Rozdział
10.
Po
przebudzeniu się, od razu przed oczami widziałem ten uśmiech.
- Nie śpisz? – spytałem zaspanym głosem.
Pokręcił
przecząco głową i przytulił mnie.
- Może z dziesięć minut – powiedział. –
Wyspany?
- Mhm… Kocham cię, wiesz?
- Ja ciebie też.
Leżeliśmy
tak parę minut, a żaden z nas nie chciał się podnieść pierwszy. Tak było
dobrze. W końcu zerknąłem na zegarek i ciężko westchnąłem. Cmoknąłem go w czoło
i zdjąłem z siebie.
- Trzeba wstawać. Już jest dobrze po
dziewiątej.
Przeciągnął
się i postawił swoje stopy na dywanie. Zilustrowałem jego ciało, przypominając
sobie wczorajszy wieczór. Nagle nie wiedzieć czemu nabrałem wyrzutów sumienia.
Chodzi o Ankę. W sumie to jak pierwszy raz ją pocałowałem, też mi zaświtało w
głowie a co z Markiem?
- Hej, co jest? – Chwycił mnie za rękę.
- Hm? A nie, nie ważne.
Bardzo
mocno mnie przytulił.
- Jestem twoim narzeczonym, chyba możesz mi
powiedzieć? – spytał.
- Ja po postu… - Westchnąłem i ująłem jego
zmartwioną twarz w dłonie. – Wiesz, ledwo wczoraj była rocznica śmierci mojej
żony, a tego samego dnia już się zachowuje jakby nigdy nic, wiążę się z inną osobą, oświadcza mi się, kochamy się…
Tak jakoś wszystko szybko się dzieje.
Opuścił
wzrok i położył swoje ręce na moje.
- Żałujesz?
Zdziwiłem
się. Mimo wszystko spodziewałem się innej reakcji. Prawie zapomniałem, jak
delikatną osóbką jest mój ukochany.
- Nie, no coś ty. Przecież wiesz, że cię
kocham.
- Anie również. – Wstrzymałem oddech. Czyżby… - Przepraszam – zaraz się zreflektował.
– Nie miałem tego na myśli. Jest OK. Idziemy na dół?
Odsunął
moje dłonie i wstał. Owinął się różowym szlafroczkiem w misie, stanął przed
wielką szafą, specjalnie kupioną, żeby pomieścić jego ubrania, i zaczął
wybierać strój na dzisiaj.
Patrzyłem na
niego zmartwiony, nie wiedząc co powiedzieć.
Po dłuższej
chwili, zabrał kilka rzeczy i udał się w stronę łazienki. Przy drzwiach, po
namyśle, odwrócił się i posłał mi swój piękny uśmiech.
- W porządku – powiedział i wyszedł.
Wiedziałem,
że to nieprawda. Chciałem coś zrobić, ale po prostu nie umiałem, nie wiedziałem
co. Marek był zawsze taki kruchy, łatwo było go zranić, choć chciał udawać
silnego, twardego.
Kiedy po
kilkudziesięciu minutach wyszedł, również poszedłem się umyć, ubrać.
Rozczesałem włosy, związałem gumką, notując w głowie, żeby pójść w końcu do
fryzjera. Zszedłem do kuchni i ujrzałem wszystkich przy stole poza moim
narzeczonym, który przygotowywał naleśniki z syropem. Uśmiechnąłem się,
mimowolnie czując ten piękny zapach. Zmarszczyłem brwi, widząc jego cudny
czarny fartuszek z czerwonym napisem Lepiej
całuję, niż gotuję. Pokręciłem głową i zająłem swoje miejsce. Wiki
sprzeczała się o coś z braciszkiem, a Krzysiek próbował ich jakoś pogodzić,
więc było trochę głośno, przez co
nikt nie zwrócił uwagi na milczącego mnie i miłość mojego życia. Tylko
długowłosy rzucił nam pytające spojrzenie, ale na szczęście nic nie powiedział.
Po
śniadaniu zostaliśmy we dwóch sami w kuchni. Czekoladowooki sprzątał, a ja
chciałem z nim pogadać na osobności. Po chwili wahania, podszedłem do niego i
przytuliłem od tyłu.
- Skarbie – zamruczałem mu do ucha – proszę
nie gniewaj się. Nie miałem nic złego na myśli.
- Przecież nie jestem zły – powiedział.
Widziałem,
że kłamie, ale to taki uparciuch…
- O co poszło? – wszedł najstarszy z
rodzeństwa. – Marcinowi coś wczoraj w łóżku nie wyszło, czy co? – zażartował.
Uniosłem
brew do góry, zaskoczony.
- O nie – narzeczony uwiesił mi się na szyi –
wręcz przeciwnie. Było zajebiście.
Odchrząknąłem
zdenerwowany.
- To o co poszło, hm? – nie odpuszczał.
- Nie wiem o czym mówisz – odparł Marek.
Pocałował
mnie krótko i wyszedł, a ja stałem i obserwowałem miejsce, gdzie jeszcze przed
chwilą stał. Westchnąłem i również wyszedłem, unikając spojrzenia ostatniej
osoby.
Zamknąłem
się w gabinecie, udając ze jestem bardzo zajęty sprawdzaniem kartkówek. W
rzeczywistości robiłem to zawsze w szkole, jak miałem chwilę dla siebie, ale
nikt nie musi przecież o tym wiedzieć. Siedziałem tam z godzinę i w końcu
podjąłem decyzję co zrobię.
Jakby nigdy
nic poszedłem do salonu, gdzie reszta oglądała jakiś film. Zauważyłem, że
przyszedł też Łukasz. Podniosłem rękę do góry, witając się z nim. Zrobił to
samo i znowu skupił się na telewizorze. Usiadłem na kanapie pomiędzy Kubusiem,
a Markiem, z czego tą drugą osobę objąłem ramieniem. Zerknął na mnie; miałem
wrażenie że przez jego twarz przebiegł cień zaskoczenia. Oparł się o mnie, a
synek z drugiej strony. Nie widziałem połowy, więc nie wiedziałem o czym jest
ten film, ale najważniejsze było, że siedzieliśmy razem wielką rodziną.
Wieczorem
Krysiek ze swoim chłopakiem poszli do jego pokoju; blondyn miał u nas nocować.
Wiki zniknęła u siebie, od razu zajmując miejsce przed komputerem, a Kuba
postanowił ją troszeczkę podenerwować bawiąc się samochodzikami w jej pokoju.
Natomiast
ja wciągnąłem piosenkarza na kolana i krótko pocałowałem. Wolałem się nie
odsuwać, ale to by groziło zaniechaniem
moich planów. Spojrzałem w te czekoladowe oczy, chcąc w tym jednym
spojrzeniu przekazać jak bardzo go kocham.
- Chciałbyś się ze mną gdzieś przejść? –
spytałem.
Wyglądał na
zamyślonego, ale po chwili skinął głową. Zaraz jednak jakby się ocknął.
- Muszę iść się przebrać! Gdzie wychodzimy? No
mów!
- Ha, ha! Daj mi dojść do słowa. Niespodzianka,
ale ubierz się jak chcesz, tak też może być.
- Nie!
I wyszedł.
Westchnąłem,
wiedząc że jeszcze dużo czasu minie zanim wróci. Przy okazji wstąpiłem do
Krzyśka, żeby mu powiedzieć o wyjściu, pobawiłem się z Kubusiem, ku uldze
nastolatki oraz poprawiłem włosy.
Siedziałem
na kanapie, czekając na narzeczonego, kiedy wreszcie stanął przede mną.
Otworzyłem szczerzej oczy, nie mogąc ich od niego oderwać. Założył białe
spodenki, niebieską bluzkę z jakimś dziwnym nadrukiem, możliwe że motyw z bajki,
ale nie wiem, żółta bluza, tego samego koloru trampki, na nadgarstkach
bransoletki, włosy idealnie wymodelowane, a ja nadal nie mogłem przestać gapić
się na jego zgrabne nogi. Po chwili dopiero oprzytomniałem. Odchrząknąłem i
wstałem.
- Już?
Uśmiechnął
się szeroko i cmoknął mnie w usta.
- To gdzie idziemy?
Wziąłem go
za rękę i poprowadziłem w stronę wyjścia.
- No gdzie? – pisnął.
Zaśmiałem
się i posłałem mu uśmiech.
- Zobaczysz.
Pojechaliśmy
do miasta i zaparkowałem niedaleko parku. Poprowadziłem go jeszcze pięć minut,
aż dotarliśmy pod pizzerię, wieczorem wyglądającą jeszcze lepiej z zapalonymi
świeczkami na stolikach i pięknym widoku na park, rzekę i oświetlony zamek. Zajęliśmy
miejsca, zamówiliśmy kolację i czekaliśmy.
- Mam wrażenie, że kiedyś już tu byłem –
odezwał się pierwszy.
- Byłem ciekaw, czy pamiętasz. To tutaj
przyszliśmy na obiad, kiedy u mnie nocowałeś. Czułem się trochę jak na randce,
choć byliśmy tylko przyjaciółmi. Nawet zamówiliśmy tą samą pizze.
- Ale ona już stara – westchnął. – Jak
myślisz, ile ma lat? Teraz ją kojarzę i od kiedy pamiętam już tu była.
- Właściciel kilka lat temu przepisał ją
synowi, a jemu jego ojciec. Z pokolenia na pokolenie.
Uniósł brew
zaskoczony.
Zaraz
później dostaliśmy nasze zamówienie, zjedliśmy i wybraliśmy się na spacer do
parku. Usiedliśmy na jednej z ławeczek przy rzece. Było już ciemno, księżyc
świecił wysoko na niebie, ani jedna chmurka nie ważyła się zasłonić gwiazd.
- Pięknie. Dziękuję – powiedział Marek słodko
się uśmiechając w stronę wody.
- Jesteś dla mnie bardzo ważny. Zrozum. Po
prostu… Sam nie wiem. Wybacz. Będziesz moim mężem, kochałem cię dwadzieścia lat
temu i kocham do dziś! To chyba coś świadczy, nie?
Ujął moją
twarz w dłonie i czule pocałował. Szczęśliwy skinął głową, a następnie oparł
się o mnie. Chwyciłem go za rękę, czując się jakbym trzymał cały mój świat,
moją gwiazdkę z nieba.
- Marcin… - zagadał z wielkim smutkiem w
głosie. Zaskoczony przeniosłem wzrok na mojego ufoludka. – Ja… Pamiętasz, jak
pierwszy raz po latach się spotkaliśmy, a kiedy już wszystko wyjaśniliśmy
pojechaliśmy do pana Mazurek?
Uśmiechnąłbym
się nawet z nazwania tak pana Adama, gdyby nie sposób w jaki to powiedział.
- Tak, oczywiście. Tego dnia odzyskałem jedną
z najważniejszych dla mnie osób… a inną straciłem.
- Ty… Ty wtedy… Kurwa. Powiedziałeś temu
mężczyźnie, że… Czy ty próbowałeś się zabić?
Nie
odpowiedziałem. Patrzyłem na rozmazany księżyc, odbijający się w rzece.
Zmusił mnie
do spojrzenia na niego.
- Kochanie, powiedz.
- Jejku.. Tak! Zadowolony?
Dostrzegłem,
że w jego oczach już nie migają te wesołe ogniki odbijanego światła z latarni,
czy świec. Wtedy lśniły, ale w zakazany sposób.
- Nie płacz. – Pogłaskałem go po policzku. –
Żyję. Proszę, nie chcę teraz o tym rozmawiać. Innym razem. Teraz spędźmy razem
miły wieczór.
- A… Może po powrocie też być bardzo miło… -
powiedział sugestywnym głosem.
Mocno, ale
krótko go pocałowałem.
- Może.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz