środa, 24 sierpnia 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 10.

Rozdział 10.
Po przebudzeniu się, od razu przed oczami widziałem ten uśmiech.
 - Nie śpisz? – spytałem zaspanym głosem.
Pokręcił przecząco głową i przytulił mnie.
 - Może z dziesięć minut – powiedział. – Wyspany?
 - Mhm… Kocham cię, wiesz?
 - Ja ciebie też.
Leżeliśmy tak parę minut, a żaden z nas nie chciał się podnieść pierwszy. Tak było dobrze. W końcu zerknąłem na zegarek i ciężko westchnąłem. Cmoknąłem go w czoło i zdjąłem z siebie.
 - Trzeba wstawać. Już jest dobrze po dziewiątej.
Przeciągnął się i postawił swoje stopy na dywanie. Zilustrowałem jego ciało, przypominając sobie wczorajszy wieczór. Nagle nie wiedzieć czemu nabrałem wyrzutów sumienia. Chodzi o Ankę. W sumie to jak pierwszy raz ją pocałowałem, też mi zaświtało w głowie a co z Markiem?
 - Hej, co jest? – Chwycił mnie za rękę.
 - Hm? A nie, nie ważne.
Bardzo mocno mnie przytulił.
 - Jestem twoim narzeczonym, chyba możesz mi powiedzieć? – spytał.
 - Ja po postu… - Westchnąłem i ująłem jego zmartwioną twarz w dłonie. – Wiesz, ledwo wczoraj była rocznica śmierci mojej żony, a tego samego dnia już się zachowuje jakby nigdy nic, wiążę się  z inną osobą, oświadcza mi się, kochamy się… Tak jakoś wszystko szybko się dzieje.
Opuścił wzrok i położył swoje ręce na moje.
 - Żałujesz?
Zdziwiłem się. Mimo wszystko spodziewałem się innej reakcji. Prawie zapomniałem, jak delikatną osóbką jest mój ukochany.
 - Nie, no coś ty. Przecież wiesz, że cię kocham.
 - Anie również. – Wstrzymałem oddech. Czyżby… - Przepraszam – zaraz się zreflektował. – Nie miałem tego na myśli. Jest OK. Idziemy na dół?
Odsunął moje dłonie i wstał. Owinął się różowym szlafroczkiem w misie, stanął przed wielką szafą, specjalnie kupioną, żeby pomieścić jego ubrania, i zaczął wybierać strój na dzisiaj.
Patrzyłem na niego zmartwiony, nie wiedząc co powiedzieć.
Po dłuższej chwili, zabrał kilka rzeczy i udał się w stronę łazienki. Przy drzwiach, po namyśle, odwrócił się i posłał mi swój piękny uśmiech.
 - W porządku – powiedział i wyszedł.
Wiedziałem, że to nieprawda. Chciałem coś zrobić, ale po prostu nie umiałem, nie wiedziałem co. Marek był zawsze taki kruchy, łatwo było go zranić, choć chciał udawać silnego, twardego.
Kiedy po kilkudziesięciu minutach wyszedł, również poszedłem się umyć, ubrać. Rozczesałem włosy, związałem gumką, notując w głowie, żeby pójść w końcu do fryzjera. Zszedłem do kuchni i ujrzałem wszystkich przy stole poza moim narzeczonym, który przygotowywał naleśniki z syropem. Uśmiechnąłem się, mimowolnie czując ten piękny zapach. Zmarszczyłem brwi, widząc jego cudny czarny fartuszek z czerwonym napisem Lepiej całuję, niż gotuję. Pokręciłem głową i zająłem swoje miejsce. Wiki sprzeczała się o coś z braciszkiem, a Krzysiek próbował ich jakoś pogodzić, więc było trochę głośno, przez co nikt nie zwrócił uwagi na milczącego mnie i miłość mojego życia. Tylko długowłosy rzucił nam pytające spojrzenie, ale na szczęście nic nie powiedział.
Po śniadaniu zostaliśmy we dwóch sami w kuchni. Czekoladowooki sprzątał, a ja chciałem z nim pogadać na osobności. Po chwili wahania, podszedłem do niego i przytuliłem od tyłu.
 - Skarbie – zamruczałem mu do ucha – proszę nie gniewaj się. Nie miałem nic złego na myśli.
 - Przecież nie jestem zły – powiedział.
Widziałem, że kłamie, ale to taki uparciuch…
 - O co poszło? – wszedł najstarszy z rodzeństwa. – Marcinowi coś wczoraj w łóżku nie wyszło, czy co? – zażartował.
Uniosłem brew do góry, zaskoczony.
 - O nie – narzeczony uwiesił mi się na szyi – wręcz przeciwnie. Było zajebiście.
Odchrząknąłem zdenerwowany.
 - To o co poszło, hm? – nie odpuszczał.
 - Nie wiem o czym mówisz – odparł Marek.
Pocałował mnie krótko i wyszedł, a ja stałem i obserwowałem miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał. Westchnąłem i również wyszedłem, unikając spojrzenia ostatniej osoby.
Zamknąłem się w gabinecie, udając ze jestem bardzo zajęty sprawdzaniem kartkówek. W rzeczywistości robiłem to zawsze w szkole, jak miałem chwilę dla siebie, ale nikt nie musi przecież o tym wiedzieć. Siedziałem tam z godzinę i w końcu podjąłem decyzję co zrobię.
Jakby nigdy nic poszedłem do salonu, gdzie reszta oglądała jakiś film. Zauważyłem, że przyszedł też Łukasz. Podniosłem rękę do góry, witając się z nim. Zrobił to samo i znowu skupił się na telewizorze. Usiadłem na kanapie pomiędzy Kubusiem, a Markiem, z czego tą drugą osobę objąłem ramieniem. Zerknął na mnie; miałem wrażenie że przez jego twarz przebiegł cień zaskoczenia. Oparł się o mnie, a synek z drugiej strony. Nie widziałem połowy, więc nie wiedziałem o czym jest ten film, ale najważniejsze było, że siedzieliśmy razem wielką rodziną.
Wieczorem Krysiek ze swoim chłopakiem poszli do jego pokoju; blondyn miał u nas nocować. Wiki zniknęła u siebie, od razu zajmując miejsce przed komputerem, a Kuba postanowił ją troszeczkę podenerwować bawiąc się samochodzikami w jej pokoju.
Natomiast ja wciągnąłem piosenkarza na kolana i krótko pocałowałem. Wolałem się nie odsuwać, ale to by groziło zaniechaniem  moich planów. Spojrzałem w te czekoladowe oczy, chcąc w tym jednym spojrzeniu przekazać jak bardzo go kocham.
 - Chciałbyś się ze mną gdzieś przejść? – spytałem.
Wyglądał na zamyślonego, ale po chwili skinął głową. Zaraz jednak jakby się ocknął.
 - Muszę iść się przebrać! Gdzie wychodzimy? No mów!
 - Ha, ha! Daj mi dojść do słowa. Niespodzianka, ale ubierz się jak chcesz, tak też może być.
 - Nie!
I wyszedł.
Westchnąłem, wiedząc że jeszcze dużo czasu minie zanim wróci. Przy okazji wstąpiłem do Krzyśka, żeby mu powiedzieć o wyjściu, pobawiłem się z Kubusiem, ku uldze nastolatki oraz poprawiłem włosy.
Siedziałem na kanapie, czekając na narzeczonego, kiedy wreszcie stanął przede mną. Otworzyłem szczerzej oczy, nie mogąc ich od niego oderwać. Założył białe spodenki, niebieską bluzkę z jakimś dziwnym nadrukiem, możliwe że motyw z bajki, ale nie wiem, żółta bluza, tego samego koloru trampki, na nadgarstkach bransoletki, włosy idealnie wymodelowane, a ja nadal nie mogłem przestać gapić się na jego zgrabne nogi. Po chwili dopiero oprzytomniałem. Odchrząknąłem i wstałem.
 - Już?
Uśmiechnął się szeroko i cmoknął mnie w usta.
 - To gdzie idziemy?
Wziąłem go za rękę i poprowadziłem w stronę wyjścia.
 - No gdzie? – pisnął.
Zaśmiałem się i posłałem mu uśmiech.
 - Zobaczysz.
Pojechaliśmy do miasta i zaparkowałem niedaleko parku. Poprowadziłem go jeszcze pięć minut, aż dotarliśmy pod pizzerię, wieczorem wyglądającą jeszcze lepiej z zapalonymi świeczkami na stolikach i pięknym widoku na park, rzekę i oświetlony zamek. Zajęliśmy miejsca, zamówiliśmy kolację i czekaliśmy.
 - Mam wrażenie, że kiedyś już tu byłem – odezwał się pierwszy.
 - Byłem ciekaw, czy pamiętasz. To tutaj przyszliśmy na obiad, kiedy u mnie nocowałeś. Czułem się trochę jak na randce, choć byliśmy tylko przyjaciółmi. Nawet zamówiliśmy tą samą pizze.
 - Ale ona już stara – westchnął. – Jak myślisz, ile ma lat? Teraz ją kojarzę i od kiedy pamiętam już tu była.
 - Właściciel kilka lat temu przepisał ją synowi, a jemu jego ojciec. Z pokolenia na pokolenie.
Uniósł brew zaskoczony.
Zaraz później dostaliśmy nasze zamówienie, zjedliśmy i wybraliśmy się na spacer do parku. Usiedliśmy na jednej z ławeczek przy rzece. Było już ciemno, księżyc świecił wysoko na niebie, ani jedna chmurka nie ważyła się zasłonić gwiazd.
 - Pięknie. Dziękuję – powiedział Marek słodko się uśmiechając w stronę wody.
 - Jesteś dla mnie bardzo ważny. Zrozum. Po prostu… Sam nie wiem. Wybacz. Będziesz moim mężem, kochałem cię dwadzieścia lat temu i kocham do dziś! To chyba coś świadczy, nie?
Ujął moją twarz w dłonie i czule pocałował. Szczęśliwy skinął głową, a następnie oparł się o mnie. Chwyciłem go za rękę, czując się jakbym trzymał cały mój świat, moją gwiazdkę z nieba.
 - Marcin… - zagadał z wielkim smutkiem w głosie. Zaskoczony przeniosłem wzrok na mojego ufoludka. – Ja… Pamiętasz, jak pierwszy raz po latach się spotkaliśmy, a kiedy już wszystko wyjaśniliśmy pojechaliśmy do pana Mazurek?
Uśmiechnąłbym się nawet z nazwania tak pana Adama, gdyby nie sposób w jaki to powiedział.
 - Tak, oczywiście. Tego dnia odzyskałem jedną z najważniejszych dla mnie osób… a inną straciłem.
 - Ty… Ty wtedy… Kurwa. Powiedziałeś temu mężczyźnie, że… Czy ty próbowałeś się zabić?
Nie odpowiedziałem. Patrzyłem na rozmazany księżyc, odbijający się w rzece.
Zmusił mnie do spojrzenia na niego.
 - Kochanie, powiedz.
 - Jejku.. Tak! Zadowolony?
Dostrzegłem, że w jego oczach już nie migają te wesołe ogniki odbijanego światła z latarni, czy świec. Wtedy lśniły, ale w zakazany sposób.
 - Nie płacz. – Pogłaskałem go po policzku. – Żyję. Proszę, nie chcę teraz o tym rozmawiać. Innym razem. Teraz spędźmy razem miły wieczór. 
 - A… Może po powrocie też być bardzo miło… - powiedział sugestywnym głosem.
Mocno, ale krótko go pocałowałem.
 - Może.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz