Rozdział
13.
Parę dni
później…
Zaraz
następnego dnia zadzwonił do swojego menadżera i poprosił o spotkanie. Bardzo
się ekscytował perspektywą powrotu na scenę, ciągle o tym paplał. Ja tylko
słuchałem, nie mogąc się nie uśmiechać.
Siedziałem
już ostatnią, siódmą lekcję w szkole i jak nigdy, chciałem pojechać szybko do
domu. Akurat tego dnia mój kosmita miał się spotkać z Maksem (menadżerem),
kiedy wszyscy będą w szkole. Byłem ciekaw jakie rewelację mnie zastaną.
Cieszyłem się szczęściem ukochanego, miałem nadzieję, że wszystko pójdzie po
jego myśli.
Cały dzień nie mogłem prowadzić zajęć i tylko kazałem im coś robić samemu albo w
grupach. Zobaczyłem, że jeszcze pięć minut do dzwonka, prawie każdy rozmawia,
mając zrobione zadania lub zwyczajnie je olał. Wstałem i stanąłem na środku
klasy, a uczniowie szybko zaczęli cichnąć.
- Cieszę się, że już wszyscy zauważyli moją
obecność. Zostało kilka minut, chcecie już zejść do szatni? … Czy jak większość
od razu opuścić szkołę?
- Tak! – rozległ się głos kilkorga uczniów.
- To spakujcie się szybko i idziemy.
Do celu
dotarły ze mną tylko dwie osoby – część musiała do toalety, na dodatkowe
zajęcia poprawiać oceny, bo to już prawie koniec roku, a część po prostu od
razu wyszła nie zmieniając obuwia… w sumie zawsze robiłem tak samo – więc
pożegnałem się z nimi i szybko skierowałem się do pokoju nauczycielskiego.
Stamtąd zabrałem swoje rzeczy, pożegnałem się z woźną, zmieniającą kartkę z
zastępstwami na następny dzień (bo wcześniej nie może pani dyrektor jej
uzupełnić, żeby wszyscy, włącznie z wcześniej kończącymi zajęcia wiedzieli) i
pobiegłem w stronę samochodu.
Zaparkowałem
przed domem, obok czarnego mercedesa.
Jeszcze jest? - zdziwiłem się.
Wiki
siedziała w ogrodzie i kopała piłkę z braciszkiem, a Krzyśka znowu nie było.
Pomachałem im i od razu poszedłem do środka. Usłyszałem podniesione głosy, ale
nie mogłem zrozumieć, o co chodzi. Zajrzałem do salonu, gdzie wściekły Marek
przechadzał się z kąta w kąt, a na sofie siedział wygodnie wysportowany
średniego wzrostu i wieku facet z ciemnymi wystylizowanymi włosami, w czarnych
spodniach i białej koszuli z podwiniętymi rękawami i odpiętymi pierwszymi dwoma
guzikami. Na nadgarstku ujrzałem srebrny zegarek i sygnet na palcu. Stukał coś
w swoim Iphone, starając się ignorować mojego narzeczonego.
- Marcin! – pierwszy ujrzał mnie wokalista. –
Jak ci minął dzień? – spytał beztrosko.
Podszedł do
mnie i krótko, aczkolwiek gorąco pocałował. Chyba bym go przyciągnął do siebie
na dłużej, gdyby nie gość.
Wyżej
wspomniany, prychnął i wreszcie uraczył
mnie spojrzeniem.
- Witam.
Skinąłem
głową. Coś mi nie przypadł do gustu.
- To ja was zostawiam samych…
- Nie! – przerwał mi Marek. – Zostań, to Max
zaraz idzie.
Nie
wiedziałem co powiedzieć, mimo to dałem się prowadzić w stronę fotela, gdzie
usiadłem, a ukochany bokiem na moich kolanach. Zdziwiłem się.
- Naprawdę lepiej będzie jak spokojnie
porozmawiacie sam na sam.
- Mi tam w sumie pana obecność nie
przeszkadza. Może razem przekonamy go co jest najlepsze dla idola, a co nie –
zwrócił się do mnie jego menadżer.
- To znaczy?
- Ja wiem lepiej co jest dla mnie dobre –
wysyczał karmelowłosy.
Upewniłem
się, że pojawiłem się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze.
- Niby żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku,
wszyscy mają być tolerancyjni, ale w rzeczywistości na homoseksualizm zawsze
patrzyło się z niechęcią – zaczął gość. – Nigdy nie było z twojej strony
żadnego coming outu,
nawet jeśli większość podejrzewała cię o… to.
- Pedalstwo? – spytał z kpiną. – Przecież nie
mówię, że chcę wyjść i wykrzyczeć: JESTEM GEJEM! Ja tylko chciałbym
wrócić na scenę, brakuje mi jej.
Brunet
przymknął powieki, wyraźnie chcąc opanować emocje. Natomiast ja postanowiłem
uspokoić ukochanego i zacząłem głaskać go po udzie. Zerknął na mnie na co
niepewnie się uśmiechnąłem. Odpowiedział mi tym samym.
- Posłuchaj – głos Maksa był spokojny, ale
wyraźnie ledwo trzymał nerwy na wodzy. – Jesteś trudny, to fakt. Często chcesz
pokazać swoją odmienność, robisz wszystko po swojemu, nie mam już siły. Ale nie
poddam się. Może i jesteś gwiazdą, ludzie cię mogą albo kochać albo
nienawidzić, jednak żebyś nadal nią był większość musi należeć do tej pierwszej
grupy. Ja wiem, że są homoseksualni i biseksualni artyści, jednak uwierz mają
dużo trudniejsze życie. Teraz trochę o tobie ucichło, choć ludzie nadal czekają
ze zniecierpliwieniem na twój come back, na forach
o ciebie pytają, ludzie wstawiają zdjęcia z tobą, czy po prostu chwalą się
spędzeniem kilku minut z idolem. Nie zniszcz tego.
- Ty rozumiesz o co mnie prosisz?! Nie! Ty
żądasz! – wydarła się moja gwiazdka.
Chciałem
spytać o co, ale nie miałem odwagi
się wtrącić.
Brunet
znowu przymknął powieki i odczekał chwilę zanim mógł kontynuować.
- Tak. Ludzie nie są tak głupi na jakich
wyglądają, a nawet jeśli są to znajdą się osoby myślące, które się domyślą o
waszym… związku. No bez jaj, łatwo dodać dwa plus dwa i wychodzi wszystko na
jaw. Zniszczą cię. Strasz się być silny, ale wiele gwiazd się załamało,
popadało w depresję i to przez mniejsze kłopoty.
Czułem jak
ciało na moich kolanach się napina, a jego właściciel patrzy na człowieka z
kanapy morderczym wzrokiem.
- Nie znasz mnie – wysyczał. – Dobrze wiem, co
to depresja, jak moja orientacja, styl może przeszkadzać innym i jakie są tego
konsekwencje. Wiem, aż za dobrze. Wiem również, że bez bliskich bym sobie nie
poradził i nie miałbyś tej gwiazdki zarabiającej dla ciebie szmal, nawet by
pewnie nie było jej na tym świecie zanim bym się pojawił w Anglii, a co
dopiero, kiedy podpisałeś ze mną kontrakt. Chcę tylko wrócić na scenę, grać
koncerty, występować w głupich programikach i wywiadach – ostatnie zdanie
powiedział spokojniej.
- To wiąże się z większym zainteresowaniem
tobą. Już bądź sobie tym całym gejem, nic na to nie poradzę, ale spotykaj się z
kimś innym! Kimś sławnym, ludzie to uwielbiają. A nie - z jakimś nauczycielem.
Dopiero
teraz w pełni pojąłem, o co chodzi. Przez moment się zawahałem, szczęście
bliskich było dla mnie rzeczą priorytetową, ważniejszą od mojego, ale
wystarczyło, że zerknąłem na twarz mojego skarbu, a wiedziałem, iż to nie
będzie to co on chce.
Westchnąłem
i wstałem z Markiem na rękach, ale zaraz odłożyłem go na moje miejsce. Był taki
lekki. Ten tylko cicho się zaśmiał, zaskoczony moim zachowaniem, lecz w żaden
sposób nie zaniepokojony, a przynajmniej tak mi się wydawało, w końcu znałem go
na wylot.
- OK, mam tylko dwa pytania: o której pan
przyszedł oraz czy nadal łączy was kontrakt?
Gość uniósł
brew do góry i zmierzył mnie od góry do dołu.
- Jestem tutaj od dwunastej i nie, dopiero
chcemy podpisać kolejny.
Skinąłem
głową, podchodząc bliżej.
- A więc… Trzy godziny mój skarb się przez
pana denerwuje… no może mniej, bo znając go nie pozwolił panu na początku dojść
do słowa i zaczął opowiadać o swoich planach i wizjach. – Usłyszałem ciche
parsknięcie zza pleców. – Dodatkowo, jeśli dobrze zrozumiałem, chce pan żebyśmy
ze sobą zerwali, bo światu nie spodoba się związek ich idola z facetem
nauczycielem. Chyba nie sądzi pan, że spokojnie będę się temu przyglądać i
słuchać. Mam nadzieję, że nie muszę panu pokazywać, gdzie są drzwi, a tym
bardziej mówić, że na kolejny kontrakt raczej nie ma co liczyć.
- Nie bądź śmieszny, to nie kabaret. To jest
twój skarb? To chyba powinno ci zależeć, żeby był szczęśliwy.
- Chyba przeoczyłem moment, kiedy przeszliśmy
na ty. Dodatkowo…
- … moje szczęście jest przy boku tego faceta,
zawsze było. Nie mam zamiaru go stracić, dla jakiegoś pierdolonego świstka
papieru. Znajdę kogoś innego, o to się nie martw – dokończył za mnie
czekoladowooki, przytulając od tyłu.
Szeroka
szczęka Maksa zacisnęła się mocno, a na skroni zaczęła pulsować żyłka. Bez słowa
wstał i wyszedł.
- Kurwa! Ja pierdole, co za kutas. Jak ja
mogłem zapierdalać dla tego jebanego…
- Uspokój się, bo jeszcze Kuba usłyszy i
będzie powtarzać. – Przytuliłem go , widząc znad jego ramienia zaskoczony wyraz
twarzy Wiktorii, która właśnie postanowiła wrócić do środka.
- Przepraszam za niego. On serio myślał, że
cię zostawię? I jeszcze przy tobie… W czym niby miałeś mu pomóc?! Zerwać ze
mną?!
- Cii… - Głaskałem go po plecach.
Poczułem
jak moja bluzka robi się mokra, więc tylko mocniej go przytuliłem, a kiedy to
nie dawało efektów, pocałowałem. Starłem kciukiem łzy z jego policzków,
pogłębiając pieszczotę.
- Kochanie, nie płacz. Nie przez niego… -
wyszeptałem w jego usta, które zaraz rozciągnęły się w uroczy uśmiech.
- Będę musiał poszukać kogoś innego, a w tym
czasie zacznę pisać też nowe teksty, przecież nie mogę powrócić ze starymi.
Ucieszyłem
się, widząc go takiego. Mojego upartego, odważnego, wrażliwego faceta, którego wreszcie mogę znowu zagarnąć w ramiona i pocałować, co z resztą uczyniłem.
- Kiedy obiad?! – wbiegł Kubuś, mimo prób
córci zatrzymania go.
Oderwałem
się od tych słodkich ust i zaśmiałem cicho.
- Właśnie, kiedy obiad? – powtórzyłem.
Narzeczony
westchnął i pokręcił głową.
- Dzieci… Chodź chłopczyku, pomożesz mi ze
sztućcami. – Pociągnął mnie za rękę.
- Tak jest, mamusiu. – Zasalutowałem
rozbawiony.
Spojrzał na
mnie morderczym wzrokiem.
- Śpisz na kanapie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz