Cześć! W końcu udało mi się to napisać! Jej! Pisałam to chyba dwa tygodnie, ale zwyczajnie nie miałam czasu, bo ciągle coś. W każdym razie pojawił się obiecany one shot :)
Milly (&_&)
piątek, 30 września 2016
Moja blondyn - one shot.
One shot.
Już od
dobrej godziny siedziałem w klubie ze znajomymi, alkohol szumiał mi w głowie.
Wyjechałem
dwa lata temu za pracą do Warszawy, ale postanowiłem odwiedzić rodzinę i tak
przypadkiem wpadłem na Zochę, Witka oraz Bodzia – moją paczkę z czasów
szkolnych. Tak oto trafiłem do Fantazji,
chleję trzecie piwo i rozglądam się za fajną laską na jedną noc. Reszta i tak ruszyła w tan, zostawiając mnie samego.
Leniwym
wzrokiem przeczesałem otoczenie, ale żadna nie wydawała mi się być wystarczająco
dobra. Nagle zobaczyłem ją – w odróżnieniu od reszty, siedziała dumnie przy
barze, sącząc spokojnie kolorowego drinka. Miała piękne, brązowe oczy, które
podkreśliła ciemnym kolorem, a pełne usta czerwienią. Falowane, złote włosy
opadały jej na plecy, smukłe palce trzymały kieliszek, sukienka koloru
dojrzałej wiśni odsłaniała jej mlecznobiałe ramiona, zakrywała dalej ręce
szerokimi rękawami; cała była dość luźna, nie opinała jej smukłego ciała, jedynie
w pasie była przewiązana brązowym rzemykiem. Na nogach miała buty na koturnie.
Jeden z nadgarstków ozdabiało kilka złotych bransolet. Nie pasowała tam. To
była kobieta, którą można zaprosić do drogiej restauracji, a nie takiego baru.
- I jak tam, bro? Znalazłeś jakąś foczkę –
zagadał Witek.
Kiwnąłem
głową w kierunku bogini. Jako jedyna siedziała w tamtym miejscu, więc nie było
problemu, żeby ją odróżnić. Parsknął śmiechem i poklepał mnie po plecach.
- Nie wiedziałem, że gustujesz w takich…
Nie
zrozumiałem, ale postanowiłem nie zaprzątać sobie nim głowy. Zamówiłem u
barmana jeszcze jednego drinka dla tej damy, wziąłem swoje piwo i uszyłem w
stronę blondynki.
- Ej, ty tak serio??? – usłyszałem za sobą,
ale zbyłem go machnięciem ręki.
Usiadłem
obok i wyciągnąłem w jej stronę rękę.
- Kuba.
Spojrzała
na mnie zaskoczona, ale po chwili zawahania położyła swoją dłoń na mojej.
Pochyliłem się i pocałowałem jej wierzch. Widziałem na jej twarzy delikatne
rumieńce oraz wielkie zaskoczenie.
- Alex.
Jej głos
był trochę zbyt gruby jak na delikatny wygląd. Z bliska dostrzegłem, że jej
oczy są jakby trochę skośne.
- Piękne imię, jak jego właścicielka.
- Dziękuję.
- Sama przyszłaś?
- Tak. Przyjaciółka w ostatniej chwili
powiedziała, że nie może.
Upiłem łyk
chmielowego trunku i uśmiechnąłem się do niej.
- To ja ci z chęcią dotrzymam towarzystwa.
Ujrzałem
jej słodziutki uśmiech.
- Dobrze. Jesteś stąd? Nie widziałam cię
wcześniej.
Uradowany
rozsiadłem się wygodniej. Czułem się lepiej, niż gdybym dowiedział się, że
wygrałem tysiaka!
- Nie, mieszkam w Warszawie, ale przyjechałem
do rodzinnego miasta w odwiedzinach.
- Oo… Pan ze stolicy – zażartowała.
- Ta… Pozwól że spytam: jesteś Polką?
Zaśmiała
się, odgarniając złote pasma.
- Tak. Moja babka jest Japonką, poślubiła
Ślązaka, którego poznała na wymianie, ale trochę uroda mi po niej została.
- To prawda. Piękne oczy.
Skinęła
głową, pijąc swojego drinka.
Nawet nie
wiem, kiedy minęło kilka godzin, a my przegadaliśmy cały ten czas. Jeszcze z
nikim tak dobrze mi się nie rozmawiało; czułem się jakbyśmy się znali od lat.
Dowiadywaliśmy się o sobie nawzajem wielu rzeczy, a co dziwniejsze mieliśmy
podobny gust w wielu kwestiach, a nawet jeśli się z czymś nie zgadzaliśmy to potrafiła
argumentować swoje przekonania w sensowny sposób, a nie – nie bo nie. Była inna od tych wszystkich kobiet, które poznałem.
Była na ostatnim roku weterynarii, przeprowadziła się do tego miasta kilka lat
temu z powodu problemów osobistych, choć nie zdradziła mi, o co chodzi.
Wynajmowała kawalerkę z przyjaciółką, ale tej często nie ma w mieszkaniu, bo ma
dziewczynę (oj musiały być gorące…), która większość swojego czasu albo spędza
na uczelni albo z tą Weroniką. Uwielbia zwierzęta, sama chciałaby mieć jakieś,
ale nie miałby kto się nimi zajmować, kiedy byłaby poza domem. Jest jedynaczką,
nie utrzymuje kontaktu z rodziną i tak naprawdę to gdyby nie ta Nikola to
byłaby sama. Próbowała być kiedyś wegetarianką, lecz po tygodniu nie wytrzymała
i poszła się najeść hamburgerów z podwójnym mięsem. Uwielbia oglądać i czytać
romansidła, jednak nie przeszkadza jej to w zamiłowaniu do horrorów typu Piła. Oryginalnie jest szatynką, ale
pewnego dnia w wieku szesnastu lat przymierzyła dla jaj blond perukę i bardzo
się spodobało dziewczynie, więc następnego dnia poszła do salonu fryzjerskiego
i się przefarbowała. Uwielbiała koszykówkę, choć nie potrafiła grać, ale oglądać
to czemu nie?
Opowiedziałem
jej też o sobie. Równie co mówić, umiała też uważnie słuchać i chyba naprawdę
była zainteresowana.
W końcu
zauważyłem, że była już pierwsza w nocy. Również zerknęła na telefon.
- Oj, już późno, zasiedziałam się. Będę się zbierać,
dziękuję za miłe towarzystwo.
Nie
chciałem się z nią rozstawać. W ostatniej chwili wstałem i przytrzymałem ją.
- Czym przyjechałaś? – łapałem się ostatniej
deski ratunku.
- Przyszłam na nogach. Mieszkam niedaleko.
- Jest środek nocy – mówiąc to, płaciłem
barmanowi. – Może cię podwiozę, taka dama nie powinna sama chodzić o tej porze.
Lekko się
zarumieniła i niezauważalnie skinęła głową.
- Dobrze.
Położyłem
dłoń na dole jej pleców i poprowadziłem w stronę wyjścia. Jak dżentelmen
przepuściłem pierwszą, otworzyłem drzwi samochodu. Pojechałem tak jak mnie
kierowała i po chwili już stałem przed jej blokiem. Chwyciła swoją torebkę w
jedną rękę, a drugą już kładła na klamce.
- Dziękuję. Do zobaczenia.
Nim się
zastanowiłem, obróciłem jej twarz w moją stronę, za podbródek i namiętnie
pocałowałem. Z jej ust wyrwało się westchnienie, a po chwili już całowała
równie mocno co ja. Czasami próbowała zdominować pieszczotę, co w sumie mi się
o dziwo podobało. Taka dama z pazurkiem. Odsunęła się w końcu by zaczerpnąć
tchu, a ja z obawą uśmiechnąłem się do niej.
- Ja ci się naprawdę podobam? – spytała,
próbując wyrównać oddech.
Zaskoczony
gapiłem się na nią jakby właśnie oznajmiła mi, że wyrosły jej rogi na głowie.
- Tak… Jak możesz mieć wątpliwości?? Jesteś
piękna, a do tego świetnie mi się z tobą rozmawiało.
Smutno się
uśmiechnęła.
- Już dawno nikt mi nie mówił, że jestem
ładna, poza moją przyjaciółką, ale to nie to samo.
- Niemożliwe… Poza tym nie ładna, tylko… jejku dla mnie wyglądasz
jak bogini. Zagadałem do ciebie, ale szczerze mówiąc to odbierałaś mi resztki
odwagi, bo jak ktoś taki jak ty mógłby zwrócić właśnie na mnie uwagę. Jesteś
niesamowita.
Zagryzła
dolną wargę, z której już i tak zjadłem całą szminkę.
- Nie żartujesz sobie ze mnie?
- Jak mógłbym?
Położyłem
dłoń na jej policzku i znowu pocałowałem, tym razem delikatniej, jedynie
pieszcząc słodkie usta. Ułożyła wygodniej ręce na mojej szyi, całując coraz
mocniej. W końcu uległem i wkradłem się językiem do jej środka. Wahałem się,
czy faktycznie próbować ją zaciągnąć do łóżka, bo choć to co mówiłem to prawda,
nie jedynie słodkie słówka, była dla mnie kimś wyjątkowym, zakazanym, nie
kobietą, którą można się zabawić i zostawić. Jednak za bardzo jej pragnąłem,
była gorąca i tylko od pocałunku, byłem twardy. Z trudem odsunąłem się.
- Alex… - Nie wiedziałem, co powiedzieć.
Z wahaniem
spojrzała mi w oczy.
- Chodź do mnie – wyszeptała, tak że ledwo
słyszałem.
Musnąłem
ostatni raz jej usta i pobiegłem otworzyć jej drzwi. Wyszła i razem udaliśmy
się w stronę pierwszej klatki. Mieszkanie mieściło się na pierwszym piętrze.
Wygrzebała z torebki klucze z puchatym brelokiem, weszła do środka, a ja
podążyłem za nią. Zamknąłem za sobą drzwi i bez jakiejkolwiek gadki,
przyciągnąłem do siebie. Uwielbiałem się z nią całować, to było inne niż z
wcześniejszymi kobietami. Popchnąłem ją w stronę... nawet nie wiem gdzie. Okazało
się, że trafiliśmy do kuchni. Rozejrzałem się zaskoczony, a blondynka
zachichotała cicho. Wzruszyłem ramionami i chwytając ją pod pośladkami,
podniosłem i posadziłem na blacie. Zaskoczona pisnęła, ale nie oponowała.
Odgarnąłem złote pasma i zacząłem całować jej szyję. Rękami gładziłem boki,
jeszcze zakryte przez czerwony materiał. Natomiast ślicznotka słodko mruczała.
Kolejny raz przywarłem do jej warg, chwyciłem za biodra, przyciągnąłem jak
najbliżej… i zamarłem. Zaskoczony odsunąłem się od niej trochę, a ta
przyglądała się mi zdezorientowana.
- O co chodzi?
Zawahałem
się. Podszedłem bliżej, sam nie wiedząc, co to właściwie było. Czułem coś
jeszcze, kiedy miałem ją tak blisko. Pokręciłem głową, dając jej do
zrozumienia, że to nic takiego i znowu pocałowałem, zwalając tamto na alkohol,
wyobraźnie…
Tym razem
sunąłem dłońmi po jej udach, coraz wyżej i wyżej…
- Co jest? – krzyknąłem, kiedy znowu to
poczułem.
- Ale co? – spytała zaskoczona. – Jednak ci
się nie podobam to powiedz, a nie…
- Podobasz, pragnę cię i to bardzo, ale…
- Jak zwykle… - westchnęła.
- Co?
- Nic.
Zeskoczyła
z blatu i ściągnęła buty. Rzuciła je w kąt i ruszyła w stronę jakiegoś innego
pokoju. Popchnąłem ją na ścianę i znowu mocno pocałowałem, a z jej ust wyrwał
się jęk zaskoczenie. No przecież ona jest tak kurewsko pociągająca, co miałoby
być nie tak? Uwiesiła ręce na mojej szyi. Musiałem sobie ulżyć – otarłem się o
nią… i znowu to coś.
- O co ci chodzi?! To że mam penisa, aż tak ci
przeszkadza, że odskakujesz, jak poparzony?!
- C-Co masz? – spytałem zdezorientowany. –
Jesteś… Kurwa, czy ty jesteś facetem?!
- Dopiero teraz zauważyłeś?! Chociaż
wolałabym, żebyś mówił o mnie jak o kobiecie.
Czułem się…
Nawet nie da się tego opisać. To było okropne. Nim się zastanowiłem, co robię,
przywaliłem mu w twarz i wyszedłem trzaskając drzwiami.
~*~
- I jak tam, stary? – spytał Witek. – Udało ci
wczoraj ją wyrwać? – Ledwo powstrzymywał się od śmiechu.
Siedzieliśmy
w taniej restauracji, bo mi się nie chciało gotować. Nie chciałem się z nikim
widzieć, ale zadzwonił i nie udało mi się znaleźć sensownej wymówki. Jadłem
schabowego, zastanawiając się czy ten tępy nóż nie wbić w osobę naprzeciwko.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? – wycedziłem.
Parsknął
śmiechem i oparł się wygodniej.
- Kiedy się skapnąłeś?
- Nie twój zasrany interes.
- A chociaż go wyruchałeś? Ha! Nie no, nie
wierzę, jak można? To jest chore. Jak za przeproszeniem facet może się stroić w
takie damskie ciuszki? To w ogóle ma jakiegoś…
- Możesz się zamknąć? – przerwałem mu. – OK,
nie twierdzę, że to normalne, nie wiem dlaczego lubi się tak ubierać, ale to
chyba jego sprawa, nie? A co do pieprzenia, to on nie jest osobą, z którą można
raz się spotkać, zabawić, jego trzeba traktować z najwyższym szacunkiem. Nie
masz prawa go obrażać.
- Bo co? Twoja księżniczka się popłacze? Z
resztą już to robi.
- Co? – Natychmiast się odwróciłem.
Ujrzałem
Alka stojącego dwa stoliki dalej. Zakręcił trochę swoje złote włosy, miał na
sobie szeroką dołem, czarną sukienkę, białą marynarkę, a na szyi srebrny
naszyjnik ze znakiem nieskończoności. Przez ramię miał przewieszoną torebeczkę,
Zaciskał rękę na oparciu jednego z krzeseł, a po policzkach płynęły mu stróżki
łez. Natychmiast wstałem; nie wiem dlaczego. Odwrócił się i wybiegł. Czułem się
winny, serce mi się krajało na widok tych smutnych oczu, oddalającej się szybkim
krokiem postaci. Miałem wrażenie, że ktoś położył mi na barkach jakiś bardzo
ciężki bagaż, którego nie mogę się pozbyć. Chciałem go przytulić, pocieszyć,
zetrzeć te słone krople. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłem, zawsze to
po mnie spływało, kiedy inne cierpiały… tylko że on był wyjątkowy.
Nim się zastanowiłem,
co robię, nim zniknął mi z pola widzenia, wybiegłem, zostawiając kolegę zaskoczonego moim zachowaniem, z
rachunkiem za obiad. Musiałem go dogonić. Biegłem z przewagą adidasów nad
szpilkami. Nie wołałem blondyna, wolałem oszczędzać płuca. W końcu usiadł na
ławce w parku i ukrył twarz w dłoniach. Bałem się podejść. Cicho skradałem się
do tego biednego, wrażliwego chłopaka. W końcu pokonałem dzielącą nas
odległość, przykucnąłem naprzeciwko. Widzieć go w takim stanie to było najgorsze,
co mnie spotkało. Przymknąłem powieki, chcąc się zastanowić nad jakąś sensowną
wypowiedzią, lecz kiedy je otworzyłem, nadal mając pustkę w głowie, ten już na
mnie patrzył. Miał rozmazany makijaż, ciemne oczy patrzyły na mnie spomiędzy
smukłych palców.
Otworzyłem
usta, ale po chwili z powrotem je zamknąłem. Spuściłem wzrok na chodnik, nie
mogąc znieść tego smutnego wzroku. Jego oczy mówiły za dużo.
- Jestem żałosny. Po co za mną poszedłeś?
- Chodem bym tego nie nazwał – zaśmiałem się cicho.
– Nie mogłem cię zostawić samego… i nie jesteś żałosny, naprawdę.
- Stroję się i zachowuję jak kobieta, ale
jednocześnie nie mam na tyle odwagi, żeby zmienić płeć. Wiem jak ludzie na mnie
patrzą, co mówią, kiedy już się dowiedzą o mnie prawdy, a mimo to nie potrafię
się uodpornić. Jestem słaby, za bardzo boli mnie to.
- Nie jesteś. – Chwyciłem go za ręce, odciągając
je od pięknej twarzyczki. – Masz na tyle odwagi, żeby być sobą, nie
dostosowywać się do innych. Jesteś wyjątkowy, większość tego nie rozumie;
przecież jak można w ogóle pomyśleć, żeby zachowywać się nie tak jak każdy?
Nie pieprz głupot, kto niby ma prawo ci powiedzieć jaki masz być, a jaki nie?
Oni boją się, takich jak ty – wyjątkowych.
Nieśmiało
się uśmiechnął, by zaraz parsknąć śmiechem.
- Boisz się mnie?
Uradowany
jego rozbawionym wyrazem twarzy, nim się powstrzymałem, podniosłem się trochę i
przytuliłem. Z początku nic nie zrobił, więc nie wiecie jaka to ulga, kiedy w
końcu poczułem jak również obejmuje mnie w pasie… Westchnąłem z ulgą i mocniej
zacisnąłem ramiona.
- Nie. Podziwiam. Jesteś wspaniały… wspaniała…
tak w ogóle to jak mam się do ciebie zwracać?
Usłyszałem
cichy chichot.
- Wolałbym wspaniała.
- OK.
Usiadłem
obok i objąłem go ramieniem. Oparł się o mnie, patrząc przed siebie.
- Jutro wyjeżdżasz?
To pytanie
nie powinno paść. Bardzo polubiłem tego blondyna, był wspaniały, świetnie
spędzało mi się z nim czas, nie chciałem go żegnać, nim w ogóle zdążyliśmy się
dobrze poznać.
- Ja ciebie też.
Dopiero po
chwili mój mózg połapał, że powiedziałem to na głos.
Zacisnąłem
dłoń na tej drobniejszej.
- Wyjedź ze mną! – nagle z tym wyskoczyłem.
W miarę
upływu czasu ten pomysł wydawał mi się coraz lepszy.
- Ha, ha! Co? Gdzie?
Patrzyłem
na ten szeroki uśmiech, wiedząc, że to jest właśnie to.
- Do Warszawy. Mówiłaś, że nie masz tutaj
nikogo bliskiego poza twoją przyjaciółką, ale ona przecież może nas odwiedzać,
to tylko niecała godzina drogi. Nie pracujesz, więc co jeszcze cię tu trzyma?
- Studia? – spytał ze śmiechem.
- Och… No tak… No to ile ci jeszcze zostało?
Kilka miesięcy? Przyjedziesz, jak skończysz.
- Sama do wielkiego miasta? To jest szalone!
- Do mnie, mieszkam sam. Znajdziesz sobie
pracę gdzieś w pobliżu.
- Ale tak nie można! Znam cię ledwo jeden
dzień!
Widząc
radosne ogniki w jego oczach i uroczy uśmiech, trzymałem się nadziei – mam szansę.
- Co nie można? Kto nam zabroni? Naprawdę bardzo
cię lubię, nie wiem skąd to się u mnie wzięło, jeszcze nigdy nie czułem czegoś
takiego. Niby przyjechałem na parę dni, ale gdybym wiedział, że spotkam kogoś
tak wspaniałego jak ty… - Pocałowałem go w rękę, obserwując lekki rumieniec
wstępujący na te blade policzki. – Dlaczego nie?
Zagryzła
dolną wargę, pomalowaną na mocno czerwony kolor. Wyczekiwałem jej odpowiedzi,
jak wyroku. Wyroku na moje serce, które by pękło, gdybym miał się z nim rozstać.
- W sumie… Zgoda.
Pochwyciłem
go w ramiona i uradowany wpiłem w te słodkie usta. Dopiero po chwili się opamiętałem,
ale na szczęście poczułem jak odwzajemnia pieszczotę. Moje szczęście osiągnęło
w tamtym momencie apogeum.
~*~
Objąłem go
ramieniem i obaj patrzyliśmy na drzwi mojego mieszkania. Skromne, dwupokojowe,
ale ile nam potrzeba?
Spojrzałem na
mojego chłopaka z miłością.
Kiedy
wróciłem do stolicy, natychmiast poszukałem nowego mieszkania, wcześniej miałem
kawalerkę, co mi więcej potrzebne? Pół roku później przyjechał Alex i
razem z naszymi bagażami pojechaliśmy do
naszego nowego domu. W międzyczasie dużo razem rozmawialiśmy, a ja utwierdzałem
się w przekonaniu, że wybiegnięcie za nim to moja najlepsza decyzja.
- Na pewno wziąłeś wszystko co potrzebujesz? –
spytał, kiedy przekręciłem klucz w zamku.
Uśmiechnąłem
się do niego. Chwyciłem go mocno i uniosłem parę centymetrów nad ziemią, a
następnie przeniosłem do środka. Pisnął zaskoczony i zaczął się śmiać.
- Teraz tak.
Otworzył usta,
ale zaraz je zamknął zaskoczony.
- Ja ciebie też – odparł, przytulając mnie.
Pocałowałem
go w czubek głowy, ciesząc się jak głupi.
wtorek, 27 września 2016
Do czytelników.
Cześć! Przepraszam za te przerwy, zwyczajnie nie mam czasu. Piszę w międzyczasie one shota, którego już komuś obiecałam i nawet jego nie potrafię skończyć ://
Mam nadzieję, że rozumiecie, w każdym razie zapraszam do czytania wcześniejszych i trzymajcie kciuki, żebym miała więcej czasu :)
Milly (b_d)
PS. Jestem podjarana, bo w sobotę jadę do Kato, bo tam jest spotkanie z moim ulubionym pisarzem!!! :D
Mam nadzieję, że rozumiecie, w każdym razie zapraszam do czytania wcześniejszych i trzymajcie kciuki, żebym miała więcej czasu :)
Milly (b_d)
PS. Jestem podjarana, bo w sobotę jadę do Kato, bo tam jest spotkanie z moim ulubionym pisarzem!!! :D
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 28.
Rozdział
28.
Chyba
straciłem na chwilę przytomność. Nie pamiętam momentu, kiedy znowu leżałem na
łóżku, kiedy mój nadgarstek został owinięty jakąś szarą szmatą, kiedy czerwona
miska z wodą została przyniesiona do pokoju.
Zaraz po
moim obudzeniu się, ujrzałem Łukasza bez koszulki niosącego wodę utlenioną i
bandaż. Usiadł obok mnie, nie patrząc mi w oczy. Zdjął, jak się okazało swoją
bluzkę z mojej ręki. Była brudna od krwi. Ujrzałem trzy brzydkie przecięcia na
przegubie, z których już tak nie kapała posoka. Obmył mi rany, polał środkiem
dezynfekującym na co się skrzywiłem z bólu, a następnie przyłożył opatrunek i
owinął to bandażem. Obserwowałem wszystko co robił. Oparł łokcie o kolana, a
twarz schował w dłoniach. Widziałem jak targa sobie blond grzywkę, mięśnie
pleców są maksymalnie napięte. Był zły. Baaardzo zły. Po chwili wstał, zabrał
wszystko co tu przytargał i wyszedł.
Nie miałem
siły się podnieść, czułem się jakbym był wypruty, a później znowu zszyty. Nawet
ręki nie poprawiłem, choć mi ścierpła z niewygodnej pozycji.
Drzwi się
otworzyły, a w nich stał mój chłopak. Miał ze sobą kubeł na śmieci. Wszystkie
resztki lustra wylądowały w nim, wyniósł to gdzieś i zaraz wrócił po ramę z
przyczepionymi do niej odłamkami. Również zniknęła z mojego królestwa. Nikt się
nie odzywał, ta cisza bolała. Chyba wolałem, żeby mnie wyzywał, byle tylko coś
mówił. Mógł też puścić muzykę. O! Dobry pomysł! Sięgnąłem pod poduszkę i
wyciągnąłem komórkę. Wybrałem ulubioną piosenkę. Po chwili z nudów zacząłem
śpiewać wraz z wokalistą, strasznie fałszując:
- I feel
stupid and contagious, here we are now, entertain us a mulatto, an Albino, a
mosquito, my libido, yeah!*
W
międzyczasie przyszedł mój blondyn. Przy kolejnym Hello z mojej strony zerwał się z podłogi, na której siedział i
wyrwał mi telefon. Wyłączył piosenkę, mnie nie musiał – zamknąłem się, kiedy
tylko widziałem jak wstaje.
- Co ci tak śpieszno na tamten świat?!
Zmarszczyłem
brwi i chwyciłem się za głowę.
- Głowa mnie boli.
Kłamstwo.
Kolejne kłamstwo. Cudownie.
Natychmiast
się uspokoił i przycupnął obok. Pogłaskał mnie po włosach, a ja miałem wyrzuty
sumienia, bo znowu się o mnie martwił.
- Przepraszam. Tak się martwiłem, dlaczego to
zrobiłeś? Masz szczęście, że rany były płytkie i mi w końcu udało się wejść do
środka. Nie rób mi tego nigdy więcej.
- Wybacz. Po prostu miałem dość. Nie myślałem
logicznie.
- Jesteś taki chudy… Dlaczego jeszcze bardziej
się głodzisz, oszukujesz…? Najgorsze jednak było to co teraz zrobiłeś.
- Nie mówmy teraz o tym. Chce mi się spać.
Bez słowa
położył się obok i zagarnął mnie w swoje ramiona. Poczułem delikatny pocałunek
na ramieniu. W końcu mogłem bez problemów zasnąć.
Obudziłem
się i pierwsze co to zacząłem płakać. Nie wiem czemu. Po prostu tak mnie
naszło. Leżałem na łyżeczkę z ukochanym, więc bardziej przysunąłem się do
niego, choć przez to jedynie przesunąłem go, przy okazji budząc.
- Co jest? – spytał zaspanym głosem.
Zastygłem.
Nie chciałem, żeby zauważył moje łzy, które nie chciały przestać płynąć. Na
szczęście jedynie mocniej mnie przytulił jak misia i wrócił do krainy snów.
Moim ciałem
wstrząsnęły kolejne salwy szlochu. Zagryzłem pięść, ale niewiele to dało.
Dusiłem się gulą utkwioną w moim gardle.
Nagle
usłyszałem pukanie. Zamilkłem. Kątem oka widziałem, jak się otwierają, a Marcin
zagląda do środka. Uśmiechnął się niczego nieświadomy i zamknął drzwi.
Chciałem
krzyczeć. Tak po prostu wydzierać się do niczego i na nic. Zamiast tego
leżałem, czując jak słaby jestem. Sądziłem, że jestem silniejszy, ale nie
potrafiłem istnieć. Wszystko prędzej, czy później musiałem spierdolić. Serce
bolało mnie i w przenośni i prawdziwie. Dlaczego życie nie może być prostsze?
Dlaczego wszystko sobie utrudniam? Dlaczego wszystko niszczę? Dlaczego jestem?
Wstałem,
uważając, żeby nie obudzić Łukasza. Sięgnąłem po sweter z rozciągniętymi
rękawami, czarne rurki i bieliznę. Nawet nie wiecie jak się cieszyłem, że
tamtego dnia było chłodniej…
Wszedłem do
wanny, obandażowaną rękę trzymając nad powierzchnią wody. Moczyłem się długo,
aż skóra nie zaczęła mi się marszczyć. Wytarłem się puchowym ręcznikiem,
ubrałem i stanąłem przed lustrem. Patrzyłem na bladego, wymizerowanego chłopaka
z podkrążonymi oczami. Związałem wysoko włosy w kucyk, nałożyłem podkład, którego
używałem rzadko, ale to była wyjątkowa sytuacja, podkreśliłem oczy czarnym
kolorem, a na koniec wypuściłem pasmo ciemnych włosów, żeby spokojnie opadło na
mól lewy policzek. W miarę zadowolony, wyszedłem, naciągając bardziej rękawy.
Jak się
okazało, Łukasz już nie spał, tylko siedział na łóżku oparty o ścianę, patrząc
na mnie smutnym wzrokiem. Podszedłem do niego, usiadłem na wyprostowanych
nogach i zwyczajnie mocno przytuliłem.
- Przepraszam. Bardzo cię przepraszam. Nie
wiem, co mi odbiło, po prostu kiedy pomyślałem, że mógłbym cię stracić… Byłem
zrozpaczony, wściekły i… chyba zwyczajnie się poddałem.
Ujął moją
twarz w dłonie i pogłaskał kciukiem po policzku. Po chwili wahania pocałował
mnie. Nic nie mówił, tylko czule całował, a wszystkie troski odchodziły na tą
krótką chwilę.
- Obiecaj mi, że nigdy więcej tego nie
zrobisz. Obiecaj mi, że nie będziesz się już głodził. Obiecaj mi, że zawsze
będziesz ze mną.
Wtuliłem
twarz w zagłębienie w jego szyi, czując jak głaska mnie po plecach.
- Obiecuję.
*Nirvana - Smells Like Teen Spirit.
środa, 21 września 2016
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 27.
Rozdział 27.
Dwa
tygodnie później…
Znowu
pobiegłem do łazienki, pozbywając się tego pysznego ciasta, które kupił Marcin.
Włożyłem palce do gardła i szybko brązowa papka wylądowała w toalecie.
Idealnie.
Opłukałem
twarz, umyłem zęby i z wielkim uśmiechem wróciłem do swojego pokoju. Rozłożyłem
się na łóżku, włączyłem muzykę i odpłynąłem.
~*~
Parę dni
później…
Znowu
wyszorowałem zęby, żeby pozbyć się tego posmaku z ust i ruszyłem w stronę
drzwi. Stanąłem jak wryty widząc w nich Łukasza. Patrzył na mnie jakbym właśnie
zamordował mu całą rodzinę.
- Co to, kurwa, miało być?! – wysyczał.
- C-cześć, kochanie! Przepraszam, źle się
poczułem, chyba zatrucie. Już mi lepiej. Nie mówiłeś, że przyjdziesz.
Kłamstwa…
Ostatnio często kłamię.
- Uważasz mnie za takiego debila?! Dlaczego to
robisz?!
- Łukasz, spokojnie… To nie tak…
- A jak?! Ja ci zaufałem!
Do moich
oczu znowu napłynęły łzy. Przez ostanie miesiące za dużo płaczę.
Nawet nie
wiecie jak się cieszę, że już się skończyły wakacje i wszyscy byli jeszcze w
szkole…
- Musisz być takim pierdolonym kłamcą?! –
nadal krzyczał. Głowa mnie bolała, chciałem, żeby był cicho. – Wczoraj u mnie
prawie zemdlałeś, to dlatego?!
Milczałem.
Chciałem go
wyminąć, ale złapał mnie za rękę i popchnął na ścianę.
- Puszczaj! – Próbowałem się wyrwać.
- Serio uważasz, że przytulanie worka kości,
patrzenie na kogoś kto wygląda jak powlekany skórą kościotrup jest takie
fajne?! Ile ważysz?!
- Chuj cię to obchodzi! – Udało mi się uciec
do pokoju.
Zatrzasnąłem
drzwi, przekręciłem kluczyk i zjechałem po nich na podłogę.
- Kocham cię, ale nie zamierzam chodzić z kimś
takim! Albo będziesz wyglądać jak człowiek albo to koniec!
To był dla
mnie szok. Nie tego się spodziewałem… Zacząłem płakać jeszcze bardzie, skuliłem
się, podwinąłem kolana pod brodę. Nienawidziłem siebie, swojego życia, wyglądu…
Miałem dość.
- Nie możesz mnie zostawić – wyszeptałem.
- A ty nie możesz się głodzić i rzygać, kiedy
tylko coś zjesz! Martwię się!
- Nie możesz – powtórzyłem słabo. – Potrzebuję
cię.
Usłyszałem
jakiś hałas, jakby kopnięcie.
- Nara – pożegnał się i wyszedł. Tak
przynajmniej mi się wydawało.
Zacząłem
jeszcze bardziej płakać, krzyczeć, targać swoje włosy. Cały mój świat się
zawalił. Waliłem w lustro pięściami tak długo, aż mnie ręce bolały, a szyba
pękła, kalecząc moją bladą skórę. Tym razem do akcji wkroczyła moja noga.
Gapiłem się na swoje zakrwawione dzieło. Stopy i dłonie były pokaleczone, a
czerwone strugi posoki zdobiły ostre zakończenia kawałków mojego kolejnego
lustra. Przejechałem palcem po jednym. Skrzywiłem się czując lekki ból w
miejscu przecięcia. Ostre. Chwyciłem je i obejrzałem dokładnie z chorą
fascynacją. Lustro odebrało mi pewność siebie, chłopaka, radość to i życie
może… Ściągnąłem bluzkę, unikając patrzenia na ten tłuszczyk odznaczający się
obok żeber, miednicy… Patrzyłem na nagie, białe nadgarstki. Łatwo można było je
objąć dwoma palcami i jeszcze byłoby dużo luzu. Obróciłem w palcach kawałek
posrebrzanego szkła i dopiero po chwili usiadłem po turecku, spojrzałem na
swoje odbicie w tych fragmentach lustra, które trzymały się ramy, jednocześnie
przyciskając do skóry moje przekleństwo.
- Żegnaj słaby, marny człowieku. Pewnie będzie
po tobie dużo sprzątania, ale trudno i tak przysparzałeś samych problemów. Adieu!
Pierwsze
rozcięcie cholernie bolało, ale już drugie… to było nawet swego rodzaju
przyjemne. Obserwowanie jak ten czerwony płyn mojego życia wypływa wraz z
wszystkimi kłopotami. Szczypanie i mrowienie nie było jakieś uciążliwe, a ja z
fascynacją robiłem trzecie nacięcie. Mam wrażenie, że słyszę jakieś walenie do
drzwi, ale nie skupiam się na tym. W końcu huk był głośniejszy, ale również go
olałem, tak jak i krzyk Łukasza wołającego moje imię…
czwartek, 15 września 2016
Do czytelników.
Cześć! Tak mnie naszło... Początkowo tego epizodu miało nie być, nagle wpadło do mojej głowy, więc żeby się go pozbyć przelałam na klawiaturę. Nie wiem, co o tym sądzicie. Ja serio nie chciałam mu tego robić! To miał być normalny nastolatek, trochę wredny, ale lubiany, bardzo dbający o swój wygląd, mający własny styl... Nigdy, ani rok, ani miesiąc temu, kiedy to zaczynałam pisać kolejną część nie przyszło mi do głowy, żeby coś takiego napisać, a to nie koniec, to dopiero początek!
Nie wiem przed ki się bardziej tłumaczę - przed wami, czy przed sobą?
Cóż pozostaje mi nadzieja, że się wam spodoba taka koncepcja tego nastolatka, który ciągle ma jakieś problemy (chodzi mi o to, że wcześniej chciałam jeszcze coś innego napisać związanego z próbą gwałtu, ale postanowiłam coś - nie zrobię mu tego, a teraz jestem nie lepsza... :\\ )... Mi osobiście mniej niż początkowo. Miał być o nich tylko jeden epizod (oczywiście początkowo niebyt... przyjemny dla Krzyśka) a tu wcisnęłam ich na okres wyjazdu Marka i proszę co narobiłam! :\\
Milly (H-H)
Nie wiem przed ki się bardziej tłumaczę - przed wami, czy przed sobą?
Cóż pozostaje mi nadzieja, że się wam spodoba taka koncepcja tego nastolatka, który ciągle ma jakieś problemy (chodzi mi o to, że wcześniej chciałam jeszcze coś innego napisać związanego z próbą gwałtu, ale postanowiłam coś - nie zrobię mu tego, a teraz jestem nie lepsza... :\\ )... Mi osobiście mniej niż początkowo. Miał być o nich tylko jeden epizod (oczywiście początkowo niebyt... przyjemny dla Krzyśka) a tu wcisnęłam ich na okres wyjazdu Marka i proszę co narobiłam! :\\
Milly (H-H)
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 26.
Rozdział 26
Tydzień
później…
Siedzieliśmy
razem u niego na kanapie i oglądaliśmy film SF, akurat kiedy przyszło nasze
zamówienie – pizza i sałatka. Włączyłem pauzę i czekałem, aż mój przystojny
Romeo zapłaci i przyniesie jedzenie. Choć nie chciałem przyznać byłem głodny.
Zapach żółtego sera, przypraw, salami roznosił się w powietrzu, przez co mój
żołądek jeszcze bardziej się skręcał. Pogłaskałem brzuch uspokajająco i
podciągnąłem nogi pod siebie. Ukochany usiadł obok, a ja dorwałem się do mojej…
sałatki greckiej. Była bardzo dobra, zdrowa, miała mało kalorii, a do tego dużo
witamin… Tylko ni trochę nie pachniała jak obiad Łukasza. Odwróciłem wzrok w
stronę telewizora i włączyłem play. W ogóle nie zerkałem kątem oka na ten
ciągnący się ser, wypadające przypadkiem dodatki, jak lśnił na wierzchu, jakie
duże dodali kawałki, a ciasto cieniutkie – moje kiedyś ulubione. Teraz smakują
mi bardziej moje warzywka od pizzy Roma. Przecież to oczywiste! One są
kolorowe, zdrowe, wyglądają apetycznie… tylko, chuj, nie mają smaku. Wkurwiony
odłożyłem pojemniczek na stolik, kompletnie ignorując spojrzenia mojego
chłopaka.
- To może chcesz…
- Nie! – przerwałem mu zanim wypowiedział to
magiczne słowo. – Po prostu nie jestem głodny. – Tak, żeby zaprzeczyć moim
słowom, brzuch postanowił zaburczeć.
- No weź przecież się podzielę! I tak nie zjem
całej.
- Będę gruby.
Westchnął
ciężko i podstawił mi apetyczny trójkącik pod nos. Zacisnąłem mocno powieki,
odwracając głowę, ale w końcu nie wytrzymałem i zerwałem się z kanapy.
- Nie rozumiesz?! Nie chcę żadnej pizzy! Nie
mam zamiaru być jakimś grubym wielorybem obżerającym się fast foodami…
- Uważasz, że jestem gruby?
- … który będzie sam, bo nikt go nie zechce –
dokończyłem.
Odłożył
jedzenie na karton i podszedł do mnie. Jego ręce oplotły mnie w pasie, a niebieskie
oczy przyszpiliły wzrokiem moje.
- Kochanie od jednego kawałka pizzy nie
zgrubniesz, a nie zapominaj, że cię kocham i będę kochać nawet jak będziesz
ważył dwieście kilo. Tobie na pewno to nie grozi, bo nie wiem ile byś musiał
się nawpierdzielać, żeby tyle przytyć, ale nawet jeśli… Nie odmawiaj sobie
jedzenia, jesteś bardzo, bardzo, bardzo szczupły.
- Chcesz mi powiedzieć, że jestem chudy?
Jęknął
załamany i oparł głowę o moje ramię. Po chwili się wyprostował, pociągnął w
stronę łazienki i zamknął drzwi. Pociągnął moją bluzkę do góry i zostawił na
pralce, następnie zaczął rozpinać mi spodnie.
- Ej! Co ty robisz?? – spytałem cały czerwony.
Ukochany
niewzruszenie kontynuował. Zaraz czarny materiał zsunął mi do kostek. Obrócił
mnie tyłem do siebie, chwycił po bokach za biodra i pokierował w stronę
łazienkowego lustra. Oparł podbródek na moim ramieniu, a rękami oplótł w pasie.
- Nie widzisz jak wyglądasz? Z czego ty chcesz
schudnąć?
Po chwili
wpatrywania się w swoje odbicie pisnąłem zaskoczony i podszedłem bliżej.
Zacząłem oglądać moje wały tłuszczu.
- Wyjdź!
- O co chodzi? Skarbie…
- Powiedziałem wyjdź! – krzyknąłem głośniej. –
Nie chcę, żebyś na to patrzył! Przytyłem!
Westchnął, ale zamiast skierować swoje kroki w
stronę drzwi, stanął znowu za mną.
- Gdzie?
Zasłoniłem
swój gruby brzuch, czując jak oczy zaczynają mnie piec. Nie mogłem się przy nim
rozryczeć, nie mógł mnie widzieć w takim stanie… Zgarbiłem się bardziej, a z
mojego gardła wyrwał cię cichy szloch.
- Ej… Cii, nie płacz. Spokojnie. Pokaż, gdzie
twoim zdaniem jesteś gruby?
Pokręciłem
przecząco głową.
Obrócił
mnie przodem do siebie i oparł o zimną taflę szkła. W pierwszej chwili
odskoczyłem od niej, ale Łukasz znowu mnie na nią popchnął.
- Ile ty masz wzrostu? – spytał, lustrując
wzrokiem tego słonia.
- Metr osiemdziesiąt pięć, a co?
- Serio? – Spojrzał na moją twarz zaskoczony.
– Ja tylko metr osiemdziesiąt. Dlaczego jestem niższy od swojego chłopaka? –
westchnął.
Zaśmiałem
się cicho i cmoknąłem w usta.
- Tylko pięć centymetrów.
- Ile ważysz?
Prychnąłem
i odwróciłem wzrok. On myśli, że mu powiem??
- Mam wagę, możemy sprawdzić.
- Jestem za gruby! Ta bardzo chcesz mi to
udowodnić?! Tak, mam za dużo tłuszczu! Patrz jaki wielki i galaretowaty brzuch!
– Pacnąłem się w ręką w to sadełko. – Usatysfakcjonowany?!
Spróbował
się uspokoić. Wdech, wydech, wdech, wydech… Spokojniejszy przejechał delikatnie
palcami po moim tłuszczyku.
- Nigdy nie mówiłeś, że chcesz się zamienić w
kościotrupa, a już na pewno nie słyszałem, żebyś miał problem ze wzrokiem.
Trzeba się udać do okulisty.
Chciałem
uciec, ale przytrzymał mnie za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. Wzdrygnąłem
się lekko.
- Ile ważysz?
- Kurwa mać, jaki uparciuch. Sześćdziesiąt kilo!
Klęknął
przede mną i przypatrywał się temu obrzydliwemu czemuś. Kolejne łzy rezygnacji
spłynęły po moich policzkach. Nie podobam mu się, wiem. Komu by się miał
spodobać taki tłuścioch, jak ja? Nagle poczułem jego usta na moim brzuchu,
całujące go delikatnie. Wpatrywałem się w to, nie wiedząc co zrobić.
- Gdzie ty widzisz tłuszcz? Z tego co się
orientuję, to masz niedowagę. Kochanie, on jest płaski, tutaj nie ma gramika
czegoś czego być nie powinno. Może mięśni powinieneś mieć więcej, ale odmawiasz
sobie najlepszego żarcia na naszej planecie, dlatego że masz jakieś chore
wyobrażenia. Masz piękny brzuch.
- Po co to robisz?!
- Co? – spytał zaskoczony.
- Kłamiesz! Chcesz mnie jeszcze bardziej
roztyć?!
Wstał, ujął
moją twarz w dłonie i mocno pocałował. Chciałem się wyrwać, ale ten trzymał
mocno, nie poddawał się póki mu nie uległem. Nawet nie wiem ile czasu minęło,
miałem wrażenie, że całe wieki, zanim się ode mnie oderwał.
- Kochanie, jesteś bardzo przystojnym
chłopakiem, nie wiem skąd pomysł, że tak nie jest. Możesz mi wierzyć – nie
jesteś gruby. To co widziałeś to chyba tylko skóra.
- A moje nogi? – spytałem przez łzy. – Takie
obrzydliwe, galaretowate coś na moich łydkach?
Zaśmiał się
i pokręcił głową zrezygnowany.
- Uważasz, że kościotrupy są seksowne?
Przecież każdy ma jakiś tłuszcz, mięśnie. Ważę od ciebie dużo więcej, jestem
trochę niższy. Jestem dla ciebie spaślakiem?
- Nie! Przeciwnie. Jak w szkole mieliśmy WF to
w szatni było na co sobie popatrzeć. – Puściłem mu oczko.
Delikatny
rumieniec wkradł się na jego policzki.
Odchrząknął i uśmiechnął się delikatnie.
- Więc? Przecież ci mówię, że jesteś
przystojny. Mógłbyś mieć każdego, kto wie - może nawet hetero byś poderwał, ale
jesteś mój. Nie wiem czym sobie zasłużyłem na takiego wspaniałego chłopaka,
tylko nie chciałbym, żebym kiedyś przyszedł do domu z pracy i z wieszakiem go
mylił.
Przytuliłem
go mocno.
- Przepraszam, pewnie masz rację. Idziemy coś
zjeść?
Zaskoczony
podał mi moją bluzkę, założyłem spodnie i razem zeszliśmy do salonu.
Kłamałem.
Cały czas kłamałem. Jadłem, czując jak ta pyszna pizza zaraz zamieni się w
kolejne zwały tłuszczu. Chciałem płakać. Chciałem zaszyć się sam w kącie.
Chciałem zniknąć. Chciałem wziąć nóż i odciąć sobie to sadełko. Ale siedziałem
obok mojego skarbu i uśmiechałem się sztucznie, nie chcąc go martwić. Wcale nie
musiał wiedzieć o czym właśnie myślałem, co czułem. Tak było dobrze. Wrócę do
domu to się pozbędę tego obrzydlistwa z mojego żołądka, zanim całość zamieni
się w tą ohydną masę.
wtorek, 13 września 2016
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 25.
Rozdział
25.
Z rana
obudził mnie pocałunek mojego chłopaka. Mm… Idealne poranki… A mogą być
idealniejsze? Oczywiście! Blondyn usiadł obok, a na moich nogach wylądowała
taca z talerzem kanapek oraz dwa kubki herbaty. Położyłem dłoń na jego
policzku, przekrzywiając jego głowę w moją stronę i delikatnie całując w usta.
- Jesteś za idealny – zażartowałem, biorąc
pierwszą kromkę.
- Jak mam takiego chłopaka to nie mogę
odstawać. – Puścił mi oczko.
Oparłem się
o jego bok.
- Dlaczego dzisiaj wyjeżdżamy? – jęknąłem.
Mocniej
mnie do siebie przyciągnął i musnął delikatnie moją szyję wargami.
- Przecież jeszcze możemy tu wrócić. Albo w
inne miejsce.
- Mhm… Na Karaiby – zażartowałem.
- O nie… Znowu Jack Sparrow?
- On jest zajebisty! – przypomniałem po raz
kolejny mojemu niedowiarkowi.
- Oglądałeś wszystkie części, a do tego po
kilka razy i za każdym razem mi to powtarzasz. Bo będę zazdrosny! – wiedziałem,
że nie mówi poważnie.
Oblizałem
usta, odkładając tacę na bok. Szybko się znalazłem na jego nogach.
- Na pewno nie robiłbym tak z Johnnym Deppem…
- I pocałowałem.
Natychmiast
zdominował pocałunek na co zamruczałem zadowolony. Wolałem kiedy to mój książę
przejmował inicjatywę. Szybko przerzucił mnie na materac, samemu znajdując
dogodne miejsce pomiędzy moimi nogami i dorywając z powrotem do moich ust. Byłoby
idealnie gdyby nie… mój krzyk. Zepchnąłem go z całej siły z siebie i znowu
jęknąłem, delikatnie głaszcząc swój bok, który przypadkiem został zadrapany, a
spalona skóra nie pozwalała o sobie zapomnieć.
- Przepraszam – wyszeptał zdyszany.
Podwinął
lekko moją bluzkę i zaczął składać delikatne pocałunki na zaczerwienionym
miejscu. Całkowicie się odprężyłem i z uśmiechem przyjmowałem pieszczotę.
- Wiesz, że musimy wstawać? – spytał w końcu.
- Mhm…
- I posprzątać po sobie… oraz skosić trawę.
- Mhm… - powtórzyłem z większym naciskiem. –
Chwila… Co? Jaką trawę?
- Zieloną. Obiecałem, że zrobię to już za nich skoro
pożyczyli nam domek na te kilka dni.
- Ty to zrobisz. Księżniczka nie może się
przemęczać.
- Księżniczka nie może się przemęczać –
powiedzieliśmy niemal równocześnie.
Obaj
zaczęliśmy się śmiać.
W końcu
zwlokłem się z łóżka i popędziłem w stronę łazienki, żeby się ogarnąć.
Serio nie
chciałem wyjeżdżać. Bardzo mi się tam podobało mimo spalenizny, ale to już
tylko moja wina, a nie miejsca.
Rzeczywiście
prawie nic nie robiłem, tylko siedziałem i obserwowałem mojego chłopaka w
samych spodenkach koszącego trawę, wycierającego kurze, zmywającego podłogę. W
końcu zlitowałem się nad nim i zwlokłem swoje cztery litery w stronę kuni,
gdzie przygotowałem obiad – jajko sadzone. Może i nic wymyślnego, ale nigdy w
zasadzie nie gotowałem, więc… Zaniosłem jedzenie na dwór i usiadłem na
krzesełku, czekając aż mój Romeo weźmie prysznic.
W końcu
również zasiadł przy stole i sięgną po widelec.
- Zmęczony? – spytałem, dobrze wiedząc jaka
będzie odpowiedź – tak.
Podniósł na
mnie wzrok, ale zaraz z powrotem skupił się na obiedzie. Najedzony oparł się o
oparcie krzesła, ręce położył na brzuchu i westchnął ciężko.
- Mam dość.
Stanąłem za
nim i położyłem dłonie na ramionach chłopaka.
- Odpocznij – powiedziałem, ugniatając je.
- Masaż? – spytał zadowolony.
- A czemu nie?
Kiedy
poczułem, że jest już całkiem rozluźniony, wziąłem naczynia i pozmywałem.
Podobała mi
się ta atmosfera. Niby zwyczajnie, można by rzec, że nudno, ale mi to
odpowiadało i nie mogłem się doczekać, aż będziemy mieszkać razem. Bez kłótni
się nie obejdzie, to fakt (w końcu to ja), lecz my sobie z tym poradzimy. Już
sobie wyobrażałem jak siedzę w domu z dużym psem, na przykład ostatnio mi się
podobają dogi argentyńskie, czekając na Łukasza, który wróci z pracy, razem
zjemy kolację, pogadamy… a może i jakoś inaczej spędzimy czas… W zasadzie to
jeszcze nie uprawialiśmy seksu. Nie wiem czemu, po prostu żadnemu z nas się do
tego nie śpieszyło. Przecież dobrze jest tak jak jest… Chociaż jakby chłopak
chciał…
- Nad czym się tak rozwodzisz? – Poczułem jak
silne ramiona oplatają mnie w pasie.
- Wyobrażam sobie jakby to było gdybyśmy
zamieszkali razem… - Oparłem się wygonie o jego pierś. – Fajnie będzie. Musi –
zaznaczyłem.
- Oczywiście. Tylko najpierw trzeba mieć gdzie
i za co.
- Przecież wiem. Mamy jeszcze całe życie przed
sobą.
- Kocham cię – wyszeptał w moje włosy.
- Ja ciebie też. – Po chwili zastanowienia
spytałem: - Dlaczego nigdy nie mówisz tego głośno?
- Bo tak jest lepiej. Przeszkadza ci to?
Pokręciłem
przecząco głową, patrząc na oszukańcze motyle. Dlaczego oszukańcze? Bo wabią
swoimi kolorowymi skrzydłami, a z bliska są ohydne. Biedronki tak samo. Już
takie pająki, czy żuki są o tyle lepsze, że od razu stawiają sprawę jasno –
jestem brzydki.
- Musimy jechać. Spakowany?
- Już lecę. – Odwróciłem się i krótko go
pocałowałem. – Cieszę się, że mnie tu zabrałeś.
- Ja też.
Pobiegłem
do pokoju spakować walizkę, już tęskniąc za tym miejscem.
niedziela, 11 września 2016
Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 24.
Rozdział
24.
Następnego
dnia, zaraz po obudzeniu wydałem z siebie jęk bólu. Łukasz zaraz pojawił się
obok ze zmartwioną i przerażoną miną.
- Co się dzieje?? Rodzisz??
Nie mogłem
się powstrzymać i w końcu parsknąłem śmiechem.
- To moje teksty.
Ukochany
zignorował moją uwagę, nadal lustrując mnie wzrokiem. Próbowałem wstać, ale
każdy ruch powodował niewyobrażalne męki, jakbym się smażył w czeluściach
piekieł.
- Nienawidzę słońca – stwierdziłem żałosnym
głosem.
Usłyszałem
jak odetchnął z ulgą.
- Ja tu cierpię, a ty?
Wstał i
kręcąc głową wyszedł. Miałem nadzieję, że zaraz wróci mnie uratować jak rycerz
na białym koniu. Na szczęście miałem rację – po minucie już siedział obok.
- Gdzie cię najbardziej boli?
- Wszędzie!
Westchnął
zniecierpliwiony.
- Chcę ci pomóc. Gdzie?
Prychnąłem.
Znowu próbowałem wstać, ale skończyło się na jeszcze głośniejszym krzyku.
- Plecy, brzuch, ramiona – zacząłem szybko
wyliczać. – Zadowolony?!
- Tak. Zdejmuj bluzkę.
Pomógł mi i
po chwili już leżałem z nagim torsem. Gdybyśmy byli w innej sytuacji to byłbym
pewnie zadowolony, a tak to…
Wylał na
mnie biały krem, który był w chuj zimny. Pisnąłem mało męsko, ale uspokoiłem
się, czując jak te duże, silne dłonie rozprowadzają go po moim ciele.
- Wziąłeś kilka butelek kremu z filtrem, jak
to możliwe, że się spaliłeś??
Obróciłem
się na plecy i położyłem brodę na złożonych rękach.
- Wczoraj chyba zapomniałem się posmarować.
Kiedy
skoczył, poczułem lekką ulgę.
- Lepiej?
- Mhm… Dzisiaj nigdzie nie wychodzę, zapomnij!
Delikatnie,
jakbym był z najkruchszego materiału, przytulił mnie. Pocałował w czoło i
trochę bardziej zagarnął w swoje ramiona.
- Dzisiaj jest ledwo drugi dzień. Jak mogłeś?
– spytał, a ja głowiłem się długo, czy to było żartobliwe, czy nie.
To błogie
lenistwo zostało nam odebrane, przez burczenie naszych brzuchów. Cicho się
zaśmialiśmy i wstaliśmy. Z trudem dowlokłem się do kuchni, jakbym był jakimś
osiemdziesięcioletnim staruszkiem. Ostrożnie usiadłem na krześle i czekałem na
śniadanie.
- Podano do stołu. – Przede mną pojawił się
talerz z kanapkami z pomidorem.
Uśmiechnąłem
się słabo i wziąłem jedną do ręki.
- Dzięki.
Po
zjedzeniu drugiej miałem dość. Nie tyle jedzenia co po prostu wszystkiego.
Gdybym był płaczką to może nawet i bym się poryczał, a miałem na to wielką
ochotę. Byłem zwyczajnie na wszystko wkurwiony.
- Co jest?
- Nic! Kurwa, nic!
Ukochany
skrzywił się lekko i bez słowa pożerał trzecią kromkę.
Westchnąłem
ciężko. Nie chciałem, po prostu musiałem się na czymś wyładować. Wszystko się
spierdoliło przez to pieprzone słońce!
- Przepraszam – powiedziałem zbyt
nieprzyjemnym głosem niż powinienem i chciałem.
Wstał,
zabrał swój talerz i poszedł go zmyć.
- OK – jego głos był zbyt smutny, żebym mu
uwierzył.
Byłem na
siebie wściekły i co zrobiłem? Wyżyłem
się na najbliższej mi osobie!
- No przecież, kurwa, przeprosiłem.
- Super – mruknął.
Nic więcej
nie dodał, po prostu mnie wyminął i wyszedł.
Schowałem
twarz w dłonie, pragnąc po prostu zniknąć. Moment kiedy wszystkie twoje plany
się rypią, a ty jesteś bezsilny jest… po prostu okropny. Wszystko szło nie tak
jak powinno, jednak najgorszą rzeczą był krzywdzenie chłopaka, którego tak
bardzo kochałem, a zamiast powtarzać mu to ciągle, całować i tworzyć mdłą,
lukrową otoczkę, wyżywałem się na nim, choć nie był niczemu winien. To ja
zapomniałem posmarować się tym pierdolonym kremem i łaziłem pół dnia bez
bluzki. Chciałem się jeszcze poopalać, pospacerować z ukochanym wzdłuż plaży;
szczerze mówiąc polubiłem to od wczorajszego dnia. Chciałem popływać w
jeziorze, podokuczać mojemu skarbowi i prowokować. Chciałem ciągle się tulić do
jego lekko umięśnionego torsu, ale na tyle, żeby rysował się delikatny
kaloryferek, czuło się siłę i bezpieczeństwo. Chciałem całować go długo i
namiętnie, ulegać tym wspaniałym ustom, sprawnemu językowi i dużym dłoniom.
Zamiast
tego od rana krzyczę na niego, krzywię się pod najmniejszym dotykiem, czy
ruchem. Dąsam się jak urażona księżniczka, wyżywam się na chłopaku. Nawet nie
potrafię się ogarnąć i cicho pozwalam kilku łzom spłynąć po moich policzkach,
ignoruję natarczywie powtarzające się w mojej głowie moje imię wypowiadane
przez Łukasza. A nie… Ukochany rzeczywiście woła mnie, a kiedy go ignoruję,
unosi moją twarz do góry i patrzy mi w oczy. Ściera kciukiem ostatnią słoną
kroplę i całuje krótko w usta. Po moim kręgosłupie przebiegł dreszcz, ale
zamiast unieś się do tych ust, opieram czoło o jego brzuch i oplatam rękami.
- Naprawdę przepraszam. Mam zły dzień. Nic nie
idzie tak jak powinno. Chcę na dwór, a nie wyć z bólu przy najmniejszym ruchu.
Bardzo
delikatnie głaskał mnie po plecach, milcząc. Nie wiem, czy był nadal zły, a
moim ciałem wstrząsa szloch. Bezradność pozbawiła mnie chęci do wszystkiego.
Kiedy w końcu się uspokoiłem, odsunął mnie od siebie nadal z kamienną twarzą. Spojrzałem w górę, a serce powoli chwytał za nóż i dziurawiło się, doprowadzając mnie
do załamania.
- Łukasz – szepczę.
Więcej nie potrafiłem wykrztusić. Patrzyłem na niego, chcąc wyczytać coś z tej twarzy, pięknych
niebieskich oczu. Nic z tego.
- Już? – pyta w końcu. – Uspokoiłeś się?
Otworzyłem usta, ale w końcu z rezygnacją je zamknąłem. Jedynie kiwam głową na tak.
- To dobrze, bo już wszystko gotowe czeka, a
nie chcę, żeby lód się roztopił. Pewnie pójdziesz się umyć, przebrać i
pomalować, co?
Zdezorientowany,
powtarzam ruch.
- Pomóc ci, czy dasz radę?
- D-Dam…
Nie
wiedząc, o co chodzi, wlokę się do pokoju, wygrzebuję krem oraz czarne
materiałowe spodenki i tegoż samego koloru bluzkę z krótkim rękawem z białym,
jakby od niechcenia nabazgranym napisem Why
So Serious? W łazience ogarniam się
w miarę i gotowy wychodzę do salonu. Na kanapie siedział mój chłopak z
telefonem w ręce, do którego głupkowato się uśmiechał. Pewnie znowu przegląda
jakieś dziwne memy.
- Już? – pyta nie podnosząc wzroku.
- Mhm…
- No to zapraszam mojego księcia.
Wstaje i
rusza w stronę drzwi. Chcę zaprotestować, ale myśl o szczęściu ukochanego jest
ważniejsza, więc niepewnie ruszam za nim. Na tarasie w cieniu stoi stoliczek,
obok dwa krzesełka, a na nim lekko oszroniony dzbanek z pomarańczowym sokiem i
kostkami lodu w środku oraz dwie szklanki, również zawierające zamrożoną wodę.
Zasiadam w
ciszy, blondyn nalał mi schłodzonego, słodkiego płynu, a następnie sobie i usiadł
na drugim.
- To na co masz ochotę?
Wzruszyłem
ramionami, pijąc napój.
- Chciałem pospacerować, popływać, poleżeć na
plaży… Tylko wszystko musiało się zjebać przez moją spaloną skórę.
- Posiedź trochę i odpocznij, bo później
zabieram cię na wycieczkę. Tym razem nie do twojego ulubionego lasku, a
przejdziemy się wzdłuż jeziora, hm?
Otworzyłem
usta, ale zaraz szybko je zamknąłem. Skuliłem się trochę na swoim siedzeniu.
- Jak uważasz… - mruknąłem niepewny co do tego
planu. – Najwyżej będziesz musiał mnie nieść jak ci tam się spalę i umrę –
zażartowałem słabo.
Wstał i bez
słowa zniknął. Wiem, że nie byłem tamtego dnia do życia, ale nic na to nie
mogłem poradzić. Czułem się okropnie, chciałem zwyczajnie na chwilę zniknąć
gdzieś. Gdybym miał wehikuł czasu albo taką moc jak w filmie Czas na miłość… Mógłbym się posmarować,
a tak to…
- To co, idziemy? – spytał ukochany.
Krzywiąc
się przy każdym ruchu, wstałem i niepewnie spojrzałem na wielką gwiazdę na
niebie. Westchnąłem ciężko. Nagle poczułem na ramionach coś cienkiego…
Szal?
- Zawsze to cię trochę ochroni, gdyby
parasolka nie wystarczała.
- CO??
Spojrzałem
na wspomniany wcześniej przedmiot, który został rozłożony nad moją głową.
Wzruszył ramionami i szeroko się uśmiechnął.
- Kiedyś damy tak chodziły, żeby się nie
opalić, to czemu ty byś nie mógł?
Nie
wiedziałem co powiedzieć. Byłem szczęśliwy, po prostu szczęśliwy.
Udało nam
się w półtorej godziny obejść całe jezioro, później zjedliśmy naleśniki z serem
i jagodami… znaczy ja jednego… a później drugiego, bo były pyszne, lecz miałem
później wyrzuty sumienia i przez kilkanaście minut sterczałem przed lustrem
przyglądając się sobie, czy nie przytyłem jeszcze więcej. Mógłbym ważyć mniej,
ale przynajmniej nie zauważyłem, żeby jakiś obrzydliwy tłuszczyk obrósł mnie
bardziej.
Popołudniu
pływaliśmy, przed tym zostałem porządnie nakremowany i nie mogłem ściągać
bluzki do wody, ale na szczęście aż tak nie przeszkadzała. Zmęczeni i wybawieni
położyliśmy się w cieniu na kocu.
O
dwudziestej pierwszej zabrał mnie na łódkę i wypłynęliśmy na środek jeziora. Oparłem
się plecami o jego tors, siedząc pomiędzy nogami blondyna. Obserwowałem jak
słońce chowa się już całkiem za drzewami. Tamte kilkanaście minut było jednymi
z najbardziej magicznych w moim życiu. Kiedy już ostatnie promienie zaszły,
odwróciłem się przodem do Łukasza. Patrzyłem w jego piękne niebieskie oczy,
czując jak jeszcze bardziej się w nim zakochuję. Miałem ochotę płakać ze szczęścia,
że mam kogoś takiego jak on. Położyłem dłoń na jego policzku i czule
pocałowałem.
- Kocham cię. Tak bardzo kocham… Dziękuję –
wyszeptałem.
- Ja ciebie też.
Objął mnie
ramionami, przyciągając trochę bliżej, a nasze wargi znowu połączyły się w
miłosnym tańcu. Czułem się jak w pięknej, nierealnej bajce. Trwaliśmy tak dłuższy
czas, aż poczułem jak chłodny wiaterek łaskocze moją skórę, na którą wyskakuje
gęsia skóra. Zadrżałem. Ukochany od razu to wyczuł i ostatni raz liznął moją
dolną wargę. Sięgnął za mnie i wziął brzydki koc w czerwono-brązową kratkę. Przynajmniej
był ciepły o czym miałem okazję się przekonać, kiedy przykrył nas nim. Nadal
leżałem oparty o jego tors, jak wcześniej, tyle że przodem. Głaskał mnie po
włosach, a po chwili chwycił za wiosła i zaczął płynąć w stronę brzegu. Wsłuchałem
się w miarowe uderzenia drewna o wodę, bijące serce chłopaka… Zanim zdążyliśmy zacumować,
ja już spałem wtulony w blondyna z uśmiechem na ustach.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)