Rozdział 7.
Okres od
piętnastego maja do piętnastego maja następnego roku…
Nie mogłem
uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Próbowałem wmówić sobie, że to jakiś żart,
że zaraz spotkam się z moją kochaną Anią, że to wszystko to tylko zły sen. Nie
potrafiłem.
Wszyscy
cierpieli, jednak ja najdłużej i najmocniej to przeżywałem. Kubuś ciągle pytał
gdzie mama i dopiero po paru tygodniach udało się przekonać go, iż już nie
wróci, jest w niebie z aniołkami. Wiktoria początkowo zamknęła się w sobie, ale
kiedy minął pierwszy szok, wróciła do normalności, pomagała jak tylko mogła;
bardzo wydoroślała. Krzysiek został z nami; bardzo się starał być dla
dzieciaków najlepszym starszym bratem, pilnie się uczył, przejął trochę rolę
głowy rodziny. Choć znał ją najkrócej to przeżywał jej śmierć równie mocno; na
szczęście miał chłopaka, który służył ramieniem, żeby mógł się wypłakać, czy
zwyczajnie był blisko, kiedy tylko był potrzebny. Ja byłem w najgorszym stanie.
Zamknąłem się w pokoju, nie chciałem z nikim rozmawiać. Czułem się okropnie,
nie rozumiałem po co mam jeszcze żyć. Miałem moje kochane wyrozumiałe dzieci,
ale bez Ani… Popadłem w kolejną depresję, ale przynajmniej nie miałem myśli
samobójczych. Fakt, czasami myślałem jakby to było gdybym również umarł, czy spotkałbym moją
żonę i bylibyśmy tam razem już przez wieczność, lecz poważnie nie chciałem
podcinać sobie żył, wieszać się i tym podobne. Do pracy nie chodziłem, bo i tak
nie byłoby ze mnie pożytku, nie wspominając, iż nawet nie wychodziłem z domu.
Na szczęście kochana dyrektorka powiedziała, że jak tylko poczuję się lepiej,
mogę wrócić do pracy, a na razie niech sobie odpocznę. No i Marek… Po telefonie
Krzyśka, zabrał mnie do domu. Wszystkiego dowiedział się na miejscu. O dziwo…
postanowił z nami zostać. Nie miał już domu – nie zamierzał wracać do pana
Adama, choć podobno rozstał się ze swoją żoną – więc zaproponowaliśmy mu (no w
zasadzie to reszta rodziny, bo ja jakoś nie potrafiłem myśleć, cokolwiek
zrobić) żeby zamieszkał z nami. Zajmował się wszystkim, był ojcem i matką.
Wszyscy od razu go pokochali. Bez niego na pewno byłoby trudniej. Co prawda
kiedy bliscy dowiedzieli się kim on jest bywało różnie…
~*~
Dwa
tygodnie od śmierci Anny…
Usłyszałem
dzwonek do drzwi. Głowa mnie bolała i
bardzo chciałem, żeby to się skończyło, ale nie miałem siły wstać z kanapy.
Wolałem gapić się tępo na ekran telewizora, oglądając kolorowe obrazki, nawet
nie wiem jakiego programu.
- Ja otworzę – powiedział przyjaciel,
uśmiechając się delikatnie i wycierając ręce w różowy fartuszek w żółte,
uśmiechnięte emotki.
Skinąłem
głową i powróciłem do poprzedniej czynności.
Usłyszałem
jakieś głosy, chyba jeden z nich był kobiecy. Skądś go znam… Wzruszyłem
ramionami ignorując to. Jednak po chwili się nie dało, gdyż ich głośność
nasiliła się.
Kłótnia?
Nie
chciałem wstawać, ale musiałem. Miałem dość, chciałem uciszyć Marka i przede
wszystkim tą drugą osobę, która wydzierała się najgłośniej, a odnosiłem
wrażenie, że czekoladowooki tylko, próbuje ją przekrzyczeć. Zwlokłem swoje
szanowne cztery litery z kanapy i niezadowolony powlokłem nogami w stronę
drzwi.
- Możesz mi dać dojść do…! – przyjaciel
próbował coś powiedzieć.
- Nie! Jak śmiesz w ogóle…!
- Możecie się zamknąć? – spytałem wykończony. –
O co chodzi?
- Marcin! Przyjechałam do ciebie w odwiedziny,
pomyślałam, że nie możesz być teraz sam – wyjaśniła moja kuzynka Paulina.
Westchnąłem
i spojrzałem na każdego z obecnych.
- Czy ty zawsze musisz być taka głośna? –
spytałem słabo. – O co chodzi?
- Co on tu robi? – wskazała na Marka. –
Wiedziałam, że kogoś mi przypomina, a to jest twój ex?! Ten sam, który…
- To nie tak – odważyłem się wejść jej w
słowo. – Nie mam ochoty ci tego streszczać. Mógłbyś? – spytałem przyjaciela.
~*~
To zawsze
jego skazywałem na tłumaczenie o co chodziło z panem Adamem i naszym zerwaniem.
Ja jakoś nie miałem głowy do niczego.
Chciałem po prostu zniknąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz