Rozdział 1.
Dziewiętnaście lat później…
Wróciłem z męczony z pracy.
Byłem nauczycielem języka polskiego w
pobliskim gimnazjum. Może kiedyś nie rozumiałem, jak można mieć tak nudny i znienawidzony zawód, ale pod
koniec liceum coś się we mnie zmieniło, od kiedy zacząłem uczyć moją, jeszcze
wtedy, przyjaciółkę, a po latach żonę. Naprawdę czułem się szczęśliwy próbując
wbić wiedzę do tych młodych mózgów, które myślały o wszystkim tylko nie o
nauce.
Zobaczyłem na podjeździe samochód
Ani. Uśmiechnąłem się wiedząc, że dzieci, piętnastoletniej Wiktorii oraz
pięcioletniego Kuby, nie ma w domu. Zapowiadało się miłe popołudnie tylko we
dwoje. Ruszyłem w stronę jasnożółtego jednopiętrowego domu z czerwonym dachem,
otoczonego niewielkim placem z dwoma huśtawkami, jabłonią, ławą oraz stołem.
Wśród zielonej trawy przebijał się biały kolor stokrotek, a miejscami rosły
rabaty pełne różnokolorowych kwiatów.
Nacisnąłem klamkę dębowych drzwi i
cicho wszedłem do środka. Zdjąłem buty i odwiesiłem marynarkę. Kwiecień nie
żałował w zmianach pogody, więc musiałem mieć coś przy sobie w razie, gdyby
jednak słońcu odwidziało się grzanie i dwadzieścia stopni zmieniło się na
dziesięć.
Usłyszałem dwa głosy, żony oraz
jakiegoś chłopaka. Wiedziałem czyj… tak jakby. Od kilku tygodni ukochana
spotykał się potajemne z kimś. Na pewno nie byli kochankami. Kochaliśmy się, a
poza tym on mógł mieć max dziewiętnaście lat. Nic o nim nie wspomniała. Bolało.
Zakradłem się do kuchni, skąd
dobiegał dźwięk. Oparłem się o framugę z
założonymi rękami na piersi. Moja żona – szczupła, drobna blondynka, której
dłuższe pasma włosów sięgały pasa, mimo upięcia ich w kucyk. Ciągle stroiła się
w zwiewne sukienki, które jedynie zimą zamieniał na cieplejsze i grubsze. Jej
śmiech był zaraźliwy. To ona wyciągnęła mnie z dołka po… rozstaniu z Markiem.
Długo nie mogłem po tym dojść do siebie, ale o tym nie teraz. – stała tyłem, a
gość siedział na parapecie z kubkiem w dłoniach. Był bardzo szczupły, ale
wyglądał na wysokiego. Miał ciemne, długie trochę za ramiona włosy i delikatne
rysy twarzy. Ubrany był w czarne rurki z dziurami, glany, koszulkę na
ramiączkach, która praktyczne na nim wisiała również tego koloru z czerwonym
napisem fuck you z białym
obramowaniem. Na nadgarstku miał brązowy rzemyczek z jakąś zawieszką. Jego
błękitne oczy, obrysowane delikatnie czarnym kolorem, przypominające lód wlepione były we mnie.
Gdyby mógł to by mnie zasztyletował samym wzrokiem.
Moja żona widząc to odwróciła się
zaskoczona. Przerażenie wymalowane na jej oczach – wyglądających identycznie
jak młodego – było zaskakujące i raniące. Nie ufa mi.
- Marcin? – ostrożnie spytała. – Co ty tu
robisz.
Westchnąłem i przeniosłem ciężar
ciała z jednej nogi na drugą.
- Mieszam. Chyba przyszła pora na
przedstawienie mi tegoż młodzieńca, z którym ostatnio się widujesz, choć
twierdzisz, że siedziałaś sama w domu, czy byłaś na kawie z koleżankami? Żeby
nie było, nie śledzę cię. Przypadkiem wpadamy na siebie, ale jak widzę znowu
was razem to jedynie odchodzę zastanawiając się, co tym razem wymyślisz.
- Wiedziałeś. – Pobladła. – To nie tak… Nie
wiedziałam, jak ci powiedzieć i… Przepraszam.
Po kilku sekundach zastanowienia
podszedłem do bruneta. Wyciągnąłem rękę, przedstawiając się:
- Marcin Gałązka. Mąż tej pięknej damy. A ty
jesteś…?
Z niechęcia uścisnął ją, chłodno na
mnie patrząc.
- Krzysztof Jarecki. Może sama mnie
przedstawisz? – zwrócił się do kobiety.
- Och, tak… Kochanie, to jest… mój syn. –
Zdziwiłem się, ale pozwoliłem jej kontynuować. – Miałam szesnaście lat, kiedy
poznałam Igora. Był ode mnie starszy kilka lat, romantyczny, bogaty… zakochałam
się. Straciłam z nim dziewictwo; było cudownie, ale… nie zabezpieczyliśmy się,
zaszłam w ciążę. Byliśmy zagubieni. Jego rodzice zadecydowali za nas – dziecko
zostaje z nimi, a ja nie mam żadnych praw. Kiedy rodziłam miałam siedemnaście
lat, nie myślałam. Podobno ojciec opowiadał Krzyśkowi o mnie. Niestety
zachorował; nowotwór. Nie dogaduje się z dziadkami, którzy inaczej wyobrażaj
sobie jego osobę, jak i przyszłość jedynego wnuka. Postanowił mnie odnaleźć i
tak oto dochodzimy do tego momentu. Przepraszam, że nic ci nie powiedziałam.
Bałam się twojej reakcji.
Przetarłem załamany twarz dłonią.
- Przecież jestem twoim mężem. Kocham cię i
liczyłem na trochę większą wiarę we mnie.
- Przepraszam – powtórzyła.
Westchnąłem i przyciągnąłem ją do
siebie, by zamknąć w swoich ramionach. Przy okazji uśmiechnąłem się do
chłopaka.
- Miło mi cię poznać.
- Zobaczymy – odparł chłodno.
- Synu – upomniała go Anka, wyplątując się z
moich ramion.
- Nie zapomniałaś o czymś? – spytał,
przekrzywiając głowę.
Jej mina wyraźnie zrzedła. Spojrzała
na mnie swoimi pięknymi oczami, zbierając się na odwagę, by powiedzieć coś
jeszcze.
- Czy mógłby z nami zamieszkać?
Zaskoczony zamrugałem kilka razy
powiekami, ale w końcu nachyliłem się i delikatnie pocałowałem w usta.
- Mówisz, że miałaś siedemnaście lat… Czyli
teraz masz osiemnaście? – ostatnie słowa skierowałem w stronę bruneta.
Skinął głową.
Westchnąłem i uśmiechnąłem do niego.
- Witaj w domu.
Moja żona słysząc te słowa
zapiszczała i przytuliła mnie mocno.
- Masz mnie za takiego potwora? – spytałem
niby oburzony.
Pokiwała przecząco głową, z wielkim
uśmiechem. Cmoknąłem ją w nos i odwróciłem się w stronę gościa.
- Kiedy zamierzasz się wprowadzić?
- Mogę nawet już.
Zaskoczyła mnie jego odpowiedź, ale
mimo to skinąłem głową.
- Potrzebujesz pomocy?
- Dam radę. – Zeskoczył z blatu. –
Spodziewajcie się mnie jeszcze dzisiaj wieczorem.
Uniósł rękę na do widzenia i wyszedł. Już miałem zwrócić się do żony, kiedy
ponownie w drzwiach ujrzałem nieprzychylnie patrzące na mnie oczy oraz ich
właściciela.
- Mogę pożyczyć furę? – spytał trzymając w
ręce kluczyli do mojego samochodu.
Westchnąłem i niepewnie skinąłem
głową.
- Tylko go nie uszkodź.
- Jasne, jasne… - mruknął i znowu się ulotnił.
Patrzyłem w pustą przestrzeń, ale w
końcu przeniosłem wzrok na złotowłosą kobietę. Wziąłem w palce pasmo, które
wydostało się z kucyka i zacząłem się nim bawić.
- Chyba będzie interesująco – stwierdziłem. –
Dzieci już wiedzą?
Pokręciła przecząco głową.
- Jak pojadę po Wiktorię, a ma dzisiaj trening
do 1800 to jej powiem. W drodze powrotnej wpadnę po Kubusia. Jest u
moich rodziców.
Aa… Bo zapomniałam się pochwalić, że
moja córeczka tańczy w zespole hip-hopowym. Jest tam głównym tancerzem!
- Wiem, wiem. – Pocałowałem ją w czubek głowy
i zaciągnąłem się zapachem jej włosów. Pachniała jak bukiet kwiatów. – Kocham
cię.
- Ja ciebie też – powiedziała z radosnymi
ognikami tańczącymi w jej oczach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz