niedziela, 21 sierpnia 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2.) - Rozdział 8.

Rozdział 8.
Kiedy dzieciaki wyszły do szkoły, a Marek do sklepu, postanowiłem się w końcu ogarnąć. Wypadała pierwsza rocznica śmierci Anki i wypadałoby w końcu schować żałobę, a nie być ciągłym problemem. Kochałem ją, ale to ona umarła, nie ja. Byłem jeszcze potrzebny na tym świecie.
Wybrałem jakieś ładne ciuchy, umyłem się, rozczesałem już długie włosy i związałem w kucyk, nie mogąc marnować czasu na golenie ich, jedynie zarostu się pozbyłem. Chciałem wyjść zanim wróci przyjaciel, a nie wiedziałem kiedy to nastąpi, więc bardzo się śpieszyłem.
Poprawiłem kołnierz koszuli, rozpiętej na dwa pierwsze guziki, i przykleiłem do lustra kartkę.

Wychodzę. Nie musisz się martwić,
przed obiadem powinienem wrócić
Marcin

Klucze schowałem do kieszeni dżinsów i pojechałem prosto na cmentarz. Dziwnie się czułem ze świadomością iż to mój pierwszy raz poza domem od roku. Nie przesadzam. Zaparkowałem na pustym parkingu. Kupiłem znicz w kształcie serca i… co dalej. Nie byłem nawet w stanie pójść na jej pogrzeb, więc nie wiedziałem, w którym miejscu znajdował się jej grób.
Zajebiście…
Wstyd mi było przyznać się komuś, że nie wiem gdzie leży moja żona. Nie miałem telefonu, żeby spytać Marka lub Krzyśka, pozostało mi mozolne poszukiwanie samemu. Na szczęście to był mały cmentarz, lecz to niewiele mi pomogło, gdyż i tak było tego dużo. Naprawdę nie wiem jakim cudem po dziesięciu minutach stałem przed nim. Był czysty, kwiaty poukładane i te świeże i sztuczne, a w czterech na pięć zniczy palił się płomień. Uśmiechnąłem się, samemu kładąc kolejny.
 - Cześć! – Szybko się rozejrzałem, czy przypadkiem nie ma nikogo w pobliżu. Jeszcze by mnie za wariata uznali! Pusto. – Przepraszam, że dopiero teraz, za bardzo to przeżywałem. Kocham cię… Potrzebujemy cię, bardzo, ale obiecuję, iż się ogarnę. Dzieciaki potrzebują ojca, ktoś musi chodzić do pracy, a poza tym nie mogę wszystkiego zwalać na Marka. Krzysiek i Wiki bardzo mu pomagają, ale to nagle on stał się matką i ojcem w jednym dla ludzi, których nawet nie zna. Sam wiem, że jestem tylko problemem, lecz zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby im to wynagrodzić. Na pewno widzisz z nieba co się z nami dzieje, bo to że tam trafiłaś jest oczywiste. Prawdziwy z ciebie anioł na Ziemi. Chciałbym móc znowu się do ciebie przytulić, ale wiem że teraz muszę sobie radzić sam… Nie. Mam jeszcze ludzi, którzy będą przy mnie. Przepraszam, iż musiałaś patrzeć na te marne coś, będące twoim mężem. Poprawię się. Będzie dobrze. Kocham cię i obiecuję, że nie zawiodę.  Zacznę życie od nowa, cały czas mając cię w sercu, to nieuniknione, jednak będzie lepiej. Na pewno.
Zawiał ciepły wiaterek, a ja poczułem się wolny, jakby ktoś zdjął ciężar z moich pleców. Odetchnąłem świeżym powietrzem i ruszyłem w stronę auta.
Do domu zajechałem z uśmiechem na ustach. Zaparkowałem obok drogiego jak cholera niebieskiego peugeota Marka. Czyli już wrócił, a znając jego skłonności do histeryzowania…
 - No wreszcie! Marcin, gdzieś ty się podziewał!
Westchnąłem rozbawiony. Wziąłem go pod ramię i poprowadziłem w stronę domu.
 - Na cmentarzu – odpowiedziałem, będąc już w środku.
Natychmiast się zatrzymał.
 - Byłeś u żony?
Skinąłem głową.
 - W końcu. Było mi to zdecydowanie potrzebne. Pora wrócić do normalności, prawda?
W odpowiedzi jedynie mnie przytulił. Zaśmiałem się i pogłaskałem go po plecach. Podniósł na mnie wzrok i wyszczerzył się szeroko, a na jego policzkach znowu pojawiły się te urocze dołeczki, które zawsze tak kochałem.
 - Tęskniłem. Kocham cię – dodał.
Patrzyłem na niego poważnie, nie wiedząc co do końca mam powiedzieć. Jego uśmiech lekko zbladł.
 - …i nie przestanę – dokończyłem, po dłużej chwili milczenia.
Zaśmiał się cicho.
 - Pamiętasz? – spytał, odnosząc się do naszego pożegnania, kiedy to wyjeżdżał do Londynu.
 - Jak każdą chwilę spędzoną z tobą.
Poczułem jak jego serce wali, a policzki barwią się na czerwono.
 - Co jesteś taki zdziwiony? Nigdy nie potrafiłem przestać cię kochać, choć chciałem. Bardzo, ale ty uparcie trzymałeś się mojego serca i nie chciałeś zostawić.
Przeniósł dłonie na moje policzki i delikatnie pocałował. Zagarnąłem go bardziej w ramiona, nie pozostając biernym na tą słodką pieszczotę. Mimo trzydziestu pięciu lat nadal był uroczy, a jego wargi nadal smakowały jak najlepsze cukierki. Jak mógłbym go nie kochać?
Usłyszałem jak drzwi się otwierają.
 - Och…
Przerwałem pocałunek i zerknąłem znad ramienia Marka, na Krzyśka.
 - Cześć… - przywitałem się, równocześnie czując obawę, jak zareaguje.
 - Wy… - wykonał jakiś nieokreślony ruch ręką – jesteście znowu razem…?
Czekoladowe oczy wtedy również były we mnie utkwione, wyczekując odpowiedzi.
 - Chyba tak? – Upewniłem się w tym widząc tą radość na twarzy kochanej osoby. – Wiesz, że kocham twoją mamę i to się nigdy nie zmieni, ale mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać, jeśli…
 - Nie! – przerwał mi. – Serio, cieszę się, że jesteś w końcu szczęśliwy, a Marek jest super gościem, więc życzę wam, żeby w końcu się udało.
Nawet nie zwróciłem uwagi na to że wrócił wcześniej, ale zdążył już zadzwonić do Łukasza, więc nie chciałem mu przerywać.

Popołudniu, przy obiedzie, postanowiliśmy powiedzieć o naszym związku reszcie. Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy jeść. Nie ukrywam – stresowałem się. Czułem się jak młody nastolatek, a nie dorosły mężczyzna, ale cóż.
 - Dobra, tata i Marek mają wam coś do zakomunikowania – wyręczył mnie Krzysiek.
Oczy najmłodszego towarzystwa były skierowane na nas.
 - Ekhem… Chodzi o to, że my… jesteśmy razem.
Wiktoria wytrzeszczyła oczy na nas jak na kosmitów.
 - Ale… Myślałam, iż jesteś hetero…
 - Nie. Jestem biseksualny. Mam nadzieję, że wam to nie przeszkadza?
 - Czyli teraz będziesz naszą nową mamusią? – spytał Kubuś Marka.
Widziałem jak wyraz twarzy partnera się zmienia.
 - Nie jestem kobietą – powiedział, ledwo wytrzymując, a ja czułem, że również nie wytrzymam, ale zacznę się śmiać. – Poza tym – dodał już spokojnie – nikt nie zastąpi waszej mamy.
 - W-Właśnie… - musiałem przerwać, żeby nie wybuchnąć śmiechem. – No i nie wzięliśmy ślubu.
 - To akurat żaden problem, jeśli chcesz możemy – powiedział, uśmiechając się słodko.
 - Mam to traktować jak oświadczyny? Jak romantyczne – zażartowałem.
Ten wywrócił oczami i ukląkł na kolano. Gapiłem się na niego, jak przed chwilą na nas Wiki, która w tamtym momencie siedziała z wielkim uśmiechem na ustach.
 - Wyjdziesz za mnie? – spytał.
Zaśmiałem się i ująłem jego twarz w dłonie.
 - Tak.
I pocałowałem.
Usłyszałem klaskanie jednej osoby, kątem oka zobaczyłem, iż to moja córcia. Zaraz dołączyli do niej chłopcy.
W końcu wróciliśmy do obiadu, a ja cieszyłem się, że tak dobrze do odebrali. Bałem się, myślałem, że może im przeszkadzać, w końcu ledwo rok wcześniej umarła ich matka, ale najwyraźniej wszystko dobrze się ułożyło. Otaczali mnie najwspanialsi ludzie pod słońcem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz