Rozdział
24.
Następnego
dnia, zaraz po obudzeniu wydałem z siebie jęk bólu. Łukasz zaraz pojawił się
obok ze zmartwioną i przerażoną miną.
- Co się dzieje?? Rodzisz??
Nie mogłem
się powstrzymać i w końcu parsknąłem śmiechem.
- To moje teksty.
Ukochany
zignorował moją uwagę, nadal lustrując mnie wzrokiem. Próbowałem wstać, ale
każdy ruch powodował niewyobrażalne męki, jakbym się smażył w czeluściach
piekieł.
- Nienawidzę słońca – stwierdziłem żałosnym
głosem.
Usłyszałem
jak odetchnął z ulgą.
- Ja tu cierpię, a ty?
Wstał i
kręcąc głową wyszedł. Miałem nadzieję, że zaraz wróci mnie uratować jak rycerz
na białym koniu. Na szczęście miałem rację – po minucie już siedział obok.
- Gdzie cię najbardziej boli?
- Wszędzie!
Westchnął
zniecierpliwiony.
- Chcę ci pomóc. Gdzie?
Prychnąłem.
Znowu próbowałem wstać, ale skończyło się na jeszcze głośniejszym krzyku.
- Plecy, brzuch, ramiona – zacząłem szybko
wyliczać. – Zadowolony?!
- Tak. Zdejmuj bluzkę.
Pomógł mi i
po chwili już leżałem z nagim torsem. Gdybyśmy byli w innej sytuacji to byłbym
pewnie zadowolony, a tak to…
Wylał na
mnie biały krem, który był w chuj zimny. Pisnąłem mało męsko, ale uspokoiłem
się, czując jak te duże, silne dłonie rozprowadzają go po moim ciele.
- Wziąłeś kilka butelek kremu z filtrem, jak
to możliwe, że się spaliłeś??
Obróciłem
się na plecy i położyłem brodę na złożonych rękach.
- Wczoraj chyba zapomniałem się posmarować.
Kiedy
skoczył, poczułem lekką ulgę.
- Lepiej?
- Mhm… Dzisiaj nigdzie nie wychodzę, zapomnij!
Delikatnie,
jakbym był z najkruchszego materiału, przytulił mnie. Pocałował w czoło i
trochę bardziej zagarnął w swoje ramiona.
- Dzisiaj jest ledwo drugi dzień. Jak mogłeś?
– spytał, a ja głowiłem się długo, czy to było żartobliwe, czy nie.
To błogie
lenistwo zostało nam odebrane, przez burczenie naszych brzuchów. Cicho się
zaśmialiśmy i wstaliśmy. Z trudem dowlokłem się do kuchni, jakbym był jakimś
osiemdziesięcioletnim staruszkiem. Ostrożnie usiadłem na krześle i czekałem na
śniadanie.
- Podano do stołu. – Przede mną pojawił się
talerz z kanapkami z pomidorem.
Uśmiechnąłem
się słabo i wziąłem jedną do ręki.
- Dzięki.
Po
zjedzeniu drugiej miałem dość. Nie tyle jedzenia co po prostu wszystkiego.
Gdybym był płaczką to może nawet i bym się poryczał, a miałem na to wielką
ochotę. Byłem zwyczajnie na wszystko wkurwiony.
- Co jest?
- Nic! Kurwa, nic!
Ukochany
skrzywił się lekko i bez słowa pożerał trzecią kromkę.
Westchnąłem
ciężko. Nie chciałem, po prostu musiałem się na czymś wyładować. Wszystko się
spierdoliło przez to pieprzone słońce!
- Przepraszam – powiedziałem zbyt
nieprzyjemnym głosem niż powinienem i chciałem.
Wstał,
zabrał swój talerz i poszedł go zmyć.
- OK – jego głos był zbyt smutny, żebym mu
uwierzył.
Byłem na
siebie wściekły i co zrobiłem? Wyżyłem
się na najbliższej mi osobie!
- No przecież, kurwa, przeprosiłem.
- Super – mruknął.
Nic więcej
nie dodał, po prostu mnie wyminął i wyszedł.
Schowałem
twarz w dłonie, pragnąc po prostu zniknąć. Moment kiedy wszystkie twoje plany
się rypią, a ty jesteś bezsilny jest… po prostu okropny. Wszystko szło nie tak
jak powinno, jednak najgorszą rzeczą był krzywdzenie chłopaka, którego tak
bardzo kochałem, a zamiast powtarzać mu to ciągle, całować i tworzyć mdłą,
lukrową otoczkę, wyżywałem się na nim, choć nie był niczemu winien. To ja
zapomniałem posmarować się tym pierdolonym kremem i łaziłem pół dnia bez
bluzki. Chciałem się jeszcze poopalać, pospacerować z ukochanym wzdłuż plaży;
szczerze mówiąc polubiłem to od wczorajszego dnia. Chciałem popływać w
jeziorze, podokuczać mojemu skarbowi i prowokować. Chciałem ciągle się tulić do
jego lekko umięśnionego torsu, ale na tyle, żeby rysował się delikatny
kaloryferek, czuło się siłę i bezpieczeństwo. Chciałem całować go długo i
namiętnie, ulegać tym wspaniałym ustom, sprawnemu językowi i dużym dłoniom.
Zamiast
tego od rana krzyczę na niego, krzywię się pod najmniejszym dotykiem, czy
ruchem. Dąsam się jak urażona księżniczka, wyżywam się na chłopaku. Nawet nie
potrafię się ogarnąć i cicho pozwalam kilku łzom spłynąć po moich policzkach,
ignoruję natarczywie powtarzające się w mojej głowie moje imię wypowiadane
przez Łukasza. A nie… Ukochany rzeczywiście woła mnie, a kiedy go ignoruję,
unosi moją twarz do góry i patrzy mi w oczy. Ściera kciukiem ostatnią słoną
kroplę i całuje krótko w usta. Po moim kręgosłupie przebiegł dreszcz, ale
zamiast unieś się do tych ust, opieram czoło o jego brzuch i oplatam rękami.
- Naprawdę przepraszam. Mam zły dzień. Nic nie
idzie tak jak powinno. Chcę na dwór, a nie wyć z bólu przy najmniejszym ruchu.
Bardzo
delikatnie głaskał mnie po plecach, milcząc. Nie wiem, czy był nadal zły, a
moim ciałem wstrząsa szloch. Bezradność pozbawiła mnie chęci do wszystkiego.
Kiedy w końcu się uspokoiłem, odsunął mnie od siebie nadal z kamienną twarzą. Spojrzałem w górę, a serce powoli chwytał za nóż i dziurawiło się, doprowadzając mnie
do załamania.
- Łukasz – szepczę.
Więcej nie potrafiłem wykrztusić. Patrzyłem na niego, chcąc wyczytać coś z tej twarzy, pięknych
niebieskich oczu. Nic z tego.
- Już? – pyta w końcu. – Uspokoiłeś się?
Otworzyłem usta, ale w końcu z rezygnacją je zamknąłem. Jedynie kiwam głową na tak.
- To dobrze, bo już wszystko gotowe czeka, a
nie chcę, żeby lód się roztopił. Pewnie pójdziesz się umyć, przebrać i
pomalować, co?
Zdezorientowany,
powtarzam ruch.
- Pomóc ci, czy dasz radę?
- D-Dam…
Nie
wiedząc, o co chodzi, wlokę się do pokoju, wygrzebuję krem oraz czarne
materiałowe spodenki i tegoż samego koloru bluzkę z krótkim rękawem z białym,
jakby od niechcenia nabazgranym napisem Why
So Serious? W łazience ogarniam się
w miarę i gotowy wychodzę do salonu. Na kanapie siedział mój chłopak z
telefonem w ręce, do którego głupkowato się uśmiechał. Pewnie znowu przegląda
jakieś dziwne memy.
- Już? – pyta nie podnosząc wzroku.
- Mhm…
- No to zapraszam mojego księcia.
Wstaje i
rusza w stronę drzwi. Chcę zaprotestować, ale myśl o szczęściu ukochanego jest
ważniejsza, więc niepewnie ruszam za nim. Na tarasie w cieniu stoi stoliczek,
obok dwa krzesełka, a na nim lekko oszroniony dzbanek z pomarańczowym sokiem i
kostkami lodu w środku oraz dwie szklanki, również zawierające zamrożoną wodę.
Zasiadam w
ciszy, blondyn nalał mi schłodzonego, słodkiego płynu, a następnie sobie i usiadł
na drugim.
- To na co masz ochotę?
Wzruszyłem
ramionami, pijąc napój.
- Chciałem pospacerować, popływać, poleżeć na
plaży… Tylko wszystko musiało się zjebać przez moją spaloną skórę.
- Posiedź trochę i odpocznij, bo później
zabieram cię na wycieczkę. Tym razem nie do twojego ulubionego lasku, a
przejdziemy się wzdłuż jeziora, hm?
Otworzyłem
usta, ale zaraz szybko je zamknąłem. Skuliłem się trochę na swoim siedzeniu.
- Jak uważasz… - mruknąłem niepewny co do tego
planu. – Najwyżej będziesz musiał mnie nieść jak ci tam się spalę i umrę –
zażartowałem słabo.
Wstał i bez
słowa zniknął. Wiem, że nie byłem tamtego dnia do życia, ale nic na to nie
mogłem poradzić. Czułem się okropnie, chciałem zwyczajnie na chwilę zniknąć
gdzieś. Gdybym miał wehikuł czasu albo taką moc jak w filmie Czas na miłość… Mógłbym się posmarować,
a tak to…
- To co, idziemy? – spytał ukochany.
Krzywiąc
się przy każdym ruchu, wstałem i niepewnie spojrzałem na wielką gwiazdę na
niebie. Westchnąłem ciężko. Nagle poczułem na ramionach coś cienkiego…
Szal?
- Zawsze to cię trochę ochroni, gdyby
parasolka nie wystarczała.
- CO??
Spojrzałem
na wspomniany wcześniej przedmiot, który został rozłożony nad moją głową.
Wzruszył ramionami i szeroko się uśmiechnął.
- Kiedyś damy tak chodziły, żeby się nie
opalić, to czemu ty byś nie mógł?
Nie
wiedziałem co powiedzieć. Byłem szczęśliwy, po prostu szczęśliwy.
Udało nam
się w półtorej godziny obejść całe jezioro, później zjedliśmy naleśniki z serem
i jagodami… znaczy ja jednego… a później drugiego, bo były pyszne, lecz miałem
później wyrzuty sumienia i przez kilkanaście minut sterczałem przed lustrem
przyglądając się sobie, czy nie przytyłem jeszcze więcej. Mógłbym ważyć mniej,
ale przynajmniej nie zauważyłem, żeby jakiś obrzydliwy tłuszczyk obrósł mnie
bardziej.
Popołudniu
pływaliśmy, przed tym zostałem porządnie nakremowany i nie mogłem ściągać
bluzki do wody, ale na szczęście aż tak nie przeszkadzała. Zmęczeni i wybawieni
położyliśmy się w cieniu na kocu.
O
dwudziestej pierwszej zabrał mnie na łódkę i wypłynęliśmy na środek jeziora. Oparłem
się plecami o jego tors, siedząc pomiędzy nogami blondyna. Obserwowałem jak
słońce chowa się już całkiem za drzewami. Tamte kilkanaście minut było jednymi
z najbardziej magicznych w moim życiu. Kiedy już ostatnie promienie zaszły,
odwróciłem się przodem do Łukasza. Patrzyłem w jego piękne niebieskie oczy,
czując jak jeszcze bardziej się w nim zakochuję. Miałem ochotę płakać ze szczęścia,
że mam kogoś takiego jak on. Położyłem dłoń na jego policzku i czule
pocałowałem.
- Kocham cię. Tak bardzo kocham… Dziękuję –
wyszeptałem.
- Ja ciebie też.
Objął mnie
ramionami, przyciągając trochę bliżej, a nasze wargi znowu połączyły się w
miłosnym tańcu. Czułem się jak w pięknej, nierealnej bajce. Trwaliśmy tak dłuższy
czas, aż poczułem jak chłodny wiaterek łaskocze moją skórę, na którą wyskakuje
gęsia skóra. Zadrżałem. Ukochany od razu to wyczuł i ostatni raz liznął moją
dolną wargę. Sięgnął za mnie i wziął brzydki koc w czerwono-brązową kratkę. Przynajmniej
był ciepły o czym miałem okazję się przekonać, kiedy przykrył nas nim. Nadal
leżałem oparty o jego tors, jak wcześniej, tyle że przodem. Głaskał mnie po
włosach, a po chwili chwycił za wiosła i zaczął płynąć w stronę brzegu. Wsłuchałem
się w miarowe uderzenia drewna o wodę, bijące serce chłopaka… Zanim zdążyliśmy zacumować,
ja już spałem wtulony w blondyna z uśmiechem na ustach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz