Rozdział
23.
Po obiedzie
wybraliśmy się na spacer po lesie. Nie czułem się tam pewnie, więc szedłem
przyklejony do ręki ukochanego, jakby miała mnie ochronić przed wszelakimi
niebezpieczeństwami. Wszędzie było zielono, liście lśniły, słońce przebijało
się przez korony drzew na ścieżkę, czasami słyszałem cichy śpiew ptaków… a pod
nogami kręciły się mrówki, żuki, żaby, w powietrzu latały muchy, komary, a na
drzewach srebrzyły się pajęczyny, czasami z zamieszkującymi je potworami.
- Nie podoba ci się? – spytał zawiedziony.
- Gdyby tutaj tylko flora była, a fauna sobie
poszła, byłby lepiej… - mruknąłem. Widząc jego smutną minę, zrobiło mi się
głupio, że tak ciągle narzekam. – Jest pięknie, tylko nie lubię robali. Może po
prostu spróbuję je olać.
Uwolnił
swoją rękę i objął mnie.
Po paru
minutach odszedł kawałek, na co ja jęknąłem niezadowolony.
- Wracaj! Nie zostawiaj mnie z nimi!
Ukochany
tylko zaczął się śmiać i przykucnął. Z niepokojem rozglądałem się we wszystkie
strony, obawiając się różnych małych, obrzydliwych stworów. Kto wie, czy to nie
są dzieci kosmitów, które w końcu dorosną i opanują naszą Ziemię, a jedyną
osobą, wiedzącą o tym jestem ja? Co jeśli się domyślą, że wiem i będą chciały
zrobić mi krzywdę? Co jeśli to COŚ mnie dotknie???
Nagle poczułem
coś we włosach, a mój krzyk rozniósł się po lesie. Łukasz kucał przede mną,
trzymając się za brzuch i zwijając ze śmiechu.
- Zamknij się – mruknąłem i obrażony
odwróciłem do niego plecami z założonymi rękami na piersi.
Dopiero po
dłuższej chwili ogarnął się i przytulił mnie od tyłu. Cmoknął mnie w policzek,
a cała moja złość, jakoś tak postanowiła jednak sobie pójść.
- Pasuje ci.
- Co?? – zdziwiłem się.
- Masz coś we włosach – zamruczał mi do ucha.
A ja? A ja odskoczyłem
od niego jak poparzony, próbując pozbyć się tego czegoś.
- Zdejmij to! Łukasz, zdejmij!
Chwycił
mnie mocno za ramiona, nie pozwalając skakać i targać się za kłaki. Stał tak
chwilę, próbując zachować powagę, ale nic z tego nie wyszło i w końcu parsknął śmiechem.
Przyklepał moje kołtuny i wyjął jakieś niebieskie, drobne kwiatuszki.
- Jesteś niemożliwy. – Pokręcił głowa
rozbawiony.
- Ty to tam włożyłeś? – spytałem, próbując
rozczesać je palcami.
- Mhm. No weź te ręce. – Poprawił moją fryzurę
za mnie.
Prychnąłem
i ruszyłem pierwszy.
- Nie wolno ci tak straszyć swojego chłopaka.
- Ha, ha! Wybacz.
W końcu
mnie dogonił, a ja znowu uczepiłem się jego ręki.
Po powrocie
z kilkugodzinnego spaceru, który o dziwo mnie nie zmęczył, blondyn poszedł
przygotować grilla. Nie byłem pewny ile
z tego zjem i czy w ogóle warto wyciągać go ze schowka, ale nie chciałem
odbierać mu tej przyjemności skoro już się tak na to napalił.
Przeniosłem
drewniany stoliczek z tarasu, bliżej jeziora, następnie dwa krzesełka, talerze
i sztućce oraz dwie szklanki. Przygotowałem sok ze znalezionych w koszyku
pomarańczy, wlałem do dzbanka i również tam zniosłem. W międzyczasie strasznie
się zgrzałem, więc paradowałem bez koszulki co nie umknęło wzrokowi Łukasza,
który o mało nie podpalił ścierki. Kiedy znudzony postanowiłem przygotować jeszcze
prostą sałatkę, ukochany już kończył. W tym samym czasie cały obiad wylądował
na stole.
- I co, chyba nie było tak źle?
- Nie wracajmy do tego – zaakcentowałem swoje
słowa podnosząc rękę do góry. – Nigdy nie zakopię mojego toporu wojennego z
tymi kosmitami.
- Ha, ha! Jasne…
Zjadłem
sałatkę i żeby nie było mu przykro – pół kiełbaski. Za to mój chłopak
przeciwnie – trzy kiełbasy i trochę sałatki. Czasami mu zazdrościłem, że żre
ile chce, a i tak ma taką świetną figurę… OK, on co rano ćwiczy trochę, ale cii.
Pojedzeni siedzieliśmy
jeszcze długo i rozmawialiśmy. Ni z tego ni z owego odsunął swoje krzesełko i
poklepał się po udach.
- Chodź do mnie.
Uniosłem
brew do góry i usiadłem bokiem na jego kolanach. Jego ręce oplotły mnie w
pasie, a moje znalazły wygodne miejsce na szyi ukochanego.
- O co chodzi? – spytałem, przekrzywiając
głowę na bok.
- Lubię mieć cię blisko. – Puścił mi oczko.
Zagryzłem
dolną wargę i przysunąłem twarz bliżej.
- Jak bardzo blisko? – wyszeptałem.
Z tej
odległości wyraźnie widziałem każdy nawet najmniejszy pieg na jego twarz, choć
nie było ich dużo, te piękne niebieskie oczy, każdą ciemniejszą plamkę na nim,
wąskie, różowe usta i te czerwone policzki.
Odchrząknął
niepewnie.
- Nagle się zawstydziłeś? – nie odpuszczałem.
Lubiłem go doprowadzać do takiego stanu.
- Krzysiek…
- Hm?
Widziałem
jak jego wzrok co chwilę zjeżdża na moje wargi. Niby niewinnie, przypadkowo
oblizałem je. Miałem już dość tego czekania, ale wiem, że opłaca się, więc
nadal tylko kusiłem, nie chcąc wykonać pierwszego kroku.
- No? – ponagliłem go, mimo wszystko woląc, żeby
przerzedł do konkretów, a nie mówił.
Nachyliłem
się jeszcze trochę, tak że prawie się o siebie ocieraliśmy wargami.
- Nie słyszę.
W końcu
pokonał te dzielące nas milimetry, przyciągając mnie do siebie jeszcze bardziej
i całując gorąco. W końcu…
Mogłem tak
trwać w nieskończoność, niczego więcej nie było mi do szczęścia potrzeba.
Odsunąłem się na moment, żeby zaczerpnąć tchu, ale blondyn zaraz znowu dorwał
się do moich ust nie pozwalając na to. Tak… Właśnie takiego Łukasza było mi potrzeba
– spokojnego, miłego, ale kiedy trzeba namiętnego, dominującego…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz