Rozdział
22.
Dwa
tygodnie później…
Tamtego
dnia wypadały moje urodziny. Super, nie? Nie. Nic nie było super.
Siedziałem
przy barze, chcąc zatopić smutki w alkoholu, skoro już znajomi zmusili mnie do
przyjścia tam. Tylko nie potrafiłem. Gapiłem się na szklankę wypełnioną
bursztynowym trunkiem z białą pianką, ale za cholerę nie potrafiłem zrobić nic
innego niż tępo gapić się w bąbelki uciekające do góry. Wszystko się
sprzysięgło przeciwko mnie. Jeszcze tylko brakuje bandyty, który by wpadł do
lokalu i zastrzelił mnie. Chociaż… to byłoby wybawieniem.
Ugh… Myśli zakrawające pod samobójcze? Co
nieszczęśliwa miłość robi z człowiekiem…
W końcu
postanowiłem się przemóc i wypić to do końca albo chociaż jeden łyk, no! Nie
wiem, dlaczego nie potrafiłem. Wziąłem ją do ręki i…
- Andrzej… Nie żeby coś, ale chyba jakiś facet
się na ciebie gapi od dłuższego czasu. Chyba wpadłeś mu w oko – przerwał mi
kumpel, Jack. Właściwie to Jacek, ale uparł się, że nie lubi tego imienia i
mamy się tylko tak do niego zwracać.
- Co ty wygadujesz! – wtrąciła się Wiola. –
Nie widzisz, że to na mnie?
- Nie. Może i jest jakiś kawałek od nas, ale
wyraźnie widzę jak wlepia swoje niebieskie ślepia w naszego smutasa. Sam zobacz
– wrócił się do mnie.
Jęknąłem
niezadowolony i odwróciłem się, żeby wreszcie dali m święty spokój. Jakoś w to
wątpiłem, ale jeśli istniała choć minimalna szansa, że zostawią mnie samego…
Przeleciałem
wzrokiem po wszystkich ludziach, ale nagle mimowolnie zatrzymał się, kiedy
nasze spojrzenia się spotkały. Z trudem przełknąłem ślinę i obserwowałem jak
wstaje.
- On tu idzie! – pisnęła koleżanka.
Stanął
przede mną ze zniewalającym uśmiechem, a ja czułem na sobie wzrok pozostałej
dwójki znajomych, którzy nie zdążyli się jeszcze upić i widzieli to.
Chciałem
coś powiedzieć, ale głos uwiązł mi w gardle. Ten jakby nigdy nic pochylił się i
mocno mnie pocałował. Trwało to bardzo krótką chwilę, ale ja miałem wrażenie,
że wieczność. Usłyszałem pisk Wioli, a ja nadal siedziałem jak skamieniały.
- Wszystkiego najlepszego! – powiedział
szczerząc się jak głupi.
- Co ty tu robisz…? – w końcu słabo spytałem.
- Przyleciałem do ciebie i…
- I TAK PO POROSTU TU SIEDZIAŁEŚ I GAPIŁEŚ
SIĘ, JAK JA PRAWIE UMIERAM, MYŚLĄC, IŻ NIGDY WIĘCEJ CIĘ NIE ZOBACZĘ?!
Przeczesał
palcami włosy i westchnął.
- Dalej masz ten nawyk przerywania mi.
Ciekawe, czy innym też… - spojrzał zaciekawiony na moich znajomych, ale nikt
się nie odezwał. – Swoją drogą mówiłem ci, że wrócę, a ty zwątpiłeś we mnie? –
spytał podirytowany. – Czy kiedykolwiek złamałem dane słowo, zostawiłem cię,
czy coś? Nie.
Serce
waliło mi jak szalone i nawet zacząłem się zastanawiać, czy to nie jest żadna
fatamorgana.
- Ty tu naprawdę stoisz? – spytałem głupio.
Zamrugał
szybko, zaskoczony.
- A ja myślałem, że nigdy nie usłyszę od
ciebie głupiego pytania. Tak, skarbie, jestem tutaj i już nigdzie się nie
wybieram bez ciebie.
Gapiłem się
na niego, jak na ufoludka. W końcu odzyskałem zdolność ruchu. Pierwsze co
zrobiłem to mocno wtuliłem w niego. Objął mnie mocno i zaczął gładzić po
plecach.
- Chodź, mam dla ciebie kilka ważnych
informacji. Mogę? – spytał resztę.
- T-tak, oczywiście – pierwszy odezwał się
Jack.
- Ty naprawdę istniejesz? Ty jesteś, aż taki
przystojny? – spytała głupio koleżanka.
- Tak i tak – odpowiedział.
- Idziesz? – spytałem go i nie czekając na
odpowiedź pociągnąłem w stronę wyjścia.
Pojechaliśmy
do… naszego? mieszkania. Ledwo zamknęły się za nami drzwi, a my zaczęliśmy się
zachłannie całować i w pośpiechu zrzucać ubrania, kierując się w stronę
sypialni. Na rozmowy przyjdzie czas później. Kiedy już opadłem na materac, a
Paweł znalazł się nade mną, zdążyliśmy pozbyć się wszystkich niepotrzebnych
szmat. Tak bardzo go potrzebowałem…
- Tęskniłem – wyszeptał do mojego ucha,
błądząc po rozgrzanym ciele dłońmi.
- Ja też. Bardzo. – Przyciągnąłem go do
pocałunku.
Czułem, że
już długo nie wytrzymam bez niego wypełniającego mnie od środka. Pragnąłem go,
nie zważając na konsekwencje.
- Paweł… - jęknąłem. – Proszę…
Ta wredna
istota, jednak zamarła i nie zamierzała cokolwiek zrobić. Nagle jakby się
ocucił i zaczął składać jeszcze więcej pocałunków i malinek na moim ciele.
Zagryzłem rękę, żeby tylko nie wydać niepożądanego, kompromitującego dźwięku.
- Ach… - w końcu musiałem ją zabrać, żeby coś
powiedzieć. – Dlaczego taki jesteś… Mm… J-ja… chcę… - nie mogłem dokończyć, ale
liczyłem, że się domyśli.
Na
szczęście obeszło się bez wstydliwego tłumaczenia o co mi chodzi, gdyż
poczułem, jak jeździć kciukiem po długości rowka, na chwile się zatrzymując i
dociskając dziurkę. Ale nadal nic nie robił.
- Dlaczego jesteś taki w-wredny?
Zaśmiał się
i zaczął obwicie ślinić swoje palce.
Aż
odetchnąłem, kiedy poczułem, że wreszcie zaczął mnie rozciągać i tylko
czekałem, na coś większego, dłuższego… Z ulgą przyjąłem go w sobie. Tak bardzo
za tym tęskniłem…
Już po
wszystkim, przytulił mnie mocno.
- Kocham cię – wyszeptał w moje włosy.
- Ja ciebie też. Na jak długo wróciłeś?
- Na zawsze. Postanowiłem rozwinąć firmę i
otworzyć kolejny oddział w Polsce. Udało mi się przekonać zarząd do tego
pomysłu i oto jestem. Już nigdzie bez ciebie się nie wybieram.
Chciałem
coś powiedzieć, ale nie potrafiłem znaleźć odpowiednich słów. Zamiast tego
mocno go pocałowałem.
To były
najlepsze urodziny w moim życiu, mimo początkowego niewypału.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz