piątek, 2 września 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 16.

Rozdział 16.
Tydzień później….
Wszyscy siedzieliśmy w samochodzie Marka i jechaliśmy do wesołego miasteczka. Cała piątka. Kubuś był podekscytowany, Wiki tym bardziej, Krzysiek trochę się dąsał, bo nie mógł zabrać Łukasza, narzeczony trochę spięty, a ja… zaskoczony. Poprzedniego dnia wieczorem podczas seansu horrorów zakomunikował, że zabiera nas tam… no synek dowiedział się rano.
 - Możesz mi wytłumaczyć co tak nagle? – znowu spytałem.
 - Mały spontan nie zaszkodzi – zaśmiał się… znowu kłamiąc. Dlaczego nie nauczył się, iż ja to szybko odróżnię.
 - Jasne… - mruknąłem zraniony.
Spojrzał na mnie smutno i na chwilę zdjął rękę ze sprzęgła na moje udo. Przykryłem jego dłoń swoją. We wstecznym lusterku ujrzałem pytający wzrok nastolatka, na co natychmiast odwróciłem swój. Kiedy zatrzymaliśmy się na światłach, ukochany pochylił się w moją stronę i krótko pocałował. Tym razem jego uśmiech był szczery, ulżyło mi.
Na miejscu pobiegliśmy w stronę kas. Byliśmy o jedenastej, więc mieliśmy cały dzień. Sam nie wiem, kto był większym dzieciakiem…
Poczułem się, jak dwadzieścia lat temu, kiedy… kiedy… tamtego dnia w tym samym miejscu dowiedzieliśmy się, że Marek wyjeżdża do Anglii. Miałem nadzieję, iż tego dnia obędzie się bez niespodzianek. Nawet jeśli, to bez bolesnych.
 - I jak ci się podoba? – Uwiesił się na moim ramieniu.
 - Faktycznie nie obchodzi cię, czy inni dowiedzą się o twojej orientacji – zamaskowałem nostalgię żartem.
Cmoknął mnie w policzek i uśmiechnął słodko.
 - Nie. Chodź na rollercoaster! – Chwycił mnie za przegub ręki i pociągnął w jakimś kierunku.
Wbiegliśmy na górę i usiedliśmy z samego przodu. Zaraz za nami usiadł Krzysiek. Wiki w tym czasie podobno była na samochodzikach z Kubusiem. On był taką osobą, która nie mogła zostać sama i zawsze ktoś musiał bawić się z nim.
 - Mam nadzieję, że przez ciebie nie ogłuchnę! – krzyknąłem do niego, gdy ruszyło.
Wyszczerzył się tylko i zaczął machać do ludzi będących na dole.
No cóż… Cała moja nadziej poszła się – sami wiecie co – kiedy karmelowłosy zaczął się wydzierać przy kolejnej jeździe do góry nogami. Pozostało mi tylko śmiać się z niego. Kiedy zeszliśmy, odkryłem, że wiatr zawędził mi gumkę do włosów.
 - No nie! – jęknąłem, próbując jakoś je ogarnąć.
 - Zostaw. – Pacnął mnie w rękę i sam zaczął te moje nieszczęsne kłaki układać. – Tak też jest dobrze, serio.
 - No nie wiem… - mruknąłem.
 - Ale zaje… Ekhem… Znaczy fajne – poprawiła się moja córcia – masz teraz włosy.
W sumie to nigdy nie zabroniłem jej przeklinać… Wiedziałem, że i tak prędzej, czy później by zaczęła to robić.
Spojrzałem na nią sceptycznie.
 - No nie wiem…
 - No kurwa, przecież ci mówimy – oburzył się ukochany. Widząc mój karcący wzrok, wskazał gdzieś ręką. – Krzysiek już zabrał Kubę, więc nie usłyszy żadnego przekleństwa ode mnie. 
 - Dobra – westchnąłem.
 - On może kląć, a ja nie? – spytała lekko urażona nastolatka.
 - Kiedy mówiłem, że nie możesz? – Jej wzrok… Tak, lubię szokować bliskich. – O ile nie będzie to co drugie słowo… przez to twoje słownictwo nie może zubożeć, ale nie przypominam sobie, żebym… No jest wyjątek – przy twoim młodszym braciszku, on nie wie co to znaczy i im później zacznie tym lepiej.
Otworzyła szeroko usta. Rozbawiony zamknąłem jej szczękę. Zarumieniła się lekko. Wzruszyła ramionami i wskazała na jedną z bardziej ekstremalnych karuzel.
 - Idziecie?
Skinąłem głową i ruszyliśmy.
Do końca moja fryzura zdążyła się całkowicie zepsuć, ale bliscy ciągle ją wychwalali i zaczynałem się zastanawiać, kto ma coś nie tak z głową – ja, czy oni?
Wybawieni usiedliśmy przy stole w barku z hamburgerami i hot-dogami. Marek skończył pierwszy i spojrzał na nas uważnie. Niepokój powrócił.
 - Słuchajcie… Chciałem wam coś powiedzieć. Chodzi o moją karierę…
Wszyscy milczeli, czekając, aż będzie kontynuował. Nawet Kuba.
 - Wracam na scenę i… - Westchnął ciężko, patrząc na nas niepewnie. – Wyjeżdżam na trasę koncertową po Europie. Za miesiąc.
 - Tak szybko? – spytała córcia. - Myślałam, że organizacja tego wszystkiego trwa dłużej.
 - Bo tak jest, lecz Vana najwyraźniej jest bardziej ogarnięta niż na taką wygląda. Sam byłem zaskoczony, ale skoro… - Przerwałem jej:
 - Zabrałeś nas tutaj, żeby nam o tym powiedzieć, tak? – ledwo trzymałem nerwy na wodzy.
Przymknął powieki.
 - Tak. Chciałem, żebyśmy spędzili ten dzień miło i rodzinnie, a później…
 - …a później go zje… - w ostatniej chwili ugryzłem się w język.
 - Kochanie… - Położył rękę na moim ramieniu.
Spojrzałem na resztę przepraszająco i pociągnąłem go za rękę na bok.
 - Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?!
 - Marcin, proszę uspokój się. To tylko trzy i pół miesiąca…
 - TYLKO?! Może dla ciebie to nic, ale… - Musiałem odczekać chwilę, żeby móc się uspokoić. – Słuchaj, ja już kilkanaście lat temu dowiedziałem się jednym twoim wyjeździe, teraz drugi? Kiedy jechaliśmy tutaj, miałem złe przeczucia, ale uznałem, że to nic takiego, zwykły sobotni wyjazd, nie mogę być tak podejrzliwy, nawet jeśli zachowujesz się jakbyś chciał coś przede mną ukryć. Nawet nie chodzi o tą twoją pierdoloną trasę; chcesz koncertować? OK. Widzę, jaką ci to sprawia przyjemność, a jesteś dla mnie bardzo ważny… bardziej ode mnie samego. Tylko… Sam nie wiem! Nie wiem dlaczego mnie tak tym wkurwiłeś, dobra? Liczyłem na milszy koniec tego dnia, a nie…
 - Może być bardzo przyjemny. – Przejechał ręką po mojej piersi. Odepchnąłem ją.
 - Doskonale zdajesz sobie sprawę, że nie o to mi chodzi!
 - Tak! Po prostu, błagam uspokój się. Kocham cię, dla mnie to też jest długa rozłąka. Wiedziałem, że prędzej, czy później dojdzie do tego, ale nie sądziłem, że tak szybko…
Przymknął powieki i oparł się czołem o moje ramię. Poczułem, iż faktycznie przesadziłem. Objąłem go, czując jak drży.
 - Skarbie, nie płacz. Przepraszam, nie chciałem… Zdenerwowałem się bezpodstawnie, ja tylko nie chcę, żebyś wyjeżdżał, a do tego cały dzień byłem jak bomba, która tylko czekała, aż wybuchnie. Ty pociągnąłeś za spust, ale chyba też ją zamontowałeś we mnie swoim podejrzanym zachowaniem. Zrozum nic przede mną nie ukryjesz… nie swoje emocje. Boli mnie, kiedy widzę, że udajesz, nie jesteś ze mną szczery. Wybacz.
 - Mówisz, iż to moja wina, jednocześnie przepraszając. Nie rozumiem.
Zaśmiałem się i pocałowałem go w czubek głowy.
 - To nie tak. Naprawdę przepraszam, nie wiem co mi odbiło. Wracamy do dzieciaków?
 - Mhm – zamruczał mi w bluzkę. – Chwila, bo pewnie teraz jestem czerwony na twarzy.
 - Jak dla mnie zawsze jesteś piękny.
 - Bo się zarumienię – zażartował.
Pochyliłem się bliżej jego ucha i wyszeptałem:
 - Sądzę, że już to zrobiłeś.
Uderzył mnie swoją piąstką w pierś, śmiejąc się uroczo.
 - Jesteś wredny.
 - Uczę się od najlepszych.
Staliśmy tak jeszcze chwilę.
 - Pedały – usłyszałem, gdzieś za plecami.
Widziałem, jak mój ukochany obserwuje trójkę chłopaków, mijających nas i krzywo patrzących w naszą stronę. Uniósł środkowy palec w ich stronę.
 - Spierdalaj – syknął.
O dziwo podziałało – natychmiast odwrócili wzrok i skręcili w drugą stronę.
 - Ha, ha! Jesteś przerażający – wyszeptałem. – Chodź.
Uśmiechnął się dumnie i skinął głową. Ruszył pierwszy, ale zaraz go dogoniłem.
 - I bardzo uroczy – dodałem.
Natychmiast się schyliłem, żeby uniknąć jego ręki szybującej w moją stronę.
 - Jeszcze jedno słowo – pogroził.
 - Tak, tak. Ja ciebie też.
No to się zdenerwował… Śmiejąc się, zacząłem uciekać, lawirując między stolikami.
 - Już jak ci pokaże, jak uroczy potrafię być! – krzyczał za mną.
Usiadłem przy stoliku i jakby nigdy nic dorwałem się do hamburgera. Zmrużył oczy i niepewnie usiadł obok.
 - Moja przyszła żoncia się troszkę… Auć! – oberwałem w głowę.
Wszyscy się śmiali, tylko Marek obrócił się obrażony i musiałem się z nim godzić pocałunkiem. Nie odsuwałem się, póki nie uległ.
Wszyscy zadowoleni postanowiliśmy powoli zbierać się do domu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz