Rozdział 4.
Tydzień później…
Przywiozłem Wiki ze szkoły tańca.
Poszedłem do kuchni, gdzie Ania gotowała obiad i pocałowałem ją w policzek na
przywitanie, przy okazji przytulając od tyłu.
- Cześć, kochanie! Skoro już jesteś to
przyprowadź Krzyśka i Łukasza. Są w jego pokoju.
Uniosłem brew do góry, zaskoczony.
- Łukasz tu jest?
- Tak, a teraz leć, bo już podaję.
Wreszcie mogłem poznać obiekt
westchnień młodego. Zapukałem uprzednio i wszedłem do środa. Tego co tam
zastałem zdecydowanie się nie spodziewałem – brunet siedział okrakiem na
kolanach jakiegoś blondyna o bladej cerze. Był też zdecydowanie bardziej
umięśniony, choć nie przesadzone, a przynajmniej patrząc na jego ręce ciasno oplatające
Krzyśka. Natychmiast oderwali swoje usta od siebie i spojrzeli na mnie.
- Em… Przepraszam. Bardzo. Chciałem tylko
powiedzieć, że obiad już czeka i… - Było mi tak cholernie wstyd!
- To nie tak! – Gość natychmiast zepchnął tego
drugiego. – To może tak wyglądało, ale nie jestem pedałem. My tylko… -
przerwało mu uderzenie w policzek.
Długowłosy patrzył na niego z takim gniewem
i żalem jakiego już dawno nie widziałem.
- Jakie, kurwa, to nie tak?! – wydarł się na niego.
Szczerze mówiąc to sam miałem ochotę
mu przywalić.
Łukasz zaskoczony gapił się na
kolegę, przeniósł wzrok na mnie, a później uciekł. Brunet upadł na kolana na
podłogę i zaczął szlochać. Chciałem go przytulić, pocieszyć, ale w pierwszej
kolejności pobiegłem za gościem, licząc że jeszcze będzie gdzieś w pobliżu. Na
szczęście zastałem go na schodach przed domem. Siedział z głową schowaną w
ramionach. Ulokowałem swoje cztery litery
obok niego i westchnąłem ciężko.
- Co się stało? – spytałem spokojnie.
Podniósł na mnie zagubiony wzrok.
- Przepraszam.
- To chyba nie do mnie powinieneś kierować te
słowa, co? Przecież nie mam nic przeciwko, a nawet jakbym miał to chyba chłopak
jest ważniejszy od obcego, starszego faceta, hm?
Bałem się, że zaraz zacznie płakać,
ale na szczęście obyło się bez tego. Nie jestem mistrzem w pocieszaniu. Oparł
głowę o moje ramie, co mnie zaskoczyło, ale pozwoliłem mu tak siedzieć.
- Raczej BYŁEGO chłopaka. Ledwo wczoraj
zaczęliśmy ze sobą chodzić, a dziś… On mnie nienawidzi.
Wyglądał żałośnie zrezygnowany bawiąc
się i wyłamując swoje palce. Objąłem go i pogłaskałem po czuprynie.
- Kochasz go? Tylko zastanów się nad odpowiedzią.
Spojrzał mi w oczy i bez wahania
odparł:
- Tak. Bardzo.
- Mimo to nie jest dla ciebie najważniejszy?
Zdanie obcych jest ważniejsze? W ogóle wyglądałem jakbym miał ochotę was zabić?
Zaczął niebezpiecznie drżeć i po
chwili z jego oczu zaczęły płynąć łzy. Nie tego chciałem, ale liczyłem że może
w kocu otworzy oczy. Nie może tak się ciągle zachowywać, nie może tak ranić
swojego chłopaka, na którym nawiasem mówiąc mi zależy, jakby to był to mój
prawdziwy syn.
- Przestraszyłem się. Nie chcę, żeby cierpiał.
Wiem, że się okropnie zachowałem. Nigdy nie miałem chłopaka, a wiem jak
traktują takie związki i… sam nie wiem. Ale jestem pewny, że go potrzebuję.
Kocham. Przepraszam na moment, muszę z nim pogadać. Najwyżej znowu oberwę w
mordę, ale przynajmniej spróbuję, może… Eh…
- Trzymam kciuki. – Uśmiechnąłem się i
ścisnąłem dłonie w pięści.
Odwróciłem się i ujrzałem stojącego w
drzwiach Krzyśka. Oczy miał opuchnięte, czarna kredka rozmazana spływała po
jego policzkach, podpierał futrynę, wpatrując się w Łukasza. Bez słowa
zrobił dodatkowe dwa kroki i mocno go przytulił.
- Nigdy więcej tak nie rób – wyszeptał, tak że
prawie nie usłyszałem.
Wstałem, otrzepałem spodnie i cicho
wróciłem do środka, dając im odrobinę prywatności. Usiadłem przy stole obok
Ani, naprzeciwko Wiktorii i Kubusia.
- A gdzie chłopcy? – spytała. – I co to był za
hałas?
Machnąłem ręką.
- Później ci wyjaśnią. Zaraz powinni przyjść.
Wzruszyła ramionami, nie zadając
więcej pytań. Na szczęście zawsze wiedziała, kiedy nie chciałem o czymś
rozmawiać i nie męczyła mnie. Bywały wyjątki i nie dawała spokoju, ale rzadko.
Po kilku, może kilkunastu minutach
wrócili. Zauważyłem, że Krzysiek już poprawił makijaż, wyglądał na
szczęśliwego, a do tego trzymał swojego chłopaka za rękę i tak wszedł do
jadalni. Mignęło mi, że Wiki intensywnie patrzyła na ich złączone dłonie, ale
bynajmniej nie wyglądała jakby miała coś przeciwko. Usiedli obok nas. Brunet
wręcz promieniał, tylko Łukasz wyglądał na niepewnego.
- Jakby jeszcze nikt nie zauważył, chodzimy
razem – poinformował wszystkich, a blondyn jedynie nieśmiało skinął głową.
- Gratuluję – powiedziałem, posyłając karcące
spojrzenie drugiemu z nastolatków.
- Super! – moja żona bardzo się ucieszyła. –
Szczęścia, chłopcy.
- Fajnie. – Córcia uśmiechnęła się szeroko.
Tylko Kuba nie zareagował, skupiony
na plastikowym samochodziku, który wydawał mu się bardziej interesujący.
- Nie mają państwo nic przeciwko? – A ten swoje…
- Łukasz, nie mam ochoty przypominać ci naszej
rozmowy. Wszyscy akceptujemy wasz związek. Przecież to nie jest nic
nadzwyczajnego, dwójka chłopaków razem. Homoseksualizm był już za czasów
starożytności, nawet u dzikich zwierząt się zdarza.
Opuścił wzrok.
- Wiem, wiem. Przepraszam.
- Jaka rozmowa? – spytała Anka.
Pocałowałem ją w policzek i
uśmiechnąłem do niej.
- Było minęło. Może zaczniemy już jeść?
Moja propozycja bardzo przypadła do
gustu wszystkim znajdującym się w pomieszczeniu i wreszcie mogłem napełnić swój
żołądek.
- Ale za to przeszkodzenie nam jeszcze ci się
oberwie – usłyszałem przy uchu, kiedy Krzysiek wstał po talerz z ciastem
drożdżowym, który Ania zapomniała przynieść.
Uśmiechnąłem się pod nosem, jakiś
taki szczęśliwy. Ale kto by nie był mając taką cudowną rodzinę?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz