sobota, 27 sierpnia 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 13.

Rozdział 13.
Parę dni później…
Zaraz następnego dnia zadzwonił do swojego menadżera i poprosił o spotkanie. Bardzo się ekscytował perspektywą powrotu na scenę, ciągle o tym paplał. Ja tylko słuchałem, nie mogąc się nie uśmiechać.
Siedziałem już ostatnią, siódmą lekcję w szkole i jak nigdy, chciałem pojechać szybko do domu. Akurat tego dnia mój kosmita miał się spotkać z Maksem (menadżerem), kiedy wszyscy będą w szkole. Byłem ciekaw jakie rewelację mnie zastaną. Cieszyłem się szczęściem ukochanego, miałem nadzieję, że wszystko pójdzie po jego myśli.
Cały dzień nie mogłem prowadzić zajęć i tylko kazałem im coś robić samemu albo w grupach. Zobaczyłem, że jeszcze pięć minut do dzwonka, prawie każdy rozmawia, mając zrobione zadania lub zwyczajnie je olał. Wstałem i stanąłem na środku klasy, a uczniowie szybko zaczęli cichnąć.
 - Cieszę się, że już wszyscy zauważyli moją obecność. Zostało kilka minut, chcecie już zejść do szatni? … Czy jak większość od razu opuścić szkołę?
 - Tak! – rozległ się głos kilkorga uczniów.
 - To spakujcie się szybko i idziemy.
Do celu dotarły ze mną tylko dwie osoby – część musiała do toalety, na dodatkowe zajęcia poprawiać oceny, bo to już prawie koniec roku, a część po prostu od razu wyszła nie zmieniając obuwia… w sumie zawsze robiłem tak samo – więc pożegnałem się z nimi i szybko skierowałem się do pokoju nauczycielskiego. Stamtąd zabrałem swoje rzeczy, pożegnałem się z woźną, zmieniającą kartkę z zastępstwami na następny dzień (bo wcześniej nie może pani dyrektor jej uzupełnić, żeby wszyscy, włącznie z wcześniej kończącymi zajęcia wiedzieli) i pobiegłem w stronę samochodu.
Zaparkowałem przed domem, obok czarnego mercedesa.
Jeszcze jest?  - zdziwiłem się.
Wiki siedziała w ogrodzie i kopała piłkę z braciszkiem, a Krzyśka znowu nie było. Pomachałem im i od razu poszedłem do środka. Usłyszałem podniesione głosy, ale nie mogłem zrozumieć, o co chodzi. Zajrzałem do salonu, gdzie wściekły Marek przechadzał się z kąta w kąt, a na sofie siedział wygodnie wysportowany średniego wzrostu i wieku facet z ciemnymi wystylizowanymi włosami, w czarnych spodniach i białej koszuli z podwiniętymi rękawami i odpiętymi pierwszymi dwoma guzikami. Na nadgarstku ujrzałem srebrny zegarek i sygnet na palcu. Stukał coś w swoim Iphone, starając się ignorować mojego narzeczonego.
 - Marcin! – pierwszy ujrzał mnie wokalista. – Jak ci minął dzień? – spytał beztrosko.
Podszedł do mnie i krótko, aczkolwiek gorąco pocałował. Chyba bym go przyciągnął do siebie na dłużej, gdyby nie gość.
Wyżej wspomniany, prychnął i  wreszcie uraczył mnie spojrzeniem.
 - Witam.
Skinąłem głową. Coś mi nie przypadł do gustu.
 - To ja was zostawiam samych…
 - Nie! – przerwał mi Marek. – Zostań, to Max zaraz idzie.
Nie wiedziałem co powiedzieć, mimo to dałem się prowadzić w stronę fotela, gdzie usiadłem, a ukochany bokiem na moich kolanach. Zdziwiłem się.
 - Naprawdę lepiej będzie jak spokojnie porozmawiacie sam na sam.
 - Mi tam w sumie pana obecność nie przeszkadza. Może razem przekonamy go co jest najlepsze dla idola, a co nie – zwrócił się do mnie jego menadżer.
 - To znaczy?
 - Ja wiem lepiej co jest dla mnie dobre – wysyczał karmelowłosy.
Upewniłem się, że pojawiłem się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze.
 - Niby żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, wszyscy mają być tolerancyjni, ale w rzeczywistości na homoseksualizm zawsze patrzyło się z niechęcią – zaczął gość. – Nigdy nie było z twojej strony żadnego coming outu, nawet jeśli większość podejrzewała cię o… to.
 - Pedalstwo? – spytał z kpiną. – Przecież nie mówię, że chcę wyjść i wykrzyczeć: JESTEM GEJEM! Ja tylko chciałbym wrócić na scenę, brakuje mi jej.
Brunet przymknął powieki, wyraźnie chcąc opanować emocje. Natomiast ja postanowiłem uspokoić ukochanego i zacząłem głaskać go po udzie. Zerknął na mnie na co niepewnie się uśmiechnąłem. Odpowiedział mi tym samym.
 - Posłuchaj – głos Maksa był spokojny, ale wyraźnie ledwo trzymał nerwy na wodzy. – Jesteś trudny, to fakt. Często chcesz pokazać swoją odmienność, robisz wszystko po swojemu, nie mam już siły. Ale nie poddam się. Może i jesteś gwiazdą, ludzie cię mogą albo kochać albo nienawidzić, jednak żebyś nadal nią był większość musi należeć do tej pierwszej grupy. Ja wiem, że są homoseksualni i biseksualni artyści, jednak uwierz mają dużo trudniejsze życie. Teraz trochę o tobie ucichło, choć ludzie nadal czekają ze zniecierpliwieniem na twój come back, na forach o ciebie pytają, ludzie wstawiają zdjęcia z tobą, czy po prostu chwalą się spędzeniem kilku minut z idolem. Nie zniszcz tego.
 - Ty rozumiesz o co mnie prosisz?! Nie! Ty żądasz! – wydarła się moja gwiazdka.
Chciałem spytać o co, ale nie miałem odwagi się wtrącić.
Brunet znowu przymknął powieki i odczekał chwilę zanim mógł kontynuować.
 - Tak. Ludzie nie są tak głupi na jakich wyglądają, a nawet jeśli są to znajdą się osoby myślące, które się domyślą o waszym… związku. No bez jaj, łatwo dodać dwa plus dwa i wychodzi wszystko na jaw. Zniszczą cię. Strasz się być silny, ale wiele gwiazd się załamało, popadało w depresję i to przez mniejsze kłopoty.
Czułem jak ciało na moich kolanach się napina, a jego właściciel patrzy na człowieka z kanapy morderczym wzrokiem.
 - Nie znasz mnie – wysyczał. – Dobrze wiem, co to depresja, jak moja orientacja, styl może przeszkadzać innym i jakie są tego konsekwencje. Wiem, aż za dobrze. Wiem również, że bez bliskich bym sobie nie poradził i nie miałbyś tej gwiazdki zarabiającej dla ciebie szmal, nawet by pewnie nie było jej na tym świecie zanim bym się pojawił w Anglii, a co dopiero, kiedy podpisałeś ze mną kontrakt. Chcę tylko wrócić na scenę, grać koncerty, występować w głupich programikach i wywiadach – ostatnie zdanie powiedział spokojniej.
 - To wiąże się z większym zainteresowaniem tobą. Już bądź sobie tym całym gejem, nic na to nie poradzę, ale spotykaj się z kimś innym! Kimś sławnym, ludzie to uwielbiają. A nie - z jakimś nauczycielem.
Dopiero teraz w pełni pojąłem, o co chodzi. Przez moment się zawahałem, szczęście bliskich było dla mnie rzeczą priorytetową, ważniejszą od mojego, ale wystarczyło, że zerknąłem na twarz mojego skarbu, a wiedziałem, iż to nie będzie to co on chce.
Westchnąłem i wstałem z Markiem na rękach, ale zaraz odłożyłem go na moje miejsce. Był taki lekki. Ten tylko cicho się zaśmiał, zaskoczony moim zachowaniem, lecz w żaden sposób nie zaniepokojony, a przynajmniej tak mi się wydawało, w końcu znałem go na wylot.
 - OK, mam tylko dwa pytania: o której pan przyszedł oraz czy nadal łączy was kontrakt?
Gość uniósł brew do góry i zmierzył mnie od góry do dołu.
 - Jestem tutaj od dwunastej i nie, dopiero chcemy podpisać kolejny.
Skinąłem głową, podchodząc bliżej.
 - A więc… Trzy godziny mój skarb się przez pana denerwuje… no może mniej, bo znając go nie pozwolił panu na początku dojść do słowa i zaczął opowiadać o swoich planach i wizjach. – Usłyszałem ciche parsknięcie zza pleców. – Dodatkowo, jeśli dobrze zrozumiałem, chce pan żebyśmy ze sobą zerwali, bo światu nie spodoba się związek ich idola z facetem nauczycielem. Chyba nie sądzi pan, że spokojnie będę się temu przyglądać i słuchać. Mam nadzieję, że nie muszę panu pokazywać, gdzie są drzwi, a tym bardziej mówić, że na kolejny kontrakt raczej nie ma co liczyć.
 - Nie bądź śmieszny, to nie kabaret. To jest twój skarb? To chyba powinno ci zależeć, żeby był szczęśliwy.
 - Chyba przeoczyłem moment, kiedy przeszliśmy na ty. Dodatkowo…
 - … moje szczęście jest przy boku tego faceta, zawsze było. Nie mam zamiaru go stracić, dla jakiegoś pierdolonego świstka papieru. Znajdę kogoś innego, o to się nie martw – dokończył za mnie czekoladowooki, przytulając od tyłu.
Szeroka szczęka Maksa zacisnęła się mocno, a na skroni zaczęła pulsować żyłka. Bez słowa wstał i wyszedł.
 - Kurwa! Ja pierdole, co za kutas. Jak ja mogłem zapierdalać dla tego jebanego…
 - Uspokój się, bo jeszcze Kuba usłyszy i będzie powtarzać. – Przytuliłem go , widząc znad jego ramienia zaskoczony wyraz twarzy Wiktorii, która właśnie postanowiła wrócić do środka.
 - Przepraszam za niego. On serio myślał, że cię zostawię? I jeszcze przy tobie… W czym niby miałeś mu pomóc?! Zerwać ze mną?!
 - Cii… - Głaskałem go po plecach.
Poczułem jak moja bluzka robi się mokra, więc tylko mocniej go przytuliłem, a kiedy to nie dawało efektów, pocałowałem. Starłem kciukiem łzy z jego policzków, pogłębiając pieszczotę.
 - Kochanie, nie płacz. Nie przez niego… - wyszeptałem w jego usta, które zaraz rozciągnęły się w uroczy uśmiech.
 - Będę musiał poszukać kogoś innego, a w tym czasie zacznę pisać też nowe teksty, przecież nie mogę powrócić ze starymi.
Ucieszyłem się, widząc go takiego. Mojego upartego, odważnego, wrażliwego faceta, którego wreszcie mogę znowu zagarnąć w ramiona i pocałować, co z resztą uczyniłem.
 - Kiedy obiad?! – wbiegł Kubuś, mimo prób córci zatrzymania go.
Oderwałem się od tych słodkich ust i zaśmiałem cicho.
 - Właśnie, kiedy obiad? – powtórzyłem.
Narzeczony westchnął i pokręcił głową.
 - Dzieci… Chodź chłopczyku, pomożesz mi ze sztućcami. – Pociągnął mnie za rękę.
 - Tak jest, mamusiu. – Zasalutowałem rozbawiony.
Spojrzał na mnie morderczym wzrokiem.
 - Śpisz na kanapie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz