Rozdział
18.
Od strony Krzyśka!!
Parę dni
później…
Ostatnio
coraz częściej nocowałem u mojego chłopaka. Razem spędzaliśmy cały dzień oraz
pół nocy, później kładliśmy się spać i rano znowu po śniadaniu gdzieś
wychodziliśmy. Trochę było jakbyśmy mieszkali razem. Było idealnie… BYŁOBY
gdyby nie jeden problem…
Wyszliśmy z
jego bloku, a on jak zwykle natychmiast puścił moją dłoń. Za każdym razem,
kiedy był w miejscu bardziej narażonym na wzrok innych, zmieniał się w mojego
kumpla. Nic więcej, tylko przyjaciel. Starałem się, lgnąłem do niego, ale
ukochany nieustępliwie dawał mi do zrozumienia, że się mnie wstydzi.
Miałem
ochotę coś mu powiedzieć, wygarnąć, ale tak bardzo mi na nim zależało, nie
chciałem go do siebie zniechęcać. Odwróciłem wzrok, żeby nie dostrzegł moich
wilgotnych oczu. Oczywiście nie dopuszczałem możliwości, aby łzy spłynęły na
moje policzki! Jeszcze bym sobie makijaż rozmazał, a poza tym Łukasz by się
zmartwił albo uznał mnie za mazgaję. Lepiej nie.
- To ja już muszę iść. Obiecałem Marcinowi
pomóc przy naprawie czegoś – skłamałem. Za każdym razem to robiłem, gdy czułem
jak moje serce przeszywa lodowata strzała.
- Serio? – spytał zawiedziony. – Skoro tak…
Nie
chciałem. Bardzo pragnąłem zostać, widzieć jak się uśmiecha, a nie…
Postanowiłem sprawdzić go ostatni raz tego dnia. Ująłem jego twarz w dłonie i
pocałowałem na pożegnanie. Kiedy się odsunąłem, ujrzałem jego rozbiegany po
całej ulicy wzrok. Szukał potencjalnego wroga jego związku. Szkoda tylko, że
nie zauważył tych żałosnych, słonych kropelek na mojej twarzy. Może to i
dobrze. To nie chodzi o jego ślepotę na mój ból, po prostu uciekłem. Nie mogłem
na to patrzeć.
Wbiegłem do
domu i od razu skierowałem swoje kroki w stronę pokoju. Kiedyś był gościnny,
ale szybko został przerobiony na mój. Miał kremowe ściany i to była jego jedyna
jasna część. Na każdej z nich znajdowało się kilka plakatów ulubionych
zespołów, często przedstawiających idoli z nagimi klatami. Wyjątkiem była ta z
drzwiami. Obok nich po jednej stronie było wielkie lustro, a po lewej tablica
korkowa, na której umieszczałem krótkie notatki przypominające, bo moja pamięć
coś szwankuje, oraz kilka moich zdjęć najczęściej z Łukaszem obok. Spokojnie!
To że na niej nie było plakatów nie znaczy, że to koniec! Jest jeszcze sufit.
Wszyscy uważają, iż przesadziłem z ich ilością, ale nie znają się!
Na podłodze
był wielki, szary, mięciutki dywan. Mebli w odróżnieniu od plakatów było mało.
Ciemna szafa, biurko oraz wielkie łóżko z czarną pościelą, nawet poduszkami.
Bez stylu? Ja wiem lepiej!
Padłem na
materac i zacząłem jeszcze bardziej szlochać. Miałem w dupie, czy ktoś (Marcin) usłyszy. Kiedy już wykorzystałem limit łez, lekko nieprzytomny zwlokłem się z
łóżka i stanąłem przed lustrem. Wyglądałem żałośnie w tych czerwonych oczach,
rozmazanym makijażu i potarganych włosach.
- Wyglądasz jak gówno – powiedziałem do
swojego odbicia. – Nic dziwnego, że Łukasz się ciebie wstydzi. Jesteś tylko
wkurwiającym, hałaśliwym chłopakiem, który jest przewrażliwiony na punkcie
swojego wyglądu, choć nie chce się do tego przyznać komukolwiek. On jest miły,
cierpliwy, opiekuńczy. Pasuje do niego słodka, dobra dziewczyna, nie ty.
Wiem jak
okropne, niehonorowe jest zerwanie przez telefon. To wygląda jakby tamta osoba
miała cię w dupie, a ja po prostu nie umiałem spojrzeć mu w twarz i to
wykrztusić. Wybrałem jego numer, patrząc na swoje odbicie. Czułem się wtedy
bardziej jakbym zrywał ze sobą samym.
~ Cześć! Już skończyliście? Szybko.
Coś
rozrywało mi serce, kiedy słyszałem ten wesoły głos. Bałem się, że nie
wykrztuszę tych kilku słów.
~ Halo! Jesteś tam?
Widziałem
kolejne łzy wypływające z moich oczu,
trzęsące się chude nogi oraz ręce, grymas smutku, bólu. Wziąłem głęboki
wdech, aby choć trochę opanować emocje. Na daremno.
- Zrywam z tobą.
Cisza.
Nigdy tak bardzo nie kuła w uszy jak wtedy.
- To nie twoja wina. Cześć.
Rozłączyłem
się, zanim zdążył odezwać się, choćby jednym słowem, bo wiedziałem, że bym
przepadł. Za bardzo go kochałem. Albo… co gorsza sam by zakończył rozmowę bez
niczego. Tego bym nie przeżył, wolałem go uprzedzić. Natychmiast wyłączyłem
telefon rzuciłem na łóżko.
Jeszcze
nigdy nie wyglądałem tak blado. Mam jasną cerę, ale wtedy myślę, że kreda do
tablicy byłaby ciemniejsza ode mnie. Cofnąłem się po komórkę, spojrzałem na
nią, na swoje odbicie, na nią i po chwili cisnąłem telefonem o posrebrzaną
taflę szkła, z całej siły. O dziwo miałem jej na tyle dużo, mimo mojego marnego
wyglądu, że rozbiło się na kawałki. Podszedłem tam i patrzyłem na te,
które wylądowały na dywanie, tworzące makabryczną mozaikę z mojej osoby, tępym wzrokiem, czując jakąś pustkę w sobie.
Drzwi
szybko się otworzyły, natomiast w nich stał Marcin. Przerażony spojrzał na
mnie, to na lustro i ostrożnie podszedł do tego wraka człowieka. Nic nie
powiedział, tylko objął mocno. Nie miałem siły na cokolwiek, a takie zwykłe
przytulenie dało mi więcej niż jakiekolwiek słowa. Dałem się prowadzić do
salonu, usiadłem na kanapie i wtuliłem w starszego. Zawsze byłem dla niego
wredny, ale tamtego dnia zrobił dla mnie więcej, niż niejeden człowiek.
Przymknąłem powieki, uspokajając się. Trwaliśmy tak dłuższy czas, aż w końcu
bez słowa, jedynie uśmiechając się do niego w podzięce, poszedłem się umyć.
Leżałem w wannie, a powieki coraz bardziej mi się kleiły. Zasnąłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz