Rozdział
12.
Parę dni
później…
Tamtego
dnia wypadały urodziny Wiktorii. Co rok Anka piekła jej ulubiony tort –
czekoladowy z bitą śmietaną, wiśniami i jeszcze większą ilością czekolady. Na
piętnaste, szesnaste i wszystkie kolejne już nie miała jak, ale ja postanowiłem
zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby upiec odpowiednie ciasto. W zasadzie to
rzadko piekłem desery, więc nie miałem
wprawy, ale liczyłem, że mimo wszystko poradzę sobie. Tylko PEWNA OSOBA
postanowiła mi to utrudnić.
- Marcin… Mogę trochę tej śmietanki? – spytał.
- Mhm… TROCHĘ.
Stanął za
mną i ulokował dłonie po moich bokach, powoli sunąc nimi w dół. Wstrzymałem
oddech. Dopiero, kiedy zaczął głaskać mnie po brzuchu, zaraz nad spodniami,
odwróciłem się.
- Takiej na pewno nie dostaniesz – odparłem
kategorycznie.
Zrobił
smutną minkę i nieśmiało pocałował. Już ja wiedziałem jaki on bywa niewinny.
- Nie - powtórzyłem z westchnieniem.
- Ciasto nie zając, nie ucieknie.
- Ty też. – Objąłem go w pasie.
Położył
dłonie na mojej klacie, przekrzywiając lekko głowę.
- Jesteś pewny?
- Mhm… - zamruczałem mu do ucha. – Zajmij się
czymś, nie wiem zrób próbę na występ, czy coś.
Tak,
narzeczony miał śpiewać na imprezie mojej biednej córci. Śpiewał pięknie, to
fakt, ale… To Marek, no! Ale OK, poprosiła go o to, zgodził się, więc pozostaje
mi się tylko modlić o biedne duszyczki uczestników przyjęcia.
Westchnął
zrezygnowany i usiadł na blacie.
- To ci potowarzyszę.
Wzruszyłem
ramionami i powróciłem do pieczenia. Co prawda Marek to nadal dziecko uwięzione
w ciele dorosłego mężczyzny… znaczy kosmity, i musiał co chwilę podjadać.
O
szesnastej wszystko było gotowe i tylko czekaliśmy na Wiktorię oraz jej
znajomych. Tort i przekąski na stole, prezenty ustawione obok, dużo wolnego
miejsca dla żywiołowego Marka. Jego koncert miał trwać godzinę, a później
chcieli wybrać się do Aquaparku, gdzie miał ich zawieść znajomy mojego
narzeczonego i odwieźć, a pieczę nad opieką nad nastolatkami powierzyłem
Krzyśkowi. Uznałem, że dziewiętnastolatek będzie lepszym pomysłem niż stary
ojciec… jeśli to jest kiedy trzeba, odpowiedzialny, gej zakochany w swoim
chłopaku na zabój. Dodatkowo Kubuś pojechał do dziadków, rodziców Ani.
- Już od trochę ponad roku nie występowałem –
wyznał ukochany – chyba trochę się denerwuję.
- Chyba? To nie wiesz?
- Może zostaniesz? Chociaż w tle, tylko posłuchać.
Będzie mi raźniej.
Ucałowałem
jego skroń, rozczulając się nad jego uroczością*… o ile w ogóle istnieje takie
słowo.
- Wiesz, że śpiewasz pięknie, ale jeśli chcesz
to z chęcią zostanę i posłucham twojego pięknego głosu. To chyba jedna z moich
ulubionych czynności.
Delikatny
rumieniec wkradł się na tą śliczną twarzyczkę.
Stałem jak
urzeczony, patrząc na mojego ukochanego, wykonującego piosenkę Alone.
Głos był
czysty bez żadnych ozdobników, muzyka wpadająca w ucho, wesoła i chyba gdybym
nie poszukał w Internecie tłumaczenia to bym nie domyślił się jak
głębokie zawierały testy. Mówiły o nadziei, zdradzie, szczęściu, bólu… każda
zawierała inny problem, czy uczucie. Dodatkowo wiedziałem jak osobiste to były
testy, prosto z życia ich autora i wykonawcy w jednym. On miał prawdziwy
talent, nic dziwnego że był popularny. Nadal się dziwię, że ludzie zaczepiają
go średnio zaledwie raz dziennie. Nigdy nie narzekał, tylko zatrzymywał się,
pstrykał kilka zdjęć, rozmawiał przez chwilę, w zależności od posiadanego
czasu. Miał wredny charakterek, to się nigdy nie zmieniło, ale ludzie to chyba
w nim kochali – nie dostosowywał się do otoczenia, był po prostu sobą.
Po godzinie
i pięciu minutach na bis, z uśmiechem pożegnał oczarowaną nim widownię. W tym
czasie Krzysiek zatarł ręce podekscytowany perspektywą wyjścia do Aquaparku i popędził
po telefon, żeby zadzwonić do Grubego.
Kiedy
wszyscy pojechali postanowiłem wykorzystać wolny czas na posprzątanie po
gościach. Chodziłem z salonu do kuchni i z powrotem. Wraz z zabraniem ostatniej
partii talerzyków po cieście, w końcu przeniosłem wzrok na mojego narzeczonego,
zainteresowany co ten przez cały czas robił. Siedział. Po prostu siedział!
- Marek… - zacząłem, ale nie dane mi było
dokończyć.
Wstał i
zaczął cicho nucić pod nosem. Po chwili z jego ust wydobyły się słowa piosenki.
Nigdy jej nie słyszałem. Mimo początkowego zamiaru opieprzenia go za lenistwo,
tylko stałem i gapiłem się na miłość mojego życia. Powoli podszedł, patrząc mi
głęboko w oczy, nie przerywając śpiewania, a z moich rąk wypadły wszystkie
talerze. Kiedy już stanął tak blisko, że
prawie stykaliśmy się klatami, na jego twarz wkradł się uwodzicielski uśmiech.
Jedną dłoń położył na moim policzku, a nogą oplótł moje biodro. Przechylił
głowę i przerwał śpiewanie, aby móc mnie pocałować, ale nim zdążyłem jakkolwiek
zareagować odsunął się. Wycofał się parę kroków, idąc tyłem. Zagryzł na moment
wargę, nucąc tą samą melodię. Odchylił głowę na bok, przejeżdżając dłonią po
swojej bladej szyi i sunąc nią dalej w dół. Przełknąłem głośno ślinę, gdy
odwrócił się i schylił do laptop, leżącego na podłodze, by puścić jakąś
piosenkę… nadającą tamtemu momentowi jeszcze bardziej intymny nastrój. Powoli
się wyprostował i odwrócił głowę w moją stronę. Przeczesał swoje krótkie włosy
palcami z zadziornym uśmiechem. Zaczął tańczyć w rytm melodii, co chwilę
ocierając się o siebie, kręcąc biodrami, czy robiąc inne prowokujące pozy.
A ja… A ja
nie potrafiłem się ogarnąć, tylko stałem z tymi talerzami pod nogami, erekcją
w spodniach, gapiąc się na niego.
Z czasem
jego bluzka wylądowała gdzieś koło stolika, a ja dopiero wtedy się ocknąłem i
podszedłem do niego. Jednak ledwo udało mi się musnąć te słodkie wargi,
zostałem odepchnięty na kanapę.
- A, a, a! – Pogroził mi palcem. – Nie
dotykamy. Patrzymy.
Czułem, że
mi zaraz coś rozsadzi dżinsy, ale o dziwo posłusznie siedziałem i obserwowałem,
jak mój facet wygina się już będąc na kolanach.
Oblizał
usta i na czworaka, idąc jak pantera, podszedł do mnie. Oparł ręce o moje
rozszerzone uda i uśmiechnął się szeroko. Było coś w tym takiego, że miałem
ochotę porwać go w ramiona i scałować, ale zamiast tego, jak zahipnotyzowany
nie ruszyłem się i czekałem na kolejny ruch kochanka.
Cały czas
patrząc mi w oczy, zaczął rozpinać pasek, guzik, suwak moich spodni. Wsunął
rękę od razu pod moją bieliznę, a ja aż się zachłysnąłem powietrzem, czując te
smukłe palce na mojej męskości. Zaraz została wyzwolona z ciasnego materiału.
Jego wzrok natychmiast powędrował na mojego członka. Oblizał się i pochylił nad
niego. Kiedy te usta zamknęły się na główce z mojego gardła wyrwało się głośne
westchnienie. Moje biodra chciały wystrzelić w górę, ale nie pozwoliłem im na
to. To był jego pierwszy raz i wolałem, żeby sam się wszystkim zajął. Z
zaskoczeniem obserwowałem, jak prawie cały zniknął w jego gardle, a ten tylko
przez chwilę się zakrztusił, ale nie zrażony kontynuował. Kiedy nasze
spojrzenie się spotkało, żaden z nas już nie odwrócił wzroku, patrząc na
drugiego z takim samym pożądaniem i oddaniem.
- Marek… Słuchaj, bo ja…
Zrozumiał.
Dokończył ręką, którą zaraz oblizał z resztek. Nawet sobie nie wyobrażacie jak
on wyglądał z tymi kilkoma kroplami spermy na twarzy. Natychmiast się
pochyliłem i zlizałem je.
Wdrapał się
na moje kolana i wsunął dłonie pod moją bluzkę, nagle znowu śpiewając tą piosenkę. Po moim ciele przeszedł
dreszcz. Pociągnął ją w górę i natychmiast podniosłem ręce by mógł ją ze mnie
ściągnąć. Momentalnie zaczął składać na moim ciele drobne pocałunki, a przynajmniej tam gdzie sięgał. Krótko musnął moje wargi i zszedł ze mnie. Obserwowałem,
jak śpiewając i zmysłowo tańcząc w rytm melodii grającej w tle, zaczął odpinać
spodnie. Byłem pełny podziwu, widząc jak szybko te cholerne, czerwone rurki
znalazły się na podłodze. Zaraz dołączyły do nich bokserki i już całkowicie
nagi podszedł i powrócił na swoje miejsce. Śpiewał coraz ciszej, przybliżając
się do moich ust i w końcu połączył je w żarliwym pocałunku. Moje dłonie same
powędrowały na jego pośladki. Zakończył pocałunek i sięgnął pod poduszkę, spod
której wyciągnął… lubrykant?
- Skąd…?
Uśmiechnął
się zadziornie i podał mi.
- Kiedy ty byłeś zajęty sprzątaniem, nie
leżałem tylko na kanapie i obserwowałem
cię… W dziewięćdziesięciu procentach tak, ale z krótką przerwą na przygotowanie
wszystkiego.
Swoje
dłonie przeniósł na moje policzki i namiętnie pocałował. Od razu zacząłem
oddawać pieszczotę, równocześnie próbując go przygotować jak najlepiej. Kiedy
skończyłem, skubnął mnie lekko w dolną wargę i ustawił odpowiednio. Nawet nie
kwapił się ze zdjęciem mi spodni, ale najwyraźniej nie miało to dla niego
żadnego znaczenia. Mój penis na zewnątrz, reszta może być w ubraniu. Powoli
opuszczał swoje biodra, trzymając się kurczowo moich ramion. Odczekał chwilę
ciężko oddychając na moją szyję. Głaskałem go po plecach. Kiedy w końcu zaczął
się poruszać, nasze jęki i westchnienia wypełniły pokój. Było mi z nim tak
dobrze… Doszliśmy niemal równocześnie. Mimo osiągnięcia orgazmu, nadal nie
ruszał się z moich kolan, wtulony we mnie.
- Kocham cię – wyszeptał.
Głaskałem
go po plecach i bardziej przyciągnąłem.
- Ja ciebie też.
- Nie mam siły. Zaniesiesz mnie? – spytał. –
To chyba przez ten koncert – wytłumaczył.
Ucałowałem
jego skroń i ostrożnie wstałem, nadal trzymając go prze sobie. Na schodach było
trudniej, ale w końcu dotarliśmy do łazienki
posadziłem go w wannie, a następnie nalałem do niej wody i różanego
płynu.
- Umyjesz mnie? – spytał niewinnie.
Wiedziałem,
że jest zmęczony i najchętniej to by się przespał (nie zaniosłem go do łóżka,
bo wiem, iż następnego dnia miałby focha, że pozwoliłem mu tak iść spać) więc
nie będzie nic kombinował. Wszedłem do niej i przyciągnąłem go do siebie, tak
żeby opierał się plecami o mój tors i zacząłem myć. Czułem jak odpływa.
- Tęskniłem za tym. Chyba jednak wrócę do
śpiewania – powiedział cicho, przed zaśnięciem.
Uśmiechnąłem
się rozczulony tym widokiem i najostrożniej jak się da, wytarłem i zaniosłem
do sypialni. O dziwo tylko raz wyglądał jakby się budził, ale jednak wracał do
krainy snów.
*O dziwo Word nie podkreśli mi tego słowa! o,O
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz