sobota, 10 września 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 23.

Rozdział 23.
Po obiedzie wybraliśmy się na spacer po lesie. Nie czułem się tam pewnie, więc szedłem przyklejony do ręki ukochanego, jakby miała mnie ochronić przed wszelakimi niebezpieczeństwami. Wszędzie było zielono, liście lśniły, słońce przebijało się przez korony drzew na ścieżkę, czasami słyszałem cichy śpiew ptaków… a pod nogami kręciły się mrówki, żuki, żaby, w powietrzu latały muchy, komary, a na drzewach srebrzyły się pajęczyny, czasami z zamieszkującymi je potworami.
 - Nie podoba ci się? – spytał zawiedziony.
 - Gdyby tutaj tylko flora była, a fauna sobie poszła, byłby lepiej… - mruknąłem. Widząc jego smutną minę, zrobiło mi się głupio, że tak ciągle narzekam. – Jest pięknie, tylko nie lubię robali. Może po prostu spróbuję je olać.
Uwolnił swoją rękę i objął mnie.
Po paru minutach odszedł kawałek, na co ja jęknąłem niezadowolony.
 - Wracaj! Nie zostawiaj mnie z nimi!
Ukochany tylko zaczął się śmiać i przykucnął. Z niepokojem rozglądałem się we wszystkie strony, obawiając się różnych małych, obrzydliwych stworów. Kto wie, czy to nie są dzieci kosmitów, które w końcu dorosną i opanują naszą Ziemię, a jedyną osobą, wiedzącą o tym jestem ja? Co jeśli się domyślą, że wiem i będą chciały zrobić mi krzywdę? Co jeśli to COŚ mnie dotknie???
Nagle poczułem coś we włosach, a mój krzyk rozniósł się po lesie. Łukasz kucał przede mną, trzymając się za brzuch i zwijając ze śmiechu.
 - Zamknij się – mruknąłem i obrażony odwróciłem do niego plecami z założonymi rękami na piersi.
Dopiero po dłuższej chwili ogarnął się i przytulił mnie od tyłu. Cmoknął mnie w policzek, a cała moja złość, jakoś tak postanowiła jednak sobie pójść.
 - Pasuje ci.
 - Co?? – zdziwiłem się.
 - Masz coś we włosach – zamruczał mi do ucha.
A ja? A ja odskoczyłem od niego jak poparzony, próbując pozbyć się tego czegoś.
 - Zdejmij to! Łukasz, zdejmij!
Chwycił mnie mocno za ramiona, nie pozwalając skakać i targać się za kłaki. Stał tak chwilę, próbując zachować powagę, ale nic z tego nie wyszło i w końcu parsknął śmiechem. Przyklepał moje kołtuny i wyjął jakieś niebieskie, drobne kwiatuszki.
 - Jesteś niemożliwy. – Pokręcił głowa rozbawiony.
 - Ty to tam włożyłeś? – spytałem, próbując rozczesać je palcami.
 - Mhm. No weź te ręce. – Poprawił moją fryzurę za mnie.
Prychnąłem i ruszyłem pierwszy.
 - Nie wolno ci tak straszyć swojego chłopaka.
 - Ha, ha! Wybacz.
W końcu mnie dogonił, a ja znowu uczepiłem się jego ręki.

Po powrocie z kilkugodzinnego spaceru, który o dziwo mnie nie zmęczył, blondyn poszedł przygotować grilla.  Nie byłem pewny ile z tego zjem i czy w ogóle warto wyciągać go ze schowka, ale nie chciałem odbierać mu tej przyjemności skoro już się tak na to napalił.
Przeniosłem drewniany stoliczek z tarasu, bliżej jeziora, następnie dwa krzesełka, talerze i sztućce oraz dwie szklanki. Przygotowałem sok ze znalezionych w koszyku pomarańczy, wlałem do dzbanka i również tam zniosłem. W międzyczasie strasznie się zgrzałem, więc paradowałem bez koszulki co nie umknęło wzrokowi Łukasza, który o mało nie podpalił ścierki. Kiedy znudzony postanowiłem przygotować jeszcze prostą sałatkę, ukochany już kończył. W tym samym czasie cały obiad wylądował na stole.
 - I co, chyba nie było tak źle?
 - Nie wracajmy do tego – zaakcentowałem swoje słowa podnosząc rękę do góry. – Nigdy nie zakopię mojego toporu wojennego z tymi kosmitami.
 - Ha, ha! Jasne…
Zjadłem sałatkę i żeby nie było mu przykro – pół kiełbaski. Za to mój chłopak przeciwnie – trzy kiełbasy i trochę sałatki. Czasami mu zazdrościłem, że żre ile chce, a i tak ma taką świetną figurę… OK, on co rano ćwiczy trochę, ale cii.
Pojedzeni siedzieliśmy jeszcze długo i rozmawialiśmy. Ni z tego ni z owego odsunął swoje krzesełko i poklepał się po udach.
 - Chodź do mnie.
Uniosłem brew do góry i usiadłem bokiem na jego kolanach. Jego ręce oplotły mnie w pasie, a moje znalazły wygodne miejsce na szyi ukochanego.
 - O co chodzi? – spytałem, przekrzywiając głowę na bok.
 - Lubię mieć cię blisko. – Puścił mi oczko.
Zagryzłem dolną wargę i przysunąłem twarz bliżej.
 - Jak bardzo blisko? – wyszeptałem.
Z tej odległości wyraźnie widziałem każdy nawet najmniejszy pieg na jego twarz, choć nie było ich dużo, te piękne niebieskie oczy, każdą ciemniejszą plamkę na nim, wąskie, różowe usta i te czerwone policzki.
Odchrząknął niepewnie.
 - Nagle się zawstydziłeś? – nie odpuszczałem. Lubiłem go doprowadzać do takiego stanu.
 - Krzysiek…
 - Hm?
Widziałem jak jego wzrok co chwilę zjeżdża na moje wargi. Niby niewinnie, przypadkowo oblizałem je. Miałem już dość tego czekania, ale wiem, że opłaca się, więc nadal tylko kusiłem, nie chcąc wykonać pierwszego kroku.
 - No? – ponagliłem go, mimo wszystko woląc, żeby przerzedł do konkretów, a nie mówił.
Nachyliłem się jeszcze trochę, tak że prawie się o siebie ocieraliśmy wargami.
 - Nie słyszę.
W końcu pokonał te dzielące nas milimetry, przyciągając mnie do siebie jeszcze bardziej i całując gorąco. W końcu…
Mogłem tak trwać w nieskończoność, niczego więcej nie było mi do szczęścia potrzeba. Odsunąłem się na moment, żeby zaczerpnąć tchu, ale blondyn zaraz znowu dorwał się do moich ust nie pozwalając na to. Tak… Właśnie takiego Łukasza było mi potrzeba – spokojnego, miłego, ale kiedy trzeba namiętnego, dominującego…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz