Rozdział 8.
Kiedy
dzieciaki wyszły do szkoły, a Marek do sklepu, postanowiłem się w końcu
ogarnąć. Wypadała pierwsza rocznica śmierci Anki i wypadałoby w końcu schować
żałobę, a nie być ciągłym problemem. Kochałem ją, ale to ona umarła, nie ja.
Byłem jeszcze potrzebny na tym świecie.
Wybrałem
jakieś ładne ciuchy, umyłem się, rozczesałem już długie włosy i związałem w
kucyk, nie mogąc marnować czasu na golenie ich, jedynie zarostu się pozbyłem.
Chciałem wyjść zanim wróci przyjaciel, a nie wiedziałem kiedy to nastąpi, więc
bardzo się śpieszyłem.
Poprawiłem
kołnierz koszuli, rozpiętej na dwa pierwsze guziki, i przykleiłem do lustra
kartkę.
Wychodzę.
Nie musisz się martwić,
przed
obiadem powinienem wrócić
Marcin
Klucze
schowałem do kieszeni dżinsów i pojechałem prosto na cmentarz. Dziwnie się
czułem ze świadomością iż to mój pierwszy raz poza domem od roku. Nie
przesadzam. Zaparkowałem na pustym parkingu. Kupiłem znicz w kształcie serca i…
co dalej. Nie byłem nawet w stanie pójść na jej pogrzeb, więc nie wiedziałem, w
którym miejscu znajdował się jej grób.
Zajebiście…
Wstyd mi
było przyznać się komuś, że nie wiem gdzie leży moja żona. Nie miałem
telefonu, żeby spytać Marka lub Krzyśka, pozostało mi mozolne poszukiwanie
samemu. Na szczęście to był mały cmentarz, lecz to niewiele mi pomogło, gdyż i
tak było tego dużo. Naprawdę nie wiem jakim cudem po dziesięciu minutach stałem
przed nim. Był czysty, kwiaty poukładane i te świeże i sztuczne, a w czterech
na pięć zniczy palił się płomień. Uśmiechnąłem się, samemu kładąc kolejny.
- Cześć! – Szybko się rozejrzałem, czy
przypadkiem nie ma nikogo w pobliżu. Jeszcze by mnie za wariata uznali! Pusto.
– Przepraszam, że dopiero teraz, za bardzo to przeżywałem. Kocham cię…
Potrzebujemy cię, bardzo, ale obiecuję, iż się ogarnę. Dzieciaki potrzebują
ojca, ktoś musi chodzić do pracy, a poza tym nie mogę wszystkiego zwalać na
Marka. Krzysiek i Wiki bardzo mu pomagają, ale to nagle on stał się matką i
ojcem w jednym dla ludzi, których nawet nie zna. Sam wiem, że jestem tylko
problemem, lecz zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby im to wynagrodzić. Na
pewno widzisz z nieba co się z nami dzieje, bo to że tam trafiłaś jest
oczywiste. Prawdziwy z ciebie anioł na Ziemi. Chciałbym móc znowu się do ciebie
przytulić, ale wiem że teraz muszę sobie radzić sam… Nie. Mam jeszcze ludzi,
którzy będą przy mnie. Przepraszam, iż musiałaś patrzeć na te marne coś, będące
twoim mężem. Poprawię się. Będzie dobrze. Kocham cię i obiecuję, że nie
zawiodę. Zacznę życie od nowa, cały czas
mając cię w sercu, to nieuniknione, jednak będzie lepiej. Na pewno.
Zawiał
ciepły wiaterek, a ja poczułem się wolny, jakby ktoś zdjął ciężar z moich
pleców. Odetchnąłem świeżym powietrzem i ruszyłem w stronę auta.
Do domu
zajechałem z uśmiechem na ustach. Zaparkowałem obok drogiego jak cholera
niebieskiego peugeota Marka. Czyli już wrócił, a znając jego skłonności do
histeryzowania…
- No wreszcie! Marcin, gdzieś ty się
podziewał!
Westchnąłem
rozbawiony. Wziąłem go pod ramię i poprowadziłem w stronę domu.
- Na cmentarzu – odpowiedziałem, będąc już w
środku.
Natychmiast
się zatrzymał.
- Byłeś u żony?
Skinąłem
głową.
- W końcu. Było mi to zdecydowanie potrzebne.
Pora wrócić do normalności, prawda?
W
odpowiedzi jedynie mnie przytulił. Zaśmiałem się i pogłaskałem go po plecach.
Podniósł na mnie wzrok i wyszczerzył się szeroko, a na jego policzkach znowu
pojawiły się te urocze dołeczki, które zawsze tak kochałem.
- Tęskniłem. Kocham cię – dodał.
Patrzyłem
na niego poważnie, nie wiedząc co do końca mam powiedzieć. Jego uśmiech lekko
zbladł.
- …i nie przestanę – dokończyłem, po dłużej
chwili milczenia.
Zaśmiał się
cicho.
- Pamiętasz? – spytał, odnosząc się do naszego
pożegnania, kiedy to wyjeżdżał do Londynu.
- Jak każdą chwilę spędzoną z tobą.
Poczułem
jak jego serce wali, a policzki barwią się na czerwono.
- Co jesteś taki zdziwiony? Nigdy nie
potrafiłem przestać cię kochać, choć chciałem. Bardzo, ale ty uparcie trzymałeś
się mojego serca i nie chciałeś zostawić.
Przeniósł
dłonie na moje policzki i delikatnie pocałował. Zagarnąłem go bardziej w
ramiona, nie pozostając biernym na tą słodką pieszczotę. Mimo trzydziestu
pięciu lat nadal był uroczy, a jego wargi nadal smakowały jak najlepsze
cukierki. Jak mógłbym go nie kochać?
Usłyszałem
jak drzwi się otwierają.
- Och…
Przerwałem
pocałunek i zerknąłem znad ramienia Marka, na Krzyśka.
- Cześć… - przywitałem się, równocześnie
czując obawę, jak zareaguje.
- Wy… - wykonał jakiś nieokreślony ruch ręką –
jesteście znowu razem…?
Czekoladowe
oczy wtedy również były we mnie utkwione, wyczekując odpowiedzi.
- Chyba tak? – Upewniłem się w tym widząc tą
radość na twarzy kochanej osoby. – Wiesz, że kocham twoją mamę i to się nigdy
nie zmieni, ale mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać, jeśli…
- Nie! – przerwał mi. – Serio, cieszę się, że
jesteś w końcu szczęśliwy, a Marek jest super gościem, więc życzę wam, żeby w
końcu się udało.
Nawet nie
zwróciłem uwagi na to że wrócił wcześniej, ale zdążył już zadzwonić do Łukasza,
więc nie chciałem mu przerywać.
Popołudniu,
przy obiedzie, postanowiliśmy powiedzieć o naszym związku reszcie. Usiedliśmy
przy stole i zaczęliśmy jeść. Nie ukrywam – stresowałem się. Czułem się jak
młody nastolatek, a nie dorosły mężczyzna, ale cóż.
- Dobra, tata i Marek mają wam coś do
zakomunikowania – wyręczył mnie Krzysiek.
Oczy
najmłodszego towarzystwa były skierowane na nas.
- Ekhem… Chodzi o to, że my… jesteśmy razem.
Wiktoria
wytrzeszczyła oczy na nas jak na kosmitów.
- Ale… Myślałam, iż jesteś hetero…
- Nie. Jestem biseksualny. Mam nadzieję, że
wam to nie przeszkadza?
- Czyli teraz będziesz naszą nową mamusią? –
spytał Kubuś Marka.
Widziałem
jak wyraz twarzy partnera się zmienia.
- Nie jestem kobietą – powiedział, ledwo
wytrzymując, a ja czułem, że również nie wytrzymam, ale zacznę się śmiać. –
Poza tym – dodał już spokojnie – nikt nie zastąpi waszej mamy.
- W-Właśnie… - musiałem przerwać, żeby nie
wybuchnąć śmiechem. – No i nie wzięliśmy ślubu.
- To akurat żaden problem, jeśli chcesz możemy
– powiedział, uśmiechając się słodko.
- Mam to traktować jak oświadczyny? Jak
romantyczne – zażartowałem.
Ten
wywrócił oczami i ukląkł na kolano. Gapiłem się na niego, jak przed chwilą na
nas Wiki, która w tamtym momencie siedziała z wielkim uśmiechem na ustach.
- Wyjdziesz za mnie? – spytał.
Zaśmiałem
się i ująłem jego twarz w dłonie.
- Tak.
I
pocałowałem.
Usłyszałem
klaskanie jednej osoby, kątem oka zobaczyłem, iż to moja córcia. Zaraz
dołączyli do niej chłopcy.
W końcu
wróciliśmy do obiadu, a ja cieszyłem się, że tak dobrze do odebrali. Bałem się,
myślałem, że może im przeszkadzać, w końcu ledwo rok wcześniej umarła ich
matka, ale najwyraźniej wszystko dobrze się ułożyło. Otaczali mnie najwspanialsi
ludzie pod słońcem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz