Rozdział 6.
Tydzień
później…
Wiktoria za
parę dni ma urodziny, więc postanowiłem kupić jej jakiś prezent. Mijając
sklepy, swoje kroki kierowałem w stronę jednego konkretnego z elektroniką,
płytami, itp. Zerknąłem na zegarek i odetchnąłem z ulgą, widząc że jeszcze mam
dużo czasu. W razie czego mogłem też napisać do Krzyśka, żeby podgrzał obiad
dzieciakom, bo Anka wyjechała na dwa dni na jakieś spotkanie związane z
ostatnim projektem.
Nagle
dostrzegłem sporą grupkę nastolatków. Normalnie to bym ich wyminął, ale jakoś…
Zaintrygowany podszedłem bliżej, chcąc sprawdzić o co chodzi. Byłem wysoki,
więc w miarę udało mi się zajrzeć ponad tymi młodziutkimi głowami. W centrum
stał jakiś facet, który rozdawał autografy i pstrykał selfie z najwyraźniej
fanami, w przewadze płci żeńskiej. Nie. To nie był jakiś facet. Był dużo wyższy, ściął włosy w zauważyłem modny
sposób, nabrał trochę mięśni, a do tego wydoroślał, ale…
- Pan Gałązka? – rozpoznała mnie jedna z
uczennic, Emma. Nie była w stu procentach Polką.
Zaraz zwróciło
na mnie uwagę więcej osób, aż w końcu te czekoladowe oczy spotkały się z moim
przerażonym spojrzeniem.
- Marcin? Marcin! – Kiedy już upewnił się, że
to ja wyszczerzył się i próbował minąć fanów, aby się do mnie dostać.
- Zna pan Marka?? – spytała Oliwia.
Wycofałem
się z bólem w sercu. Miałem wrażenie, że ktoś polał moje oczy kwasem, tak
piekły, chcąc wypuścić łzy, ale ja ciągle je odpędzałem. Chciałem uciec.
Odwróciłem się i zacząłem biec, nie ważne jak to dziecinnie i niedorzecznie
wyglądało. Nawet się za siebie nie oglądałem, nikogo nie słyszałem. Chciałem
tylko uciec w ramiona Anki, choć wiedziałem, iż jej nie ma.
Kiedy już
myślałem, że uciekłem, poczułem jak ktoś ciągnie mnie z zaułek. Oparłem się o
ścianę i zamglonym wzrokiem dostrzegłem, kto postanowił mnie wkurwić. Tylko
zamiast się denerwować… odwróciłem się, żeby tylko nie zobaczył moich łez.
- Marcin, do cholery! Spójrz na mnie! Co ty
wyprawiasz?! – Siłą zmusił mnie do wykonania jego rozkazu. Był już prawie tak
wysoki jak ja, więc miał łatwiej.
Odepchnąłem
jego rękę i popchnąłem go na mur. Uniosłem pięść do góry, chcąc go uderzyć, ale
w ostatniej chwili się opamiętałem i wylądowała parę centymetrów obok jego
głowy. Zanim doszczętnie się poryczałem, dostrzegłem w jego oczach strach.
Opadłem na
kolana, brudząc sobie całkowicie dżinsy, ale jakie to miało wtedy znaczenie? Schowałem
twarz w dłoniach i zacząłem ryczeć jak bóbr.
- Hej… Co się dzieje? Cii, nie płacz. –
Przytulił się do moich pleców. Z początku chciałem go odepchnąć, ale nie umiałem
zrobić cokolwiek, a tym bardziej się z nim siłować.
- Dlaczego? – spytałem z trudem.
- Co? Spokojnie, powiedz mi – mówił kojącym
głosem.
Z czasem
zacząłem się uspokajać, usiadłem na chodniko-kamienio-czymś, spojrzałem na jego
zmartwioną twarz i zacząłem się zastanawiać, czy jest tak dobrym aktorem, czy
serio się martwi?
- Lepiej? – spytał.
Skinąłem
głową, a on uśmiechnął się szeroko, natomiast na jego policzkach pojawiły się
te urocze dołeczki… Potrząsnąłem głową, próbując pozbyć się tej myśli.
- Dlaczego tak zareagowałeś? Kochanie…
Przeszedł
mnie dreszcz. On śmie tak mówić?!
- Co ty tu robisz? – spytałem oschle.
- Postanowiłem wrócić do Polski. Ile można
mieszkać w obcym kraju z tymi herbacianymi móżdżkami?
Nawet
delikatnie się uśmiechnąłem na jego żart. Tak bardzo tęskniłem…
Pogłaskał
mnie po policzku, ale od razu strzepnąłem jego dłoń.
- Czego ode mnie chcesz?
- Co się z tobą stało? Dlaczego tak mnie
traktujesz? – spytał smutny.
Udaje?
Część mnie mówiła, że jest szczery, ale nie ufałem mu. Nie po tym co mi zrobił.
- Wiesz ile dochodziłem do siebie, kiedy ze
mną zerwałeś? Przez rok byłem jak nie ja, dopiero w drugiej liceum powoli z
pomocą przyjaciółki zacząłem dochodzić do siebie. Miałem dość wszystkich i
wszystkiego, ale wróciłem do normalności. Nagle po tylu latach wracasz i jakby
nigdy nic pytasz, co się stało?! Co ja ci takiego zrobiłem?! Myślałem, że też
mnie kochasz, ale skoro tylko udawałeś z niewiadomych mi przyczyn, to mógłbyś chociaż…
- Co ty pieprzysz?! – w końcu wyrwał się z
szoku. – Nie zostawiłem cię! Miałeś przyjechać, ale nie pojawiłeś się! Czekałem
na ciebie na lotnisku kilka godzin, aż prawie siłą zmusili mnie, żebym wracał
do domu! Nie dawałeś znaku życia, nie dzwoniłeś, nie pisałeś, NIC! A teraz
wyjeżdżasz mi z jakimś zerwaniem, depresją i co, kurwa, jeszcze?! Popierdoliło
cię?!
- Tak! Żebyś wiedział!
Wściekły
wstałem i postanowiłem sobie pójść i zapomnieć o tym spotkaniu – co nie było
możliwe – ale poczułem jak smukłe ramiona oplatają mnie i nie zamierzają
puszczać.
- Przepraszam. Bardzo przepraszam. Wybacz. Nie
chciałem cię obrazić, tylko nie rozumiem o czym ty mówisz.
Westchnąłem
ciężko.
- Czego nie rozumiesz? Nie odzywałeś się do
mnie przez bodajże tydzień, a dzień przed moją wizytą u ciebie, ty tak po
prostu piszesz, że zrywasz ze mną. Jak się twoim zdaniem czułem?
- Kurwa… Człowieku, ale o czym ty mówisz??
Pamiętam, że za jakąś byle gównianą sprawę dostałem karę na cały sprzęt i nie
miałem jak się z tobą skontaktować, ale w końcu udało mi się podkraść telefon z
gabinetu wujka i chciałem zadzwonić. Chciałem tylko usłyszeć twój głos… Jednak
połączenie zostało przerwane, a później tak wkurwiająca sekretarka powiedziała,
że masz telefon poza zasięgiem, czy jakieś inne pierdoły. Jak mógłbym z tobą
zerwać? Je… byłeś dla mnie wszystkim.
Wyplątałem
się z jego ramion i spojrzałem mu w oczy.
- Nie kłam. Proszę.
Widziałem
ten przerażony wzrok i jak jego głowa delikatnie kręci się w lewą i w prawą
stronę, za każdym razem coraz szybciej.
- Mówię prawdę. Skarbie – wyciągnął rękę jakby
chciał mnie pogłaskać po policzku, ale zrezygnował z tego – dlaczego miałbym
kłamać.
- Nie wiem. To jak wytłumaczysz tą wiadomość?
Przymknął
powieki i oparł czoło o moje ramię.
- Nawet nie wiem co niby do ciebie napisałem.
Odsunąłem
go i chwyciłem za rękę. Zamierzałem za nadgarstek, lecz ta najeżona kolcami
pieszczocha nie wyglądała miło. Zacząłem go prowadzić w stronę samochodu, a
następnie kazałem mu wsiąść. Nie posądzajcie mnie o myślenie nad swoimi
czynami, bo tak nie było. Usiadł z przodu, zapiął pasy i bez słowa czekał.
Ruszyłem w stronę swojego domu.
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko
dzieciom?
- Nie – słabo odparł.
Zerknąłem
na jego smutny wyraz twarzy i aż serce mi się krajało. Czułem się jakbym go w
pewien sposób zdradził, wiążąc się z kimś innym. Starałem się szybko odpędzić
te myśli.
- Masz żonę? – spytał ze sztucznym uśmiechem.
Nawet po tylu latach potrafiłem odróżnić, kiedy był szczery, a kiedy nie… I nagle
dopadły mnie wątpliwości co to zerwania.
- Tak. Ma na imię Ania. To jest właśnie ta
przyjaciółka, która wyrwała mnie z deprechy.
Tym razem
wyglądał jakby rzeczywiście przemknął przez jego twarz cień radości.
- Kiedyś ty mnie uratowałeś, byliśmy parą, a
później to ciebie ktoś uratował i… pobraliście się. Jak się idealnie złożyło…
- Ta…
Zajechaliśmy
na miejsce, ale nie zauważyłem obecności kogokolwiek.
- Chodź.
Ruszył za
mną, rozglądając się dookoła. Wpuściłem go do środka i zdejmując buty zacząłem
wołać domowników:
- Hej! Wiki! Kuba! Krzysiek! Jest tu kto?!
Cisza.
Nagle
zauważyłem przyklejoną do tafli lustra wiszącego na ścianie przy wieszaku
karteczkę.
Wyszedłem z
dzieciakami na pizzę
PS. Wiem,
że jest kurczak, ale chyba wybór jest prosty ;p
- Super – mruknąłem pod nosem, zrywając ją. –
Jesteśmy sami.
Ruszyłem w
stronę schodów. Obróciłem się, nie słysząc drugich kroków. Marek stał przy
drzwiach i rozglądał się dalej.
- Idziesz?
Zaraz się
obudził i podbiegł do mnie. W sypialni od razu podszedłem do szafki nocnej i
wyciągnąłem z niej laptop.
- Ładnie tu – pochwalił. – Też chciałbym
mieszkać w takim domu… Co robisz? – spytał, widząc że robię coś na sprzęcie,
dokładniej, wpisuję hasło.
Nacisnąłem
enter i od razu poszukałem TEJ wiadomości.
- Nie wierzysz? Proszę – pokazałem mu tekst
wyświetlony na komputerze.
Przeleciał
wzrokiem po literkach, z każdą chwilą robiąc większy wytrzeszcz. Podniósł na
mnie przerażony wzrok i jeszcze raz przeczytał, jakby nie dowierzając.
- To nie ja… - słabo powiedział.
- A kto? – Wziąłem laptop i schowałem go na
miejsce. – Z twojego konta.
Stanął
przede mną i ujął moją twarz w dłonie.
- Naprawdę. Nie mam pojęcia kto i dlaczego coś
takiego zrobił.
Patrzyłem w
te czekoladowe oczy, wiedząc że jestem na przegranej pozycji. Przytuliłem go
mocno z utęsknieniem. Nadal w moich ramionach wydawał się być taki drobny,
kruchy, choć wyższy niż prawie dwadzieścia lat temu.
- Brakowało mi ciebie – wyszeptał.
- Mi ciebie też. – Odsunąłem go od siebie na wyciągnięcia ręki. – Ale skoro to nie ty…
Wzruszył
ramionami i usiadł na łóżku. Po chwili wstał jak poparzony.
- Miałem karę na komputer i telefon, a cały
sprzęt był u wujka. Tylko… - od razu posmutniał – to przecież niemożliwe.
- A skąd mógł znać hasło?
- Zawsze automatycznie się logowałem, więc…
Objąłem go
ramieniem i pocałowałem w czoło.
- Musimy to wyjaśnić. Są też tutaj?
Jedynie
skinął głową i załamany ruszył za mną. Chciałem mu tego oszczędzić, ale
wiedziałem, że to będzie najlepszą opcją. Wsiedliśmy do samochodu.
- Gdzie mieszkają?
- Tam gdzie ja. – Dopiero po chwili się
ogarnął. – Yy… To znaczy na Rewolucjonistów 5.
Ruszyłem.
- To są te bloki koło parku? – wolałem się
upewnić.
- Ta. Swoją drogą to może opowiesz coś o
sobie? Masz żonę i dzieci, mówisz?
- Jestem nauczycielem polskiego i tak,
związałem się z Anią, a do tego mamy dwójkę szkrabów. Kubuś ma pięć, natomiast
Wiktoria piętnaście lat. Do tego moja ukochana ma jeszcze syna Krzyśka, ale on
to już długa historia. A ty?
Oparł głowę
o szybę i oglądał widok za oknem.
- Jak miałem osiemnaście lat, poszedłem do
programu X Factor*. Sam mówiłeś, że pięknie śpiewam, więc postanowiłem
spróbować swoich sił. Zająłem drugie miejsce, ale o Richardzie nikt już nie
pamięta, a ja stałem się gwiazdą. Niedawno postanowiłem wrócić do Polski,
zrobić sobie mała przerwę.
- Gratuluję – powiedziałem, zatrzymując się
przed budynkiem.
Poprowadził
mnie w stronę pierwszej klatki i razem weszliśmy po schodach na pierwsze
piętro. Przyjaciel już miał nacisnąć klamkę, kiedy załapałem go za szczupły
nadgarstek i pociągnąłem na bok.
- Ja sam. Ty się schowaj.
Zaskoczony
skinął głową i zniknął za rogiem.
Przydusiłem
dzwonek, czekając. Już miałem się poddać, gdyż nikt nie otwierał, kiedy drzwi
się uchyliły i ujrzałem pana Adama. Był
bardziej przygarbiony, z siwymi włosami, zmarszczkami, ale nadal nie miałem
wątpliwości, że to on.
- Słucham? – Zmierzył mnie od stóp do głów.
- Dzień dobry! Jestem Marcin. Poznaje mnie
pan?
Zmrużył
oczy i jeszcze raz zaczął mi się przyglądać. Nigdy nie widziałem, żeby
ktokolwiek tak mnie nienawidził.
- Czego chcesz? – wysyczał. – Po co tu
przyszedłeś?
- Słyszałem, iż państwo wrócili. Chciałem się
spotkać z Markiem, jest może w domu?
Rozejrzał
się po korytarzu.
- Nie. Możesz już iść i nie wracać. Podobno
się rozstaliście?
Uśmiechnąłem
się pewny siebie i założyłem ręce na piersi, przenosząc ciężar ciała na lewą
nogę.
- Pan myśli, że się nie domyśliłem? To nie on
wysłał tą wiadomość, prawda?
- Nie wiem o czym mówisz. – Obrzucił mnie
gardzącym spojrzeniem.
- Oj proszę nie udawać. Ja tylko do Marka
przyszedłem. Jest? – postanowiłem tak nie naciskać, żeby się nie domyślił.
- Nie – warknął. – Nawet jeśli to ja
napisałem, to uwierz mi – dla jego dobra. Co będzie jak się wyda jego
biseksualizm? – ostanie słowa szeptał. – Związek z facetem? I tak by cię rzucił
dla jakiejś laski. Tak to ma szansę jeszcze założyć rodzinę, choć nie śpieszno
mu do tego. Nadal z nikim się nie związał, ale na pewno kogoś sobie znajdzie, a
nie ciebie – trącił mnie palcem w klatkę. Natychmiast odtrącałem jego rękę. –
Lepiej by było gdyby nigdy cię nie poznał, ale trudno.
Coś się we
mnie gotowało.
- Pan sobie nie wyobraża w jakim był stanie na
początku naszej znajomości i przed nią – wysyczałem. – Pomogłem mu, a
przynajmniej chcę w to wierzyć. On miał myśli samobójcze!
- Idź już i nigdy nie wracaj. Mam nadzieję, że
cię nie spotka – stał niewzruszony.
- Ja się mogłem przez pana zabić! – Dopiero po
chwili przypomniałem sobie, że Marek cały czas nas podsłuchuje. Nie chciałem,
żeby ktokolwiek dowiedział się o mojej niedoszłej próbie samobójczej.
Usłyszałem
kroki i tak jak myślałem, to był mój przyjaciel. Wyminął mnie i popchnął
swojego wujka na drzwi.
- Kim ty jesteś, żeby mi mówić, co mam robić i
z kim się spotykać?! Ty pieprzony…
- Spokojnie – przerwał mu. – Nie słyszałeś
wszystkiego. To nie tak. On tu przyszedł, żeby się na tobie zemścić i…
- Byłem tu od samego początku – uświadomił go.
– Nienawidzę cię. Rozumiesz?! Przez ciebie zmarnowałem tyle lat! Nie wiedziałem
co się z nim dzieje, dlaczego nie odzywa się, dlaczego nie przyjechał, a ty,
chuju, tak po prostu na to patrzyłeś, na dodatek sam to knując!
- Usilnie starałem się dostać pracę za
granicą, żebyście się nie mogli spotykać, ale ty nie! Musieliście cały czas
pisać, gadać, jeszcze TEN miał przylecieć do nas! Co miałem zrobić, żebyś
wreszcie go zostawił i skupił się na dziewczynach?!
- Nic! Kurwa mać! Mogłem wam powiedzieć od
początku prawdę! Jestem homo! Chciałem, żebyście mnie zaakceptowali, dlatego
wymyśliłem ten biseksualizm! Pomyślałem, że łatwiej będzie wam to zaakceptować,
a ty rozpierdoliłeś mi życie!
Pan Adam
gapił się na młodszego z szeroko otwartymi oczami, w których wyraźnie widziałem
przerażenie.
- Nie… Ty jesteś normalny! Nie chciałem tej
adopcji, ale moja żona nie może mieć dzieci, a tu wychowywałem nie dość że
cudze to jeszcze pedała!
Wyszarpałem
staruszka z pięści Marka i sam przywaliłem mu twarz. Byłem wściekły! Zachwiał się i upadł na kafelki w mieszkaniu.
- Nie waż się go obrażać, bo będziesz miał ze
mną do czynienia! Chodź, nie mam do niego siły i boję się, że zaraz zrobię coś
czego będę żałować – zwróciłem się do przyjaciela.
Razem
poszliśmy na parking i oparłem się o maskę samochodu. Ręce mi się trzęsły i
miałem wielką ochotę zapalić, lecz nie miałem żadnych papierosów pod ręką.
- Nie wierzę – wyszeptał.
Podniosłem
na niego wzrok. Stał ze spuszczoną głową, kopiąc kamień. Przyciągnąłem go do
siebie i przytuliłem, głaszcząc po plecach.
- Kimś takim będziesz się przejmować? Jedziesz
do mnie? Odpoczniesz, będzie dobrze. – Uśmiechnąłem się do niego, kiedy trochę
się odsunął.
Odwzajemnił
gest i skinął głową.
- Masz rację. Może poznam twoją nową rodzinę?
- Jasne. Na pewno cię pokochają, tylko
wyjaśnimy im wszystko. Najmłodsi nie wiedzą o tobie, ale Ania i Krzysiek
mogliby w różnoraki sposób zareagować na wiadomość kim jesteś.
- No… Taka gwiazda w domu. – Puścił mi
oczko.
Nie umiałem
się nie zaśmiać.
Już miałem
wsiadać, kiedy zadzwonił telefon. To była ta długowłosa wredota.
- Poczekaj chwilkę. Halo?
~ C-cześć… - słabo się przywitał.
- No hej. Słuchaj ja zaraz będę, już wracam.
Będziemy mieli gościa, także… - urwałem słysząc coś jakby szloch. – W porządku?
~ Nie… Mama…
- Ania? Co z nią? – spytałem, nie słysząc nic
więcej.
~ Bo… Ona… Był wypadek na autostradzie… -
Pobladłem. Miałem złe przeczucia. – Z ciężarówki coś spadło na ulicę… Nie
zrozumiałem co… Chyba drzewa… Zatarasowały drogę… Kilka spadło na samochody… A
jeden przebił szybę samochodu od strony pasażera od strony kierowcy i wyszło
drugim oknem… To… To był samochód mamy… Wracała do domu… A teraz…. Nie żyje…
Telefon
wypadł mi z ręki pod koniec jego wyjaśniania. Marek spojrzał na mnie i
zmarszczył brwi zaskoczony. Upadłbym na ziemię, gdyby mnie przytrzymał i
posadził na masce samochodu.
- Marcin!
Co jest?!
~ Halo? – ledwo usłyszałem głos Krzyśka,
dobiegający z komórki. – Hej! Jesteś tam??
Przyjaciel
podniósł ją i przystawił do ucha.
- Em… Cześć! Jestem Marek. Właśnie się
przypadkiem spotkaliśmy i to ja miałem być tym gościem. Co się stało? … Tak. …
Dlaczego? … No dobrze. … Tak, możesz wyjaśnić w domu. Marcin by mi tu zemdlał,
więc wsadzę go do samochodu i odwiozę. … No to do zobaczenia! Możesz sam wejść?
– ostatnie słowa skierował do mnie.
- Ania… - wyszeptałem.
Zrobiło mi
się ciemno przed oczami i jakby wołał z drugiego końca tunelu, głos
piosenkarza. Zemdlałem.
Piętnasty maja
był dniem mojej śmierci… Nawet jeśli nie fizycznej.
*Przepraszam,
ale nie mam głowy do wymyślania samej nazwy jakiegoś programu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz