Rozdział
16.
Tydzień
później….
Wszyscy
siedzieliśmy w samochodzie Marka i jechaliśmy do wesołego miasteczka. Cała
piątka. Kubuś był podekscytowany, Wiki tym bardziej, Krzysiek trochę się dąsał,
bo nie mógł zabrać Łukasza, narzeczony trochę spięty, a ja… zaskoczony.
Poprzedniego dnia wieczorem podczas seansu horrorów zakomunikował, że zabiera
nas tam… no synek dowiedział się rano.
- Możesz mi wytłumaczyć co tak nagle? – znowu
spytałem.
- Mały spontan nie zaszkodzi – zaśmiał się…
znowu kłamiąc. Dlaczego nie nauczył się, iż ja to szybko odróżnię.
- Jasne… - mruknąłem zraniony.
Spojrzał na
mnie smutno i na chwilę zdjął rękę ze sprzęgła na moje udo. Przykryłem jego
dłoń swoją. We wstecznym lusterku ujrzałem pytający wzrok nastolatka, na co natychmiast
odwróciłem swój. Kiedy zatrzymaliśmy się na światłach, ukochany pochylił się w moją
stronę i krótko pocałował. Tym razem jego uśmiech był szczery, ulżyło mi.
Na miejscu
pobiegliśmy w stronę kas. Byliśmy o jedenastej, więc mieliśmy cały dzień. Sam
nie wiem, kto był większym dzieciakiem…
Poczułem
się, jak dwadzieścia lat temu, kiedy… kiedy… tamtego dnia w tym samym miejscu
dowiedzieliśmy się, że Marek wyjeżdża do Anglii. Miałem nadzieję, iż tego dnia
obędzie się bez niespodzianek. Nawet jeśli, to bez bolesnych.
- I jak ci się podoba? – Uwiesił się na moim
ramieniu.
- Faktycznie nie obchodzi cię, czy inni
dowiedzą się o twojej orientacji – zamaskowałem nostalgię żartem.
Cmoknął
mnie w policzek i uśmiechnął słodko.
- Nie. Chodź na rollercoaster! – Chwycił mnie
za przegub ręki i pociągnął w jakimś kierunku.
Wbiegliśmy
na górę i usiedliśmy z samego przodu. Zaraz za nami usiadł Krzysiek. Wiki w tym
czasie podobno była na samochodzikach z Kubusiem. On był taką osobą, która nie
mogła zostać sama i zawsze ktoś musiał bawić się z nim.
- Mam nadzieję, że przez ciebie nie ogłuchnę!
– krzyknąłem do niego, gdy ruszyło.
Wyszczerzył
się tylko i zaczął machać do ludzi będących na dole.
No cóż…
Cała moja nadziej poszła się – sami wiecie co – kiedy karmelowłosy zaczął się
wydzierać przy kolejnej jeździe do góry nogami. Pozostało mi tylko śmiać się z
niego. Kiedy zeszliśmy, odkryłem, że wiatr zawędził mi gumkę do włosów.
- No nie! – jęknąłem, próbując jakoś je
ogarnąć.
- Zostaw. – Pacnął mnie w rękę i sam zaczął te
moje nieszczęsne kłaki układać. – Tak też jest dobrze, serio.
- No nie wiem… - mruknąłem.
- Ale zaje… Ekhem… Znaczy fajne – poprawiła
się moja córcia – masz teraz włosy.
W sumie to
nigdy nie zabroniłem jej przeklinać… Wiedziałem, że i tak prędzej, czy później
by zaczęła to robić.
Spojrzałem
na nią sceptycznie.
- No nie wiem…
- No kurwa, przecież ci mówimy – oburzył się
ukochany. Widząc mój karcący wzrok, wskazał gdzieś ręką. – Krzysiek już zabrał
Kubę, więc nie usłyszy żadnego przekleństwa ode mnie.
- Dobra – westchnąłem.
- On może kląć, a ja nie? – spytała lekko
urażona nastolatka.
- Kiedy mówiłem, że nie możesz? – Jej wzrok…
Tak, lubię szokować bliskich. – O ile nie będzie to co drugie słowo… przez to
twoje słownictwo nie może zubożeć, ale nie przypominam sobie, żebym… No jest
wyjątek – przy twoim młodszym braciszku, on nie wie co to znaczy i im później
zacznie tym lepiej.
Otworzyła
szeroko usta. Rozbawiony zamknąłem jej szczękę. Zarumieniła się lekko.
Wzruszyła ramionami i wskazała na jedną z bardziej ekstremalnych karuzel.
- Idziecie?
Skinąłem
głową i ruszyliśmy.
Do końca
moja fryzura zdążyła się całkowicie zepsuć, ale bliscy ciągle ją wychwalali i
zaczynałem się zastanawiać, kto ma coś nie tak z głową – ja, czy oni?
Wybawieni
usiedliśmy przy stole w barku z hamburgerami i hot-dogami. Marek skończył
pierwszy i spojrzał na nas uważnie. Niepokój powrócił.
- Słuchajcie… Chciałem wam coś powiedzieć.
Chodzi o moją karierę…
Wszyscy
milczeli, czekając, aż będzie kontynuował. Nawet Kuba.
- Wracam na scenę i… - Westchnął ciężko,
patrząc na nas niepewnie. – Wyjeżdżam na trasę koncertową po Europie. Za
miesiąc.
- Tak szybko? – spytała córcia. - Myślałam, że
organizacja tego wszystkiego trwa dłużej.
- Bo tak jest, lecz Vana najwyraźniej jest
bardziej ogarnięta niż na taką wygląda. Sam byłem zaskoczony, ale skoro… -
Przerwałem jej:
- Zabrałeś nas tutaj, żeby nam o tym
powiedzieć, tak? – ledwo trzymałem nerwy na wodzy.
Przymknął
powieki.
- Tak. Chciałem, żebyśmy spędzili ten dzień
miło i rodzinnie, a później…
- …a później go zje… - w ostatniej chwili
ugryzłem się w język.
- Kochanie… - Położył rękę na moim ramieniu.
Spojrzałem
na resztę przepraszająco i pociągnąłem go za rękę na bok.
- Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?!
- Marcin, proszę uspokój się. To tylko trzy i
pół miesiąca…
- TYLKO?! Może dla ciebie to nic, ale… - Musiałem
odczekać chwilę, żeby móc się uspokoić. – Słuchaj, ja już kilkanaście lat temu
dowiedziałem się jednym twoim wyjeździe, teraz drugi? Kiedy jechaliśmy tutaj,
miałem złe przeczucia, ale uznałem, że to nic takiego, zwykły sobotni wyjazd,
nie mogę być tak podejrzliwy, nawet jeśli zachowujesz się jakbyś chciał coś
przede mną ukryć. Nawet nie chodzi o tą twoją pierdoloną trasę; chcesz
koncertować? OK. Widzę, jaką ci to sprawia przyjemność, a jesteś dla mnie
bardzo ważny… bardziej ode mnie samego. Tylko… Sam nie wiem! Nie wiem dlaczego
mnie tak tym wkurwiłeś, dobra? Liczyłem na milszy koniec tego dnia, a nie…
- Może być bardzo przyjemny. – Przejechał ręką
po mojej piersi. Odepchnąłem ją.
- Doskonale zdajesz sobie sprawę, że nie o to
mi chodzi!
- Tak! Po prostu, błagam uspokój się. Kocham
cię, dla mnie to też jest długa rozłąka. Wiedziałem, że prędzej, czy później
dojdzie do tego, ale nie sądziłem, że tak szybko…
Przymknął
powieki i oparł się czołem o moje ramię. Poczułem, iż faktycznie przesadziłem.
Objąłem go, czując jak drży.
- Skarbie, nie płacz. Przepraszam, nie
chciałem… Zdenerwowałem się bezpodstawnie, ja tylko nie chcę, żebyś wyjeżdżał,
a do tego cały dzień byłem jak bomba, która tylko czekała, aż wybuchnie. Ty
pociągnąłeś za spust, ale chyba też ją zamontowałeś we mnie swoim podejrzanym
zachowaniem. Zrozum nic przede mną nie ukryjesz… nie swoje emocje. Boli mnie,
kiedy widzę, że udajesz, nie jesteś ze mną szczery. Wybacz.
- Mówisz, iż to moja wina, jednocześnie
przepraszając. Nie rozumiem.
Zaśmiałem
się i pocałowałem go w czubek głowy.
- To nie tak. Naprawdę przepraszam, nie wiem
co mi odbiło. Wracamy do dzieciaków?
- Mhm – zamruczał mi w bluzkę. – Chwila, bo
pewnie teraz jestem czerwony na twarzy.
- Jak dla mnie zawsze jesteś piękny.
- Bo się zarumienię – zażartował.
Pochyliłem
się bliżej jego ucha i wyszeptałem:
- Sądzę, że już to zrobiłeś.
Uderzył
mnie swoją piąstką w pierś, śmiejąc się uroczo.
- Jesteś wredny.
- Uczę się od najlepszych.
Staliśmy
tak jeszcze chwilę.
- Pedały – usłyszałem, gdzieś za plecami.
Widziałem,
jak mój ukochany obserwuje trójkę chłopaków, mijających nas i krzywo patrzących
w naszą stronę. Uniósł środkowy palec w ich stronę.
- Spierdalaj – syknął.
O dziwo
podziałało – natychmiast odwrócili wzrok i skręcili w drugą stronę.
- Ha, ha! Jesteś przerażający – wyszeptałem. –
Chodź.
Uśmiechnął
się dumnie i skinął głową. Ruszył pierwszy, ale zaraz go dogoniłem.
- I bardzo uroczy – dodałem.
Natychmiast
się schyliłem, żeby uniknąć jego ręki szybującej w moją stronę.
- Jeszcze jedno słowo – pogroził.
- Tak, tak. Ja ciebie też.
No to się
zdenerwował… Śmiejąc się, zacząłem uciekać, lawirując między stolikami.
- Już jak ci pokaże, jak uroczy potrafię być!
– krzyczał za mną.
Usiadłem
przy stoliku i jakby nigdy nic dorwałem się do hamburgera. Zmrużył oczy i
niepewnie usiadł obok.
- Moja przyszła żoncia się troszkę… Auć! –
oberwałem w głowę.
Wszyscy się
śmiali, tylko Marek obrócił się obrażony i musiałem się z nim godzić
pocałunkiem. Nie odsuwałem się, póki nie uległ.
Wszyscy
zadowoleni postanowiliśmy powoli zbierać się do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz