czwartek, 25 sierpnia 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 11.

Rozdział 11.
Zaspany przetarłem oczy. Mojego dziwoląga już nie było w łóżku, ale co się dziwić? Toż to ranny ptaszek… w odróżnieniu do mnie. Przeciągnąłem się i przeczesałem rozpuszczone w nocy przez Marka włosy. Zauważyłem, że lubi je przeczesywać i mierzwić, w trakcie pocałunków. Wstałem i z nowym, czystym ubraniem poszedłem do łazienki się umyć, gdyż ubiegłej nocy nie miałem już siły tego robić. Odświeżony zszedłem na dół i pocałowałem narzeczonego w policzek, szepcąc mu, że musimy później porozmawiać. Przy okazji ukradłem kanapkę i zasiadłem z resztą przy stole.
 - Ani się waż tak więcej robić – pogroził mi i wyrwał książkę z rąk Wiktorii by mnie nią uderzyć w głowę.
 - Hej! Za coś takiego mnie bijesz? No wiesz co?
Posłał mi całusa w powietrzu i również usiadł.
Takie codzienne rodzinne poranki – do których zawsze dołączałem ostatni – były bardzo przyjemne. Prawie zawsze kończyły się małą sprzeczką, ale co z tego skoro po godzinie wszyscy się kochali i miłowali nad życie?
Kiedy dzieciarnia ulotniła się do swoich pokoi, mogłem w spokoju porozmawiać z Markiem. Odsunął moje krzesło i usiadł na mnie okrakiem. Zauważyłem, że bardzo lubi w taki sposób ze mną rozmawiać.
 - O co chodzi? – spytał, wyplątując z mojego kucyka jedno pasmo i bawiąc się nim.
 - Wiki ma za parę dni urodziny. Przejdziesz się ze mną wybrać jakiś prezent dla niej?
 - Oczywiście! – powiedział uradowany. No tak… to zakupy!
 - Nie dla ciebie tylko dla mojej córki – przypomniałem.
Wywrócił oczami.
 - Wiem, wiem. Ale to nie przeszkadza w…
 - Przeszkadza – uciąłem.
Zrobił smutna minkę i spojrzał na mnie tymi swoimi wielkimi paczałkami. Westchnąłem i pocałowałem go w czoło.
 - Niech ci będzie.
 - Jej! – krzyknął szczęśliwy. – Spokojnie, najpierw najważniejsze, jestem odpowiedzialny.
 - Może przy okazji wstąpię w końcu do fryzjera…
 - Nie ścinaj ich – zaprotestował. – Lubię je.
Przyjrzałem mu się sceptycznie. Wiedziałem o tym, ale jakoś… sam nie wiem czemu chciałem się pozbyć tych długich kłaków.
 - Zastanowię się.
Pocałował mnie i uśmiechnął się szeroko.
 - Przecież nie mówiłem, że się zgadzam – oburzyłem się.
 - Tak, tak… To kiedy chcesz iść?
 - Dzisiaj, może po obiedzie, jak pojedzie na trening?
Skinął głową i zszedł ze mnie. Po namyśle nachylił się i przejechał dłonią po moim rozporku, szepcąc:
 - A wczoraj byłeś zajebisty.
Przełknąłem głośno ślinę, a młodszy wyszedł.
 - Tylko? – spytałem, udając rozbawianie. W rzeczywistości chciałem tam za nim pobiec i wziąć go na tym co będzie w pobliżu.
Policzyłem do dziesięciu, próbując się ogarnąć.

Popołudniu zawieźliśmy moja córcię na zajęcia i pod razu ruszyliśmy w stronę centrum handlowego. Zaparkowałem i weszliśmy do środka.
 - OK… A teraz mi pomożesz, bo nie wiem, co… Słuchaj mnie! – upomniałem go, kiedy widziałem jak zagląda w stronę CCC.
 Wywrócił oczami. Rozejrzał się po otoczeniu i wzruszył ramionami.
 - Buty.
 - Nie dla ciebie.
 - Wiem, ale ostatnio ma fazę na trampki. Różna firma, różne kolory… Ma już ich w domu z cztery pary.
W tamtym momencie odkryłem, że nie znam swojej własnej córki.
Skinąłem głową i ruszyliśmy w stronę wyżej wymienionego sklepu, tym razem już nie interesując się rzeczami dla ukochanego. Po piętnastu minutach dyskusji w końcu wybraliśmy takie, które wyglądają jak z dżinsu z suwakiem z boku. Wstąpiliśmy jeszcze po dużą czekoladę z bakaliami, jej ulubioną. Ciągle ćwiczyła, więc spokojnie mogła żreć słodycze, a i tak była szczupła.
No a na koniec ruszyliśmy na godzinne poszukiwanie nowych ciuchów dla Marka, ale skończyło się na dwóch bransoletkach… damskich, ale jemu najwyraźniej to nie przeszkadzało. Były to poplątane sznureczki połączone jasną tabliczką z napisem. Jedna była granatowa z wygrawerowanym HOPE, a druga zielona z HAPPY. Wahał się nad jeszcze jedną, różową (tak, różową. Cytując Marka – problem?! To moje nadgarstki) z SMILE, ale była ostatnia i rozproszony jakimiś butami, których i tak nie wziął, nie zauważył, że ktoś mu ją podwędził.
Częściowo zadowolony, pozwolił mi odsapnąć w kafejce. Popijaliśmy kawę, jedząc ciasto czekoladowe.
 - Tyle chodzenia dla tego – wskazałem na zdobiące jego oba przeguby bransoletki.
 - Nie podobają ci się?
 - Podobają, ale jestem wykończony – westchnąłem.
Zrobił smutą minkę, lecz zaraz na jego twarz wkradł się przebiegły uśmieszek.
 - W domu ci to wynagrodzę.
Nie potrafiłem przekonać kącików moich ust, że mają pozostać na swoim miejscu.
 - Jesteś strasznie niewyżyty.  
Zagryzł dolną wargę, a następnie upił kolejny łyk czarnego napoju bogów.
 - Skąd wiesz o co mi chodzi? – spytał niewinnie.
 - Bo cię znam, aż za dobrze. – Puściłem mu oczko.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz