poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Testament - Rozdział 22.

Rozdział 22.
Dwa tygodnie później…
Tamtego dnia wypadały moje urodziny. Super, nie? Nie. Nic nie było super.
Siedziałem przy barze, chcąc zatopić smutki w alkoholu, skoro już znajomi zmusili mnie do przyjścia tam. Tylko nie potrafiłem. Gapiłem się na szklankę wypełnioną bursztynowym trunkiem z białą pianką, ale za cholerę nie potrafiłem zrobić nic innego niż tępo gapić się w bąbelki uciekające do góry. Wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie. Jeszcze tylko brakuje bandyty, który by wpadł do lokalu i zastrzelił mnie. Chociaż… to byłoby wybawieniem.
Ugh… Myśli zakrawające pod samobójcze? Co nieszczęśliwa miłość robi z człowiekiem…
W końcu postanowiłem się przemóc i wypić to do końca albo chociaż jeden łyk, no! Nie wiem, dlaczego nie potrafiłem. Wziąłem ją do ręki i…
 - Andrzej… Nie żeby coś, ale chyba jakiś facet się na ciebie gapi od dłuższego czasu. Chyba wpadłeś mu w oko – przerwał mi kumpel, Jack. Właściwie to Jacek, ale uparł się, że nie lubi tego imienia i mamy się tylko tak do niego zwracać.
 - Co ty wygadujesz! – wtrąciła się Wiola. – Nie widzisz, że to na mnie?
 - Nie. Może i jest jakiś kawałek od nas, ale wyraźnie widzę jak wlepia swoje niebieskie ślepia w naszego smutasa. Sam zobacz – wrócił się do mnie.
Jęknąłem niezadowolony i odwróciłem się, żeby wreszcie dali m święty spokój. Jakoś w to wątpiłem, ale jeśli istniała choć minimalna szansa, że zostawią mnie samego…
Przeleciałem wzrokiem po wszystkich ludziach, ale nagle mimowolnie zatrzymał się, kiedy nasze spojrzenia się spotkały. Z trudem przełknąłem ślinę i obserwowałem jak wstaje.
 - On tu idzie! – pisnęła koleżanka.
Stanął przede mną ze zniewalającym uśmiechem, a ja czułem na sobie wzrok pozostałej dwójki znajomych, którzy nie zdążyli się jeszcze upić i widzieli to.
Chciałem coś powiedzieć, ale głos uwiązł mi w gardle. Ten jakby nigdy nic pochylił się i mocno mnie pocałował. Trwało to bardzo krótką chwilę, ale ja miałem wrażenie, że wieczność. Usłyszałem pisk Wioli, a ja nadal siedziałem jak skamieniały.
 - Wszystkiego najlepszego! – powiedział szczerząc się jak głupi.
 - Co ty tu robisz…? – w końcu słabo spytałem.
 - Przyleciałem do ciebie i…
 - I TAK PO POROSTU TU SIEDZIAŁEŚ I GAPIŁEŚ SIĘ, JAK JA PRAWIE UMIERAM, MYŚLĄC, IŻ NIGDY WIĘCEJ CIĘ NIE ZOBACZĘ?!
Przeczesał palcami włosy i westchnął.
 - Dalej masz ten nawyk przerywania mi. Ciekawe, czy innym też… - spojrzał zaciekawiony na moich znajomych, ale nikt się nie odezwał. – Swoją drogą mówiłem ci, że wrócę, a ty zwątpiłeś we mnie? – spytał podirytowany. – Czy kiedykolwiek złamałem dane słowo, zostawiłem cię, czy coś? Nie.
Serce waliło mi jak szalone i nawet zacząłem się zastanawiać, czy to nie jest żadna fatamorgana.
 - Ty tu naprawdę stoisz? – spytałem głupio.
Zamrugał szybko, zaskoczony.
 - A ja myślałem, że nigdy nie usłyszę od ciebie głupiego pytania. Tak, skarbie, jestem tutaj i już nigdzie się nie wybieram bez ciebie.
Gapiłem się na niego, jak na ufoludka. W końcu odzyskałem zdolność ruchu. Pierwsze co zrobiłem to mocno wtuliłem w niego. Objął mnie mocno i zaczął gładzić po plecach.
 - Chodź, mam dla ciebie kilka ważnych informacji. Mogę? – spytał resztę.
 - T-tak, oczywiście – pierwszy odezwał się Jack.
 - Ty naprawdę istniejesz? Ty jesteś, aż taki przystojny? – spytała głupio koleżanka.
 - Tak i tak – odpowiedział.
 - Idziesz? – spytałem go i nie czekając na odpowiedź pociągnąłem w stronę wyjścia.
Pojechaliśmy do… naszego? mieszkania. Ledwo zamknęły się za nami drzwi, a my zaczęliśmy się zachłannie całować i w pośpiechu zrzucać ubrania, kierując się w stronę sypialni. Na rozmowy przyjdzie czas później. Kiedy już opadłem na materac, a Paweł znalazł się nade mną, zdążyliśmy pozbyć się wszystkich niepotrzebnych szmat. Tak bardzo go potrzebowałem…
 - Tęskniłem – wyszeptał do mojego ucha, błądząc po rozgrzanym ciele dłońmi.
 - Ja też. Bardzo. – Przyciągnąłem go do pocałunku.
Czułem, że już długo nie wytrzymam bez niego wypełniającego mnie od środka. Pragnąłem go, nie zważając na konsekwencje.
 - Paweł… - jęknąłem. – Proszę…
Ta wredna istota, jednak zamarła i nie zamierzała cokolwiek zrobić. Nagle jakby się ocucił i zaczął składać jeszcze więcej pocałunków i malinek na moim ciele. Zagryzłem rękę, żeby tylko nie wydać niepożądanego, kompromitującego dźwięku.
 - Ach… - w końcu musiałem ją zabrać, żeby coś powiedzieć. – Dlaczego taki jesteś… Mm… J-ja… chcę… - nie mogłem dokończyć, ale liczyłem, że się domyśli.
Na szczęście obeszło się bez wstydliwego tłumaczenia o co mi chodzi, gdyż poczułem, jak jeździć kciukiem po długości rowka, na chwile się zatrzymując i dociskając dziurkę. Ale nadal nic nie robił.
 - Dlaczego jesteś taki w-wredny?
Zaśmiał się i zaczął obwicie ślinić swoje palce.
Aż odetchnąłem, kiedy poczułem, że wreszcie zaczął mnie rozciągać i tylko czekałem, na coś większego, dłuższego… Z ulgą przyjąłem go w sobie. Tak bardzo za tym tęskniłem…
Już po wszystkim, przytulił mnie mocno.
 - Kocham cię – wyszeptał w moje włosy.
 - Ja ciebie też. Na jak długo wróciłeś?
 - Na zawsze. Postanowiłem rozwinąć firmę i otworzyć kolejny oddział w Polsce. Udało mi się przekonać zarząd do tego pomysłu i oto jestem. Już nigdzie bez ciebie się nie wybieram.
Chciałem coś powiedzieć, ale nie potrafiłem znaleźć odpowiednich słów. Zamiast tego mocno go pocałowałem.
To były najlepsze urodziny w moim życiu, mimo początkowego niewypału.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz