Przecież ci mówię, że jesteś przystojny. Mógłbyś mieć każdego, kto wie - może nawet hetero byś poderwał, ale jesteś mój. Nie wiem czym sobie zasłużyłem na takiego wspaniałego chłopaka, tylko nie chciałbym, żebym kiedyś przyszedł do domu z pracy i z wieszakiem go mylił.
Przytuliłem go mocno.
 - Przepraszam, pewnie masz rację. Idziemy coś zjeść?
Zaskoczony podał mi moją bluzkę, założyłem spodnie i razem zeszliśmy do salonu.
Kłamałem. Cały czas kłamałem. Jadłem, czując jak ta pyszna pizza zaraz zamieni się w kolejne zwały tłuszczu. Chciałem płakać. Chciałem zaszyć się sam w kącie. Chciałem zniknąć. Chciałem wziąć nóż i odciąć sobie to sadełko. Ale siedziałem obok mojego skarbu i uśmiechałem się sztucznie, nie chcąc go martwić. Wcale nie musiał wiedzieć o czym właśnie myślałem, co czułem. Tak było dobrze. Wrócę do domu to się pozbędę tego obrzydlistwa z mojego żołądka, zanim całość zamieni się w tą ohydną masę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz