Rozdział
11.
Zaspany
przetarłem oczy. Mojego dziwoląga już nie było w łóżku, ale co się dziwić? Toż
to ranny ptaszek… w odróżnieniu do mnie. Przeciągnąłem się i przeczesałem
rozpuszczone w nocy przez Marka włosy. Zauważyłem, że lubi je przeczesywać i
mierzwić, w trakcie pocałunków. Wstałem i z nowym, czystym ubraniem poszedłem
do łazienki się umyć, gdyż ubiegłej nocy nie miałem już siły tego robić.
Odświeżony zszedłem na dół i pocałowałem narzeczonego w policzek, szepcąc mu,
że musimy później porozmawiać. Przy okazji ukradłem kanapkę i zasiadłem z
resztą przy stole.
- Ani się waż tak więcej robić – pogroził mi i
wyrwał książkę z rąk Wiktorii by mnie nią uderzyć w głowę.
- Hej! Za coś takiego mnie bijesz? No wiesz
co?
Posłał mi
całusa w powietrzu i również usiadł.
Takie
codzienne rodzinne poranki – do których zawsze dołączałem ostatni – były bardzo
przyjemne. Prawie zawsze kończyły się małą sprzeczką, ale co z tego skoro po
godzinie wszyscy się kochali i miłowali nad życie?
Kiedy
dzieciarnia ulotniła się do swoich pokoi, mogłem w spokoju porozmawiać z Markiem.
Odsunął moje krzesło i usiadł na mnie okrakiem. Zauważyłem, że bardzo lubi w
taki sposób ze mną rozmawiać.
- O co chodzi? – spytał, wyplątując z mojego
kucyka jedno pasmo i bawiąc się nim.
- Wiki ma za parę dni urodziny. Przejdziesz
się ze mną wybrać jakiś prezent dla niej?
- Oczywiście! – powiedział uradowany. No tak…
to zakupy!
- Nie dla ciebie tylko dla mojej córki –
przypomniałem.
Wywrócił
oczami.
- Wiem, wiem. Ale to nie przeszkadza w…
- Przeszkadza – uciąłem.
Zrobił
smutna minkę i spojrzał na mnie tymi swoimi wielkimi paczałkami. Westchnąłem i
pocałowałem go w czoło.
- Niech ci będzie.
- Jej! – krzyknął szczęśliwy. – Spokojnie,
najpierw najważniejsze, jestem odpowiedzialny.
- Może przy okazji wstąpię w końcu do
fryzjera…
- Nie ścinaj ich – zaprotestował. – Lubię je.
Przyjrzałem
mu się sceptycznie. Wiedziałem o tym, ale jakoś… sam nie wiem czemu chciałem
się pozbyć tych długich kłaków.
- Zastanowię się.
Pocałował
mnie i uśmiechnął się szeroko.
- Przecież nie mówiłem, że się zgadzam –
oburzyłem się.
- Tak, tak… To kiedy chcesz iść?
- Dzisiaj, może po obiedzie, jak pojedzie na
trening?
Skinął
głową i zszedł ze mnie. Po namyśle nachylił się i przejechał dłonią po moim
rozporku, szepcąc:
- A wczoraj byłeś zajebisty.
Przełknąłem
głośno ślinę, a młodszy wyszedł.
- Tylko? – spytałem, udając rozbawianie. W
rzeczywistości chciałem tam za nim pobiec i wziąć go na tym co będzie w
pobliżu.
Policzyłem
do dziesięciu, próbując się ogarnąć.
Popołudniu
zawieźliśmy moja córcię na zajęcia i pod razu ruszyliśmy w stronę centrum
handlowego. Zaparkowałem i weszliśmy do środka.
- OK… A teraz mi pomożesz, bo nie wiem, co…
Słuchaj mnie! – upomniałem go, kiedy widziałem jak zagląda w stronę CCC.
Wywrócił oczami. Rozejrzał się po otoczeniu i
wzruszył ramionami.
- Buty.
- Nie dla ciebie.
- Wiem, ale ostatnio ma fazę na trampki. Różna
firma, różne kolory… Ma już ich w domu z cztery pary.
W tamtym
momencie odkryłem, że nie znam swojej własnej córki.
Skinąłem
głową i ruszyliśmy w stronę wyżej wymienionego sklepu, tym razem już nie
interesując się rzeczami dla ukochanego. Po piętnastu minutach dyskusji w końcu
wybraliśmy takie, które wyglądają jak z dżinsu z suwakiem z boku. Wstąpiliśmy
jeszcze po dużą czekoladę z bakaliami, jej ulubioną. Ciągle ćwiczyła, więc
spokojnie mogła żreć słodycze, a i tak była szczupła.
No a na
koniec ruszyliśmy na godzinne poszukiwanie nowych ciuchów dla Marka, ale
skończyło się na dwóch bransoletkach… damskich, ale jemu najwyraźniej to nie
przeszkadzało. Były to poplątane sznureczki połączone jasną tabliczką z
napisem. Jedna była granatowa z wygrawerowanym HOPE, a druga zielona z HAPPY.
Wahał się nad jeszcze jedną, różową (tak, różową. Cytując Marka – problem?! To moje nadgarstki) z SMILE, ale była ostatnia i rozproszony
jakimiś butami, których i tak nie wziął, nie zauważył, że ktoś mu ją podwędził.
Częściowo
zadowolony, pozwolił mi odsapnąć w kafejce. Popijaliśmy kawę, jedząc ciasto
czekoladowe.
- Tyle chodzenia dla tego – wskazałem na zdobiące jego oba przeguby bransoletki.
- Nie podobają ci się?
- Podobają, ale jestem wykończony –
westchnąłem.
Zrobił
smutą minkę, lecz zaraz na jego twarz wkradł się przebiegły uśmieszek.
- W domu ci to wynagrodzę.
Nie
potrafiłem przekonać kącików moich ust, że mają pozostać na swoim miejscu.
- Jesteś strasznie niewyżyty.
Zagryzł
dolną wargę, a następnie upił kolejny łyk czarnego napoju bogów.
- Skąd wiesz o co mi chodzi? – spytał
niewinnie.
- Bo cię znam, aż za dobrze. – Puściłem mu
oczko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz