wtorek, 30 sierpnia 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 14.

Rozdział 14.
Następnego dnia, po powrocie z pracy zastałem go w sypialni, próbującego napisać jakąś piosenkę. Problem w tym, że nie potrafił. Ciągle wrzeszczał, iż mu nie wychodzi i targał kartki z notesu. Zrobił sobie przerwę, żeby dać nam obiad i powrócił na łóżko. Chciałem mu pomóc, ale co ja mogę?
 - Co go dzisiaj ugryzło? Okres ma, czy co? – spytał Krzysiek.
Zaśmiałem się, kręcąc przecząco głową.
 - Módl się, żeby tego nie usłyszał. Chce w związku z powrotem na scenę napisać kilka nowych piosenek, ale nie umie.
 - A kto to wcześniej robił?
 - On.
Wzruszył ramionami i sięgnął po kolejną porcję żelek.
 - No to niech sobie zrobi przerwę. To tak jak z nauką, jak z dużo myśli to się nie nauczy, bo się mózg przegrzewa.
 - A teraz mu to powiedz. – Puściłem do niego oczko.
 - Chcę żyć! – zaprotestował.
W końcu, po godzinie uznałem, iż może faktycznie powinien odpocząć. Poszedłem do sypialni z duszą na ramieniu. Bojąc się, że zaraz znowu mnie opierniczy za przeszkadzanie, ostrożnie otworzyłem drzwi. Leżał cały czas na tym samym miejscu, bawiąc się różowym długopisem z piórkami u góry i co chwilę kreśląc coś w notesie.
 - Mogę? – spytałem niepewnie.
Spojrzał na mnie, dopiero po chwili skinając głową.
Odetchnąłem z ulgą i położyłem się obok.
 - Może powinieneś zrobić sobie przerwę?
Natychmiast przeniósł na mnie swój wzrok, który że tak powiem nie był przyjazny.
 - Dobra, dobra… - mruknąłem.
Zacząłem się bawić jego krótkimi pasmami włosów, nie mogąc oderwać wzroku od tej skupionej miny. Po jakiś dziesięciu minutach, wbił we mnie załamane spojrzenie i wtulił w moją pierś.
 - Nie umiem! Co jest ze mną nie tak, hm? Wcześniej po godzinie cała piosenka była na kartce, a teraz nawet jednej pierdolonej zwrotki nie mogę napisać!
Objąłem go szczelnie i wciągnąłem na siebie. Pogłaskałem ten gładki, blady policzek, uśmiechając się.
 - Dasz rade, na razie zrób sobie przerwę, serio.
 - Mhm… - mruknął smutny.
Westchnąłem i przytuliłem go mocniej.
 - A co z menadżerem?
Źle się czułem, widzą te smutne oczka.
 - Poszukam jakiegoś, jak napiszę piosenki.
Nie chciałem, żeby ciągle o tym myślał, więc po porostu go pocałowałem. Liczyłem, że choć na chwilę zapomni. Ja na pewno. Skupiony byłem wyłącznie na jego słodkich ustach. Młodszy coraz bardziej napierał, gdy nagle… oderwał się ode mnie i szybko dorwał notes i długopis.
 - Mam!
Obserwowałem rozbawiony, jak z zapałem notuje kolejne słowa. Przerwał tylko na sekundę, żeby przewrócić kartkę. Usilnie starałem się nie zaśmiać, żeby przypadkiem go nie rozproszyć. To było takie urocze…
 - Myślę, że tytuł Kiss będzie odpowiedni – mruknął jakby do siebie.
Oparł się o mój brzuch, tworząc ze mną kąt prosty. Głaskałem go po głowie, a ten pisał dalej.
 - Jesteś moją muzą – powiedział, po napisaniu Liar.
 - Miło mi.
 - Mówię poważnie. – Spojrzał na mnie, przerywając na moment. – Kiedy pisałem te stare, ciągle w głowie miałem ciebie, twoje słowa, gesty… Całe moje życie mi się  tobą kojarzy. Teraz też, pewnie gdybyś nie przyszedł to bym cały pokój wypełnił pokreślonymi ścinkami, a i tak nic bym nie napisał.
W odpowiedzi, podniosłem się na chwilkę, żeby móc dosięgnąć jego ust i złożyć na nich krótki, aczkolwiek czuły pocałunek. Zaraz powróciłem na swoje miejsce, żeby było mu wygodnie.
 - A to co śpiewałeś wczoraj, kiedy już wszyscy poszli…? – odważyłem się odezwać, kiedy ujrzałem, jak podkreśla kolejną, co oznaczało koniec.
 - Hm? Aa… Tą… Wymyślałem słowa na poczekanie – odparł lekko się rumieniąc. – Pamiętam fragmenty, ale…
Nastąpiła chwila milczenia.
 - A o czym była?
Zagryzł lekko wargę i zerknął na mnie.
 - W sumie to również dlatego jej nie zaśpiewam nikomu innemu. – Puścił mi oczko.
 - Och… Dobra nie ważne – zaśmiałem się.
Karmelowłosy powrócił do notesu nucąc coś pod nosem.
Nawet gdybym chciał, nie mogłem wstać, kiedy ujrzałem jak uśmiechnięty przymyka powieki i powoli usypia, napisawszy wyznaczony przez niego limit pięciu piosenek, po dwudziestej trzeciej…


sobota, 27 sierpnia 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 13.

Rozdział 13.
Parę dni później…
Zaraz następnego dnia zadzwonił do swojego menadżera i poprosił o spotkanie. Bardzo się ekscytował perspektywą powrotu na scenę, ciągle o tym paplał. Ja tylko słuchałem, nie mogąc się nie uśmiechać.
Siedziałem już ostatnią, siódmą lekcję w szkole i jak nigdy, chciałem pojechać szybko do domu. Akurat tego dnia mój kosmita miał się spotkać z Maksem (menadżerem), kiedy wszyscy będą w szkole. Byłem ciekaw jakie rewelację mnie zastaną. Cieszyłem się szczęściem ukochanego, miałem nadzieję, że wszystko pójdzie po jego myśli.
Cały dzień nie mogłem prowadzić zajęć i tylko kazałem im coś robić samemu albo w grupach. Zobaczyłem, że jeszcze pięć minut do dzwonka, prawie każdy rozmawia, mając zrobione zadania lub zwyczajnie je olał. Wstałem i stanąłem na środku klasy, a uczniowie szybko zaczęli cichnąć.
 - Cieszę się, że już wszyscy zauważyli moją obecność. Zostało kilka minut, chcecie już zejść do szatni? … Czy jak większość od razu opuścić szkołę?
 - Tak! – rozległ się głos kilkorga uczniów.
 - To spakujcie się szybko i idziemy.
Do celu dotarły ze mną tylko dwie osoby – część musiała do toalety, na dodatkowe zajęcia poprawiać oceny, bo to już prawie koniec roku, a część po prostu od razu wyszła nie zmieniając obuwia… w sumie zawsze robiłem tak samo – więc pożegnałem się z nimi i szybko skierowałem się do pokoju nauczycielskiego. Stamtąd zabrałem swoje rzeczy, pożegnałem się z woźną, zmieniającą kartkę z zastępstwami na następny dzień (bo wcześniej nie może pani dyrektor jej uzupełnić, żeby wszyscy, włącznie z wcześniej kończącymi zajęcia wiedzieli) i pobiegłem w stronę samochodu.
Zaparkowałem przed domem, obok czarnego mercedesa.
Jeszcze jest?  - zdziwiłem się.
Wiki siedziała w ogrodzie i kopała piłkę z braciszkiem, a Krzyśka znowu nie było. Pomachałem im i od razu poszedłem do środka. Usłyszałem podniesione głosy, ale nie mogłem zrozumieć, o co chodzi. Zajrzałem do salonu, gdzie wściekły Marek przechadzał się z kąta w kąt, a na sofie siedział wygodnie wysportowany średniego wzrostu i wieku facet z ciemnymi wystylizowanymi włosami, w czarnych spodniach i białej koszuli z podwiniętymi rękawami i odpiętymi pierwszymi dwoma guzikami. Na nadgarstku ujrzałem srebrny zegarek i sygnet na palcu. Stukał coś w swoim Iphone, starając się ignorować mojego narzeczonego.
 - Marcin! – pierwszy ujrzał mnie wokalista. – Jak ci minął dzień? – spytał beztrosko.
Podszedł do mnie i krótko, aczkolwiek gorąco pocałował. Chyba bym go przyciągnął do siebie na dłużej, gdyby nie gość.
Wyżej wspomniany, prychnął i  wreszcie uraczył mnie spojrzeniem.
 - Witam.
Skinąłem głową. Coś mi nie przypadł do gustu.
 - To ja was zostawiam samych…
 - Nie! – przerwał mi Marek. – Zostań, to Max zaraz idzie.
Nie wiedziałem co powiedzieć, mimo to dałem się prowadzić w stronę fotela, gdzie usiadłem, a ukochany bokiem na moich kolanach. Zdziwiłem się.
 - Naprawdę lepiej będzie jak spokojnie porozmawiacie sam na sam.
 - Mi tam w sumie pana obecność nie przeszkadza. Może razem przekonamy go co jest najlepsze dla idola, a co nie – zwrócił się do mnie jego menadżer.
 - To znaczy?
 - Ja wiem lepiej co jest dla mnie dobre – wysyczał karmelowłosy.
Upewniłem się, że pojawiłem się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze.
 - Niby żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, wszyscy mają być tolerancyjni, ale w rzeczywistości na homoseksualizm zawsze patrzyło się z niechęcią – zaczął gość. – Nigdy nie było z twojej strony żadnego coming outu, nawet jeśli większość podejrzewała cię o… to.
 - Pedalstwo? – spytał z kpiną. – Przecież nie mówię, że chcę wyjść i wykrzyczeć: JESTEM GEJEM! Ja tylko chciałbym wrócić na scenę, brakuje mi jej.
Brunet przymknął powieki, wyraźnie chcąc opanować emocje. Natomiast ja postanowiłem uspokoić ukochanego i zacząłem głaskać go po udzie. Zerknął na mnie na co niepewnie się uśmiechnąłem. Odpowiedział mi tym samym.
 - Posłuchaj – głos Maksa był spokojny, ale wyraźnie ledwo trzymał nerwy na wodzy. – Jesteś trudny, to fakt. Często chcesz pokazać swoją odmienność, robisz wszystko po swojemu, nie mam już siły. Ale nie poddam się. Może i jesteś gwiazdą, ludzie cię mogą albo kochać albo nienawidzić, jednak żebyś nadal nią był większość musi należeć do tej pierwszej grupy. Ja wiem, że są homoseksualni i biseksualni artyści, jednak uwierz mają dużo trudniejsze życie. Teraz trochę o tobie ucichło, choć ludzie nadal czekają ze zniecierpliwieniem na twój come back, na forach o ciebie pytają, ludzie wstawiają zdjęcia z tobą, czy po prostu chwalą się spędzeniem kilku minut z idolem. Nie zniszcz tego.
 - Ty rozumiesz o co mnie prosisz?! Nie! Ty żądasz! – wydarła się moja gwiazdka.
Chciałem spytać o co, ale nie miałem odwagi się wtrącić.
Brunet znowu przymknął powieki i odczekał chwilę zanim mógł kontynuować.
 - Tak. Ludzie nie są tak głupi na jakich wyglądają, a nawet jeśli są to znajdą się osoby myślące, które się domyślą o waszym… związku. No bez jaj, łatwo dodać dwa plus dwa i wychodzi wszystko na jaw. Zniszczą cię. Strasz się być silny, ale wiele gwiazd się załamało, popadało w depresję i to przez mniejsze kłopoty.
Czułem jak ciało na moich kolanach się napina, a jego właściciel patrzy na człowieka z kanapy morderczym wzrokiem.
 - Nie znasz mnie – wysyczał. – Dobrze wiem, co to depresja, jak moja orientacja, styl może przeszkadzać innym i jakie są tego konsekwencje. Wiem, aż za dobrze. Wiem również, że bez bliskich bym sobie nie poradził i nie miałbyś tej gwiazdki zarabiającej dla ciebie szmal, nawet by pewnie nie było jej na tym świecie zanim bym się pojawił w Anglii, a co dopiero, kiedy podpisałeś ze mną kontrakt. Chcę tylko wrócić na scenę, grać koncerty, występować w głupich programikach i wywiadach – ostatnie zdanie powiedział spokojniej.
 - To wiąże się z większym zainteresowaniem tobą. Już bądź sobie tym całym gejem, nic na to nie poradzę, ale spotykaj się z kimś innym! Kimś sławnym, ludzie to uwielbiają. A nie - z jakimś nauczycielem.
Dopiero teraz w pełni pojąłem, o co chodzi. Przez moment się zawahałem, szczęście bliskich było dla mnie rzeczą priorytetową, ważniejszą od mojego, ale wystarczyło, że zerknąłem na twarz mojego skarbu, a wiedziałem, iż to nie będzie to co on chce.
Westchnąłem i wstałem z Markiem na rękach, ale zaraz odłożyłem go na moje miejsce. Był taki lekki. Ten tylko cicho się zaśmiał, zaskoczony moim zachowaniem, lecz w żaden sposób nie zaniepokojony, a przynajmniej tak mi się wydawało, w końcu znałem go na wylot.
 - OK, mam tylko dwa pytania: o której pan przyszedł oraz czy nadal łączy was kontrakt?
Gość uniósł brew do góry i zmierzył mnie od góry do dołu.
 - Jestem tutaj od dwunastej i nie, dopiero chcemy podpisać kolejny.
Skinąłem głową, podchodząc bliżej.
 - A więc… Trzy godziny mój skarb się przez pana denerwuje… no może mniej, bo znając go nie pozwolił panu na początku dojść do słowa i zaczął opowiadać o swoich planach i wizjach. – Usłyszałem ciche parsknięcie zza pleców. – Dodatkowo, jeśli dobrze zrozumiałem, chce pan żebyśmy ze sobą zerwali, bo światu nie spodoba się związek ich idola z facetem nauczycielem. Chyba nie sądzi pan, że spokojnie będę się temu przyglądać i słuchać. Mam nadzieję, że nie muszę panu pokazywać, gdzie są drzwi, a tym bardziej mówić, że na kolejny kontrakt raczej nie ma co liczyć.
 - Nie bądź śmieszny, to nie kabaret. To jest twój skarb? To chyba powinno ci zależeć, żeby był szczęśliwy.
 - Chyba przeoczyłem moment, kiedy przeszliśmy na ty. Dodatkowo…
 - … moje szczęście jest przy boku tego faceta, zawsze było. Nie mam zamiaru go stracić, dla jakiegoś pierdolonego świstka papieru. Znajdę kogoś innego, o to się nie martw – dokończył za mnie czekoladowooki, przytulając od tyłu.
Szeroka szczęka Maksa zacisnęła się mocno, a na skroni zaczęła pulsować żyłka. Bez słowa wstał i wyszedł.
 - Kurwa! Ja pierdole, co za kutas. Jak ja mogłem zapierdalać dla tego jebanego…
 - Uspokój się, bo jeszcze Kuba usłyszy i będzie powtarzać. – Przytuliłem go , widząc znad jego ramienia zaskoczony wyraz twarzy Wiktorii, która właśnie postanowiła wrócić do środka.
 - Przepraszam za niego. On serio myślał, że cię zostawię? I jeszcze przy tobie… W czym niby miałeś mu pomóc?! Zerwać ze mną?!
 - Cii… - Głaskałem go po plecach.
Poczułem jak moja bluzka robi się mokra, więc tylko mocniej go przytuliłem, a kiedy to nie dawało efektów, pocałowałem. Starłem kciukiem łzy z jego policzków, pogłębiając pieszczotę.
 - Kochanie, nie płacz. Nie przez niego… - wyszeptałem w jego usta, które zaraz rozciągnęły się w uroczy uśmiech.
 - Będę musiał poszukać kogoś innego, a w tym czasie zacznę pisać też nowe teksty, przecież nie mogę powrócić ze starymi.
Ucieszyłem się, widząc go takiego. Mojego upartego, odważnego, wrażliwego faceta, którego wreszcie mogę znowu zagarnąć w ramiona i pocałować, co z resztą uczyniłem.
 - Kiedy obiad?! – wbiegł Kubuś, mimo prób córci zatrzymania go.
Oderwałem się od tych słodkich ust i zaśmiałem cicho.
 - Właśnie, kiedy obiad? – powtórzyłem.
Narzeczony westchnął i pokręcił głową.
 - Dzieci… Chodź chłopczyku, pomożesz mi ze sztućcami. – Pociągnął mnie za rękę.
 - Tak jest, mamusiu. – Zasalutowałem rozbawiony.
Spojrzał na mnie morderczym wzrokiem.
 - Śpisz na kanapie.



piątek, 26 sierpnia 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 12.

Rozdział 12.
Parę dni później…
Tamtego dnia wypadały urodziny Wiktorii. Co rok Anka piekła jej ulubiony tort – czekoladowy z bitą śmietaną, wiśniami i jeszcze większą ilością czekolady. Na piętnaste, szesnaste i wszystkie kolejne już nie miała jak, ale ja postanowiłem zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby upiec odpowiednie ciasto. W zasadzie to rzadko piekłem desery, więc nie miałem wprawy, ale liczyłem, że mimo wszystko poradzę sobie. Tylko PEWNA OSOBA postanowiła mi to utrudnić.
 - Marcin… Mogę trochę tej śmietanki? – spytał.
 - Mhm… TROCHĘ.
Stanął za mną i ulokował dłonie po moich bokach, powoli sunąc nimi w dół. Wstrzymałem oddech. Dopiero, kiedy zaczął głaskać mnie po brzuchu, zaraz nad spodniami, odwróciłem się.
 - Takiej na pewno nie dostaniesz – odparłem kategorycznie.
Zrobił smutną minkę i nieśmiało pocałował. Już ja wiedziałem jaki on bywa niewinny.
 - Nie - powtórzyłem z westchnieniem.
 - Ciasto nie zając, nie ucieknie.
 - Ty też. – Objąłem go w pasie.
Położył dłonie na mojej klacie, przekrzywiając lekko głowę.
 - Jesteś pewny?
 - Mhm… - zamruczałem mu do ucha. – Zajmij się czymś, nie wiem zrób próbę na występ, czy coś.
Tak, narzeczony miał śpiewać na imprezie mojej biednej córci. Śpiewał pięknie, to fakt, ale… To Marek, no! Ale OK, poprosiła go o to, zgodził się, więc pozostaje mi się tylko modlić o biedne duszyczki uczestników przyjęcia.
Westchnął zrezygnowany i usiadł na blacie.
 - To ci potowarzyszę.
Wzruszyłem ramionami i powróciłem do pieczenia. Co prawda Marek to nadal dziecko uwięzione w ciele dorosłego mężczyzny… znaczy kosmity, i musiał co chwilę podjadać.

O szesnastej wszystko było gotowe i tylko czekaliśmy na Wiktorię oraz jej znajomych. Tort i przekąski na stole, prezenty ustawione obok, dużo wolnego miejsca dla żywiołowego Marka. Jego koncert miał trwać godzinę, a później chcieli wybrać się do Aquaparku, gdzie miał ich zawieść znajomy mojego narzeczonego i odwieźć, a pieczę nad opieką nad nastolatkami powierzyłem Krzyśkowi. Uznałem, że dziewiętnastolatek będzie lepszym pomysłem niż stary ojciec… jeśli to jest kiedy trzeba, odpowiedzialny, gej zakochany w swoim chłopaku na zabój. Dodatkowo Kubuś pojechał do dziadków, rodziców Ani.
 - Już od trochę ponad roku nie występowałem – wyznał ukochany – chyba trochę się denerwuję.
 - Chyba? To nie wiesz?
 - Może zostaniesz? Chociaż w tle, tylko posłuchać. Będzie mi raźniej.
Ucałowałem jego skroń, rozczulając się nad jego uroczością*… o ile w ogóle istnieje takie słowo. 
 - Wiesz, że śpiewasz pięknie, ale jeśli chcesz to z chęcią zostanę i posłucham twojego pięknego głosu. To chyba jedna z moich ulubionych czynności.
Delikatny rumieniec wkradł się na tą śliczną twarzyczkę.

Stałem jak urzeczony, patrząc na mojego ukochanego, wykonującego piosenkę Alone.
Głos był czysty bez żadnych ozdobników, muzyka wpadająca w ucho, wesoła i chyba gdybym nie poszukał w Internecie tłumaczenia to bym nie domyślił się jak głębokie zawierały testy. Mówiły o nadziei, zdradzie, szczęściu, bólu… każda zawierała inny problem, czy uczucie. Dodatkowo wiedziałem jak osobiste to były testy, prosto z życia ich autora i wykonawcy w jednym. On miał prawdziwy talent, nic dziwnego że był popularny. Nadal się dziwię, że ludzie zaczepiają go średnio zaledwie raz dziennie. Nigdy nie narzekał, tylko zatrzymywał się, pstrykał kilka zdjęć, rozmawiał przez chwilę, w zależności od posiadanego czasu. Miał wredny charakterek, to się nigdy nie zmieniło, ale ludzie to chyba w nim kochali – nie dostosowywał się do otoczenia, był po prostu sobą.
Po godzinie i pięciu minutach na bis, z uśmiechem pożegnał oczarowaną nim widownię. W tym czasie Krzysiek zatarł ręce podekscytowany perspektywą wyjścia do Aquaparku i popędził po telefon, żeby zadzwonić do Grubego.
Kiedy wszyscy pojechali postanowiłem wykorzystać wolny czas na posprzątanie po gościach. Chodziłem z salonu do kuchni i z powrotem. Wraz z zabraniem ostatniej partii talerzyków po cieście, w końcu przeniosłem wzrok na mojego narzeczonego, zainteresowany co ten przez cały czas robił. Siedział. Po prostu siedział!
 - Marek… - zacząłem, ale nie dane mi było dokończyć.
Wstał i zaczął cicho nucić pod nosem. Po chwili z jego ust wydobyły się słowa piosenki. Nigdy jej nie słyszałem. Mimo początkowego zamiaru opieprzenia go za lenistwo, tylko stałem i gapiłem się na miłość mojego życia. Powoli podszedł, patrząc mi głęboko w oczy, nie przerywając śpiewania, a z moich rąk wypadły wszystkie talerze.  Kiedy już stanął tak blisko, że prawie stykaliśmy się klatami, na jego twarz wkradł się uwodzicielski uśmiech. Jedną dłoń położył na moim policzku, a nogą oplótł moje biodro. Przechylił głowę i przerwał śpiewanie, aby móc mnie pocałować, ale nim zdążyłem jakkolwiek zareagować odsunął się. Wycofał się parę kroków, idąc tyłem. Zagryzł na moment wargę, nucąc tą samą melodię. Odchylił głowę na bok, przejeżdżając dłonią po swojej bladej szyi i sunąc nią dalej w dół. Przełknąłem głośno ślinę, gdy odwrócił się i schylił do laptop, leżącego na podłodze, by puścić jakąś piosenkę… nadającą tamtemu momentowi jeszcze bardziej intymny nastrój. Powoli się wyprostował i odwrócił głowę w moją stronę. Przeczesał swoje krótkie włosy palcami z zadziornym uśmiechem. Zaczął tańczyć w rytm melodii, co chwilę ocierając się o siebie, kręcąc biodrami, czy robiąc inne prowokujące pozy.
A ja… A ja nie potrafiłem się ogarnąć, tylko stałem z tymi talerzami pod nogami, erekcją w spodniach, gapiąc się na niego.
Z czasem jego bluzka wylądowała gdzieś koło stolika, a ja dopiero wtedy się ocknąłem i podszedłem do niego. Jednak ledwo udało mi się musnąć te słodkie wargi, zostałem odepchnięty na kanapę.
 - A, a, a! – Pogroził mi palcem. – Nie dotykamy. Patrzymy.
Czułem, że mi zaraz coś rozsadzi dżinsy, ale o dziwo posłusznie siedziałem i obserwowałem, jak mój facet wygina się już będąc na kolanach.
Oblizał usta i na czworaka, idąc jak pantera, podszedł do mnie. Oparł ręce o moje rozszerzone uda i uśmiechnął się szeroko. Było coś w tym takiego, że miałem ochotę porwać go w ramiona i scałować, ale zamiast tego, jak zahipnotyzowany nie ruszyłem się i czekałem na kolejny ruch kochanka.
Cały czas patrząc mi w oczy, zaczął rozpinać pasek, guzik, suwak moich spodni. Wsunął rękę od razu pod moją bieliznę, a ja aż się zachłysnąłem powietrzem, czując te smukłe palce na mojej męskości. Zaraz została wyzwolona z ciasnego materiału. Jego wzrok natychmiast powędrował na mojego członka. Oblizał się i pochylił nad niego. Kiedy te usta zamknęły się na główce z mojego gardła wyrwało się głośne westchnienie. Moje biodra chciały wystrzelić w górę, ale nie pozwoliłem im na to. To był jego pierwszy raz i wolałem, żeby sam się wszystkim zajął. Z zaskoczeniem obserwowałem, jak prawie cały zniknął w jego gardle, a ten tylko przez chwilę się zakrztusił, ale nie zrażony kontynuował. Kiedy nasze spojrzenie się spotkało, żaden z nas już nie odwrócił wzroku, patrząc na drugiego z takim samym pożądaniem i oddaniem.
 - Marek… Słuchaj, bo ja…
Zrozumiał. Dokończył ręką, którą zaraz oblizał z resztek. Nawet sobie nie wyobrażacie jak on wyglądał z tymi kilkoma kroplami spermy na twarzy. Natychmiast się pochyliłem i zlizałem je.
Wdrapał się na moje kolana i wsunął dłonie pod moją bluzkę, nagle znowu śpiewając piosenkę. Po moim ciele przeszedł dreszcz. Pociągnął ją w górę i natychmiast podniosłem ręce by mógł ją ze mnie ściągnąć. Momentalnie zaczął składać na moim ciele drobne pocałunki, a przynajmniej tam gdzie sięgał. Krótko musnął moje wargi i zszedł ze mnie. Obserwowałem, jak śpiewając i zmysłowo tańcząc w rytm melodii grającej w tle, zaczął odpinać spodnie. Byłem pełny podziwu, widząc jak szybko te cholerne, czerwone rurki znalazły się na podłodze. Zaraz dołączyły do nich bokserki i już całkowicie nagi podszedł i powrócił na swoje miejsce. Śpiewał coraz ciszej, przybliżając się do moich ust i w końcu połączył je w żarliwym pocałunku. Moje dłonie same powędrowały na jego pośladki. Zakończył pocałunek i sięgnął pod poduszkę, spod której wyciągnął… lubrykant?
 - Skąd…?
Uśmiechnął się zadziornie i podał mi.
 - Kiedy ty byłeś zajęty sprzątaniem, nie leżałem tylko na kanapie i obserwowałem cię… W dziewięćdziesięciu procentach tak, ale z krótką przerwą na przygotowanie wszystkiego.
Swoje dłonie przeniósł na moje policzki i namiętnie pocałował. Od razu zacząłem oddawać pieszczotę, równocześnie próbując go przygotować jak najlepiej. Kiedy skończyłem, skubnął mnie lekko w dolną wargę i ustawił odpowiednio. Nawet nie kwapił się ze zdjęciem mi spodni, ale najwyraźniej nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Mój penis na zewnątrz, reszta może być w ubraniu. Powoli opuszczał swoje biodra, trzymając się kurczowo moich ramion. Odczekał chwilę ciężko oddychając na moją szyję. Głaskałem go po plecach. Kiedy w końcu zaczął się poruszać, nasze jęki i westchnienia wypełniły pokój. Było mi z nim tak dobrze… Doszliśmy niemal równocześnie. Mimo osiągnięcia orgazmu, nadal nie ruszał się z moich kolan, wtulony we mnie.
 - Kocham cię – wyszeptał.
Głaskałem go po plecach i bardziej przyciągnąłem.
 - Ja ciebie też.
 - Nie mam siły. Zaniesiesz mnie? – spytał. – To chyba przez ten koncert – wytłumaczył.
Ucałowałem jego skroń i ostrożnie wstałem, nadal trzymając go prze sobie. Na schodach było trudniej, ale w końcu dotarliśmy do łazienki  posadziłem go w wannie, a następnie nalałem do niej wody i różanego płynu.
 - Umyjesz mnie? – spytał niewinnie.
Wiedziałem, że jest zmęczony i najchętniej to by się przespał (nie zaniosłem go do łóżka, bo wiem, iż następnego dnia miałby focha, że pozwoliłem mu tak iść spać) więc nie będzie nic kombinował. Wszedłem do niej i przyciągnąłem go do siebie, tak żeby opierał się plecami o mój tors i zacząłem myć. Czułem jak odpływa.
 - Tęskniłem za tym. Chyba jednak wrócę do śpiewania – powiedział cicho, przed zaśnięciem.
Uśmiechnąłem się rozczulony tym widokiem i najostrożniej jak się da, wytarłem i zaniosłem do sypialni. O dziwo tylko raz wyglądał jakby się budził, ale jednak wracał do krainy snów.


 *O dziwo Word nie podkreśli mi tego słowa! o,O 

czwartek, 25 sierpnia 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 11.

Rozdział 11.
Zaspany przetarłem oczy. Mojego dziwoląga już nie było w łóżku, ale co się dziwić? Toż to ranny ptaszek… w odróżnieniu do mnie. Przeciągnąłem się i przeczesałem rozpuszczone w nocy przez Marka włosy. Zauważyłem, że lubi je przeczesywać i mierzwić, w trakcie pocałunków. Wstałem i z nowym, czystym ubraniem poszedłem do łazienki się umyć, gdyż ubiegłej nocy nie miałem już siły tego robić. Odświeżony zszedłem na dół i pocałowałem narzeczonego w policzek, szepcąc mu, że musimy później porozmawiać. Przy okazji ukradłem kanapkę i zasiadłem z resztą przy stole.
 - Ani się waż tak więcej robić – pogroził mi i wyrwał książkę z rąk Wiktorii by mnie nią uderzyć w głowę.
 - Hej! Za coś takiego mnie bijesz? No wiesz co?
Posłał mi całusa w powietrzu i również usiadł.
Takie codzienne rodzinne poranki – do których zawsze dołączałem ostatni – były bardzo przyjemne. Prawie zawsze kończyły się małą sprzeczką, ale co z tego skoro po godzinie wszyscy się kochali i miłowali nad życie?
Kiedy dzieciarnia ulotniła się do swoich pokoi, mogłem w spokoju porozmawiać z Markiem. Odsunął moje krzesło i usiadł na mnie okrakiem. Zauważyłem, że bardzo lubi w taki sposób ze mną rozmawiać.
 - O co chodzi? – spytał, wyplątując z mojego kucyka jedno pasmo i bawiąc się nim.
 - Wiki ma za parę dni urodziny. Przejdziesz się ze mną wybrać jakiś prezent dla niej?
 - Oczywiście! – powiedział uradowany. No tak… to zakupy!
 - Nie dla ciebie tylko dla mojej córki – przypomniałem.
Wywrócił oczami.
 - Wiem, wiem. Ale to nie przeszkadza w…
 - Przeszkadza – uciąłem.
Zrobił smutna minkę i spojrzał na mnie tymi swoimi wielkimi paczałkami. Westchnąłem i pocałowałem go w czoło.
 - Niech ci będzie.
 - Jej! – krzyknął szczęśliwy. – Spokojnie, najpierw najważniejsze, jestem odpowiedzialny.
 - Może przy okazji wstąpię w końcu do fryzjera…
 - Nie ścinaj ich – zaprotestował. – Lubię je.
Przyjrzałem mu się sceptycznie. Wiedziałem o tym, ale jakoś… sam nie wiem czemu chciałem się pozbyć tych długich kłaków.
 - Zastanowię się.
Pocałował mnie i uśmiechnął się szeroko.
 - Przecież nie mówiłem, że się zgadzam – oburzyłem się.
 - Tak, tak… To kiedy chcesz iść?
 - Dzisiaj, może po obiedzie, jak pojedzie na trening?
Skinął głową i zszedł ze mnie. Po namyśle nachylił się i przejechał dłonią po moim rozporku, szepcąc:
 - A wczoraj byłeś zajebisty.
Przełknąłem głośno ślinę, a młodszy wyszedł.
 - Tylko? – spytałem, udając rozbawianie. W rzeczywistości chciałem tam za nim pobiec i wziąć go na tym co będzie w pobliżu.
Policzyłem do dziesięciu, próbując się ogarnąć.

Popołudniu zawieźliśmy moja córcię na zajęcia i pod razu ruszyliśmy w stronę centrum handlowego. Zaparkowałem i weszliśmy do środka.
 - OK… A teraz mi pomożesz, bo nie wiem, co… Słuchaj mnie! – upomniałem go, kiedy widziałem jak zagląda w stronę CCC.
 Wywrócił oczami. Rozejrzał się po otoczeniu i wzruszył ramionami.
 - Buty.
 - Nie dla ciebie.
 - Wiem, ale ostatnio ma fazę na trampki. Różna firma, różne kolory… Ma już ich w domu z cztery pary.
W tamtym momencie odkryłem, że nie znam swojej własnej córki.
Skinąłem głową i ruszyliśmy w stronę wyżej wymienionego sklepu, tym razem już nie interesując się rzeczami dla ukochanego. Po piętnastu minutach dyskusji w końcu wybraliśmy takie, które wyglądają jak z dżinsu z suwakiem z boku. Wstąpiliśmy jeszcze po dużą czekoladę z bakaliami, jej ulubioną. Ciągle ćwiczyła, więc spokojnie mogła żreć słodycze, a i tak była szczupła.
No a na koniec ruszyliśmy na godzinne poszukiwanie nowych ciuchów dla Marka, ale skończyło się na dwóch bransoletkach… damskich, ale jemu najwyraźniej to nie przeszkadzało. Były to poplątane sznureczki połączone jasną tabliczką z napisem. Jedna była granatowa z wygrawerowanym HOPE, a druga zielona z HAPPY. Wahał się nad jeszcze jedną, różową (tak, różową. Cytując Marka – problem?! To moje nadgarstki) z SMILE, ale była ostatnia i rozproszony jakimiś butami, których i tak nie wziął, nie zauważył, że ktoś mu ją podwędził.
Częściowo zadowolony, pozwolił mi odsapnąć w kafejce. Popijaliśmy kawę, jedząc ciasto czekoladowe.
 - Tyle chodzenia dla tego – wskazałem na zdobiące jego oba przeguby bransoletki.
 - Nie podobają ci się?
 - Podobają, ale jestem wykończony – westchnąłem.
Zrobił smutą minkę, lecz zaraz na jego twarz wkradł się przebiegły uśmieszek.
 - W domu ci to wynagrodzę.
Nie potrafiłem przekonać kącików moich ust, że mają pozostać na swoim miejscu.
 - Jesteś strasznie niewyżyty.  
Zagryzł dolną wargę, a następnie upił kolejny łyk czarnego napoju bogów.
 - Skąd wiesz o co mi chodzi? – spytał niewinnie.
 - Bo cię znam, aż za dobrze. – Puściłem mu oczko.


środa, 24 sierpnia 2016

Do czytelników.

Cześć! Jejku jak ja się cieszę, że znowu piszę Nie przestane cię kochać ;) Wczoraj, kiedy już nie mogłam pisać kolejnego rozdziału, z powodu braku czasu, dopiero zrozumiałam jak mi ich brakowało... A co najgorsze, nie chcę jeszcze kończyć. Za dużo pomysłów! Jakby tego było mało, to mam jeszcze dziesiątki pomysłów na inne opowiadania (kiedy nie mam co robić, choćby jadę autobusem, to zaraz żeby zająć czas wymyślam kolejne, kolejne... I tak dobrze, że teraz wieczory spędzam czytając, bo jeszcze kilka miesięcy temu, z godzinę leżałam, mając w głowie tyle planów... Raz nawet mi się oczy lekko zaszkliły przy końcówce, ale kiedy chciałam to napisać, to nagle nie umiałam dobrać odpowiednich słów :'(  ) i również chcę je zrealizować, a czasu nie mam aż tyle i jest mi z tego powodu smutno :( Muszę wymyślić jakiś sposób.
PS. Ten moment, kiedy jak zawsze boję się, że rozdziały będą za krótkie, a tu nagle robią coraz to dłuższe... ;)
Milly (/_/)

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 10.

Rozdział 10.
Po przebudzeniu się, od razu przed oczami widziałem ten uśmiech.
 - Nie śpisz? – spytałem zaspanym głosem.
Pokręcił przecząco głową i przytulił mnie.
 - Może z dziesięć minut – powiedział. – Wyspany?
 - Mhm… Kocham cię, wiesz?
 - Ja ciebie też.
Leżeliśmy tak parę minut, a żaden z nas nie chciał się podnieść pierwszy. Tak było dobrze. W końcu zerknąłem na zegarek i ciężko westchnąłem. Cmoknąłem go w czoło i zdjąłem z siebie.
 - Trzeba wstawać. Już jest dobrze po dziewiątej.
Przeciągnął się i postawił swoje stopy na dywanie. Zilustrowałem jego ciało, przypominając sobie wczorajszy wieczór. Nagle nie wiedzieć czemu nabrałem wyrzutów sumienia. Chodzi o Ankę. W sumie to jak pierwszy raz ją pocałowałem, też mi zaświtało w głowie a co z Markiem?
 - Hej, co jest? – Chwycił mnie za rękę.
 - Hm? A nie, nie ważne.
Bardzo mocno mnie przytulił.
 - Jestem twoim narzeczonym, chyba możesz mi powiedzieć? – spytał.
 - Ja po postu… - Westchnąłem i ująłem jego zmartwioną twarz w dłonie. – Wiesz, ledwo wczoraj była rocznica śmierci mojej żony, a tego samego dnia już się zachowuje jakby nigdy nic, wiążę się  z inną osobą, oświadcza mi się, kochamy się… Tak jakoś wszystko szybko się dzieje.
Opuścił wzrok i położył swoje ręce na moje.
 - Żałujesz?
Zdziwiłem się. Mimo wszystko spodziewałem się innej reakcji. Prawie zapomniałem, jak delikatną osóbką jest mój ukochany.
 - Nie, no coś ty. Przecież wiesz, że cię kocham.
 - Anie również. – Wstrzymałem oddech. Czyżby… - Przepraszam – zaraz się zreflektował. – Nie miałem tego na myśli. Jest OK. Idziemy na dół?
Odsunął moje dłonie i wstał. Owinął się różowym szlafroczkiem w misie, stanął przed wielką szafą, specjalnie kupioną, żeby pomieścić jego ubrania, i zaczął wybierać strój na dzisiaj.
Patrzyłem na niego zmartwiony, nie wiedząc co powiedzieć.
Po dłuższej chwili, zabrał kilka rzeczy i udał się w stronę łazienki. Przy drzwiach, po namyśle, odwrócił się i posłał mi swój piękny uśmiech.
 - W porządku – powiedział i wyszedł.
Wiedziałem, że to nieprawda. Chciałem coś zrobić, ale po prostu nie umiałem, nie wiedziałem co. Marek był zawsze taki kruchy, łatwo było go zranić, choć chciał udawać silnego, twardego.
Kiedy po kilkudziesięciu minutach wyszedł, również poszedłem się umyć, ubrać. Rozczesałem włosy, związałem gumką, notując w głowie, żeby pójść w końcu do fryzjera. Zszedłem do kuchni i ujrzałem wszystkich przy stole poza moim narzeczonym, który przygotowywał naleśniki z syropem. Uśmiechnąłem się, mimowolnie czując ten piękny zapach. Zmarszczyłem brwi, widząc jego cudny czarny fartuszek z czerwonym napisem Lepiej całuję, niż gotuję. Pokręciłem głową i zająłem swoje miejsce. Wiki sprzeczała się o coś z braciszkiem, a Krzysiek próbował ich jakoś pogodzić, więc było trochę głośno, przez co nikt nie zwrócił uwagi na milczącego mnie i miłość mojego życia. Tylko długowłosy rzucił nam pytające spojrzenie, ale na szczęście nic nie powiedział.
Po śniadaniu zostaliśmy we dwóch sami w kuchni. Czekoladowooki sprzątał, a ja chciałem z nim pogadać na osobności. Po chwili wahania, podszedłem do niego i przytuliłem od tyłu.
 - Skarbie – zamruczałem mu do ucha – proszę nie gniewaj się. Nie miałem nic złego na myśli.
 - Przecież nie jestem zły – powiedział.
Widziałem, że kłamie, ale to taki uparciuch…
 - O co poszło? – wszedł najstarszy z rodzeństwa. – Marcinowi coś wczoraj w łóżku nie wyszło, czy co? – zażartował.
Uniosłem brew do góry, zaskoczony.
 - O nie – narzeczony uwiesił mi się na szyi – wręcz przeciwnie. Było zajebiście.
Odchrząknąłem zdenerwowany.
 - To o co poszło, hm? – nie odpuszczał.
 - Nie wiem o czym mówisz – odparł Marek.
Pocałował mnie krótko i wyszedł, a ja stałem i obserwowałem miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał. Westchnąłem i również wyszedłem, unikając spojrzenia ostatniej osoby.
Zamknąłem się w gabinecie, udając ze jestem bardzo zajęty sprawdzaniem kartkówek. W rzeczywistości robiłem to zawsze w szkole, jak miałem chwilę dla siebie, ale nikt nie musi przecież o tym wiedzieć. Siedziałem tam z godzinę i w końcu podjąłem decyzję co zrobię.
Jakby nigdy nic poszedłem do salonu, gdzie reszta oglądała jakiś film. Zauważyłem, że przyszedł też Łukasz. Podniosłem rękę do góry, witając się z nim. Zrobił to samo i znowu skupił się na telewizorze. Usiadłem na kanapie pomiędzy Kubusiem, a Markiem, z czego tą drugą osobę objąłem ramieniem. Zerknął na mnie; miałem wrażenie że przez jego twarz przebiegł cień zaskoczenia. Oparł się o mnie, a synek z drugiej strony. Nie widziałem połowy, więc nie wiedziałem o czym jest ten film, ale najważniejsze było, że siedzieliśmy razem wielką rodziną.
Wieczorem Krysiek ze swoim chłopakiem poszli do jego pokoju; blondyn miał u nas nocować. Wiki zniknęła u siebie, od razu zajmując miejsce przed komputerem, a Kuba postanowił ją troszeczkę podenerwować bawiąc się samochodzikami w jej pokoju.
Natomiast ja wciągnąłem piosenkarza na kolana i krótko pocałowałem. Wolałem się nie odsuwać, ale to by groziło zaniechaniem  moich planów. Spojrzałem w te czekoladowe oczy, chcąc w tym jednym spojrzeniu przekazać jak bardzo go kocham.
 - Chciałbyś się ze mną gdzieś przejść? – spytałem.
Wyglądał na zamyślonego, ale po chwili skinął głową. Zaraz jednak jakby się ocknął.
 - Muszę iść się przebrać! Gdzie wychodzimy? No mów!
 - Ha, ha! Daj mi dojść do słowa. Niespodzianka, ale ubierz się jak chcesz, tak też może być.
 - Nie!
I wyszedł.
Westchnąłem, wiedząc że jeszcze dużo czasu minie zanim wróci. Przy okazji wstąpiłem do Krzyśka, żeby mu powiedzieć o wyjściu, pobawiłem się z Kubusiem, ku uldze nastolatki oraz poprawiłem włosy.
Siedziałem na kanapie, czekając na narzeczonego, kiedy wreszcie stanął przede mną. Otworzyłem szczerzej oczy, nie mogąc ich od niego oderwać. Założył białe spodenki, niebieską bluzkę z jakimś dziwnym nadrukiem, możliwe że motyw z bajki, ale nie wiem, żółta bluza, tego samego koloru trampki, na nadgarstkach bransoletki, włosy idealnie wymodelowane, a ja nadal nie mogłem przestać gapić się na jego zgrabne nogi. Po chwili dopiero oprzytomniałem. Odchrząknąłem i wstałem.
 - Już?
Uśmiechnął się szeroko i cmoknął mnie w usta.
 - To gdzie idziemy?
Wziąłem go za rękę i poprowadziłem w stronę wyjścia.
 - No gdzie? – pisnął.
Zaśmiałem się i posłałem mu uśmiech.
 - Zobaczysz.
Pojechaliśmy do miasta i zaparkowałem niedaleko parku. Poprowadziłem go jeszcze pięć minut, aż dotarliśmy pod pizzerię, wieczorem wyglądającą jeszcze lepiej z zapalonymi świeczkami na stolikach i pięknym widoku na park, rzekę i oświetlony zamek. Zajęliśmy miejsca, zamówiliśmy kolację i czekaliśmy.
 - Mam wrażenie, że kiedyś już tu byłem – odezwał się pierwszy.
 - Byłem ciekaw, czy pamiętasz. To tutaj przyszliśmy na obiad, kiedy u mnie nocowałeś. Czułem się trochę jak na randce, choć byliśmy tylko przyjaciółmi. Nawet zamówiliśmy tą samą pizze.
 - Ale ona już stara – westchnął. – Jak myślisz, ile ma lat? Teraz ją kojarzę i od kiedy pamiętam już tu była.
 - Właściciel kilka lat temu przepisał ją synowi, a jemu jego ojciec. Z pokolenia na pokolenie.
Uniósł brew zaskoczony.
Zaraz później dostaliśmy nasze zamówienie, zjedliśmy i wybraliśmy się na spacer do parku. Usiedliśmy na jednej z ławeczek przy rzece. Było już ciemno, księżyc świecił wysoko na niebie, ani jedna chmurka nie ważyła się zasłonić gwiazd.
 - Pięknie. Dziękuję – powiedział Marek słodko się uśmiechając w stronę wody.
 - Jesteś dla mnie bardzo ważny. Zrozum. Po prostu… Sam nie wiem. Wybacz. Będziesz moim mężem, kochałem cię dwadzieścia lat temu i kocham do dziś! To chyba coś świadczy, nie?
Ujął moją twarz w dłonie i czule pocałował. Szczęśliwy skinął głową, a następnie oparł się o mnie. Chwyciłem go za rękę, czując się jakbym trzymał cały mój świat, moją gwiazdkę z nieba.
 - Marcin… - zagadał z wielkim smutkiem w głosie. Zaskoczony przeniosłem wzrok na mojego ufoludka. – Ja… Pamiętasz, jak pierwszy raz po latach się spotkaliśmy, a kiedy już wszystko wyjaśniliśmy pojechaliśmy do pana Mazurek?
Uśmiechnąłbym się nawet z nazwania tak pana Adama, gdyby nie sposób w jaki to powiedział.
 - Tak, oczywiście. Tego dnia odzyskałem jedną z najważniejszych dla mnie osób… a inną straciłem.
 - Ty… Ty wtedy… Kurwa. Powiedziałeś temu mężczyźnie, że… Czy ty próbowałeś się zabić?
Nie odpowiedziałem. Patrzyłem na rozmazany księżyc, odbijający się w rzece.
Zmusił mnie do spojrzenia na niego.
 - Kochanie, powiedz.
 - Jejku.. Tak! Zadowolony?
Dostrzegłem, że w jego oczach już nie migają te wesołe ogniki odbijanego światła z latarni, czy świec. Wtedy lśniły, ale w zakazany sposób.
 - Nie płacz. – Pogłaskałem go po policzku. – Żyję. Proszę, nie chcę teraz o tym rozmawiać. Innym razem. Teraz spędźmy razem miły wieczór. 
 - A… Może po powrocie też być bardzo miło… - powiedział sugestywnym głosem.
Mocno, ale krótko go pocałowałem.
 - Może.


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Nie przestanę cię kochać (część 2) - Rozdział 9.

Rozdział 9.
Wieczorem poszliśmy do już naszej sypialni wcześniej, pod pretekstem zmęczenia całym emocjonującym dniem. Krzysiek, jakby podejrzewał nasze nikczemne zamiary i powiedział, że zabiera dzieciaki na plac zabaw (choć Wiki się opierała, gdyż dzieci coraz bardziej ją irytowały). Sam nie wiem, czy to przez szampan otwarty na cześć naszego związku (choć nie mam słabej głowy), czy to tęsknota, a może jeszcze coś innego… Pchnąłem go na łóżko i przywarłem do jego smakowitych, pełnych ust. Nie mogłem się tym nasycić, pragnąłem go całego. Chłopak w międzyczasie rozpuścił mi włosy i zagłębił w nich palce, chcąc przyciągnąć jak najbliżej. Jedną ręką cały czas się podpierałem, a druga wślizgnęła się pod cieniutką bluzeczkę partnera. Głaskałem jego bok, czując jak delikatna i aksamitną ma skórę. Nadal był bardzo szczupły, ale nabrał trochę mięśni, które napinały się pod moim dotykiem. Zjechałem wargami na jego długą szyję, a Marek odchylił głowę, dając mi do niej pełen dostęp. Był tak idealny, nieskazitelny, że aż bałem się zostawić na jego ciele choć najmniejszy ślad. Czułem się jakbym odpłynął do raju, już nic poza nim się dla mnie nie liczyło w tamtym momencie.  Pociągnąłem go za jasnozielony materiał, który za bardzo mi wadził. Ukląkł naprzeciwko mnie, dłonie trzymając na mojej szyi. Uśmiechnął się słodko i znowu pocałował. Prawie zapomniałem, że chciałem zdjąć tą uciążliwą bluzkę. Badałem jego plecy dłońmi. Między pocałunkami, uśmiechnąłem się słysząc jak mruczy, kiedy przejechałem paznokciami po jego kręgosłupie. Odsunął się na niewielką odległość i zaczął odpinać mi guziki, patrząc na to swoimi czekoladowymi oczami, a następnie zsunął ją zmysłowo z moich ramion. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Wyglądał za razem tak słodko, seksownie, drapieżnie i… niewinnie. To była niesamowita mieszanka. Nie sądziłem, że tak się da, ale to Marek, a on chyba nawet nie jest człowiekiem… Ach no tak, wygadał się mojemu tacie, że jest kosmitą. Pociągnąłem go za biodra bliżej i znowu zatraciłem się w jego ustach. Sunął na zmianę swoimi rękami po moich ramionach i torsie z uwielbieniem. No cóż, od czasu do czasu się ćwiczyło w domu, więc miałem czym się pochwalić. Może nie były to jakieś pokaźnie muskuły, ale chuderlawy też nie byłem. Moje palce delikatnie zahaczyły o pasek spodni chłopaka i jeden wkradł się do środka. Karmelowłosy jakby nagle się obudził i ostrożnie wyswobodził z moich ramion. Zaskoczył mnie tym.
 - W porządku? Em… Przepraszam, faktycznie zagalopowałem się. Może nie powinienem…
 - Nie – przerwał mi. Jego głos był dziwnie smutny. – To ja… Nie ważne.
Przysunął się i pocałował mnie, ale byłem już na tyle dużym chłopcem, żeby się opamiętać. Odsunąłem go, usiadłem na materacu i wciągnąłem na swoje kolana, tak że musiał siedzieć okrakiem i na mnie patrzeć.
 - Kochanie.
 - To nic takiego. – Ujrzałem jego szeroki uśmiech, lecz ja go znałem tyle lat… dobrze wiedziałem, kiedy jest szczery, a kiedy nie. Wtedy nie był.
Westchnąłem i pogłaskałem go po policzku.
 - Nie udawaj. Powiedz prawdę, bo kto wie co mi przyjdzie za dziwny pomysł do głowy – zażartowałem, starając się rozluźnić atmosferę.
Nadmuchał policzki jak małe dziecko i spojrzał na mnie spod byka. W życiu bym nie pomyślał, że ma tyle lat co ja.
 - Będziesz się śmiał.
Trudem zdławiłem śmiech i pogłaskałem go po głowie. Cmoknąłem w usta i ponowiłem pytanie:
 - Co się stało? Zrobiłem coś nie tak? Przecież jeśli nie chcesz to żaden problem, umiem się powstrzymać… chyba – puściłem oczko.
Zarumienił się lekko i zagryzł dolną wargę. Chciałem ją wydostać spod niemiłosiernych zębów, ale odgoniłem tą myśl, skupiając się na chłopaku.
 - Eh… Ale ty jesteś uparty.
 - Owszem. Mów – pogoniłem go, nie słysząc nic więcej.
 - Kocham cię. Bardzo. Nigdy nie umiałem przestać, często o tobie myślałem, co robisz, kim jesteś, gdzie mieszkasz?  - Chciałem mu przerwać, ale postanowiłem jednak posłuchać jego długiego monologu, jeśli w końcu się dowiem o co chodzi. – Nie potrafiłem się związać z innym facetem, nawet nie próbowałem, tylko raz na imprezie urodzinowej się schlałem i całowałem ze znajomym z wytwórni, Chrisem… - zawiesił głos jakby, czekając na moją reakcję. – Eh… Dobra. Mam prawie trzydzieści sześć lat i jeszcze NIGDY nie… nie uprawiłem seksu.
Dopiero po chwili dotarło do mnie co powiedział. Uśmiechnąłem się i pogłaskałem czule po policzku. W końcu jakby się rozluźnił.
 - Jak z dzieckiem… - westchnąłem. – Przecież to żadna ujma. Nawet jestem dumny, że będę pierwszym i jedynym, który będzie mógł widzieć cię takiego.
Uśmiechnął się słodko i położył dłonie na moich policzkach, a wargi na wargach. Oddałem  ten pocałunek, ale nagle zacząłem mieć wyrzuty sumienia. Nie żałowałem lat spędzonych ze zmarłą żoną, ani dzieci, lecz…
 - Cieszę się, że poznałeś Anię – powiedział, jakby czytał mi w myślach. - To śliczna dziewczyna i z opowiadań dzieciaków była wspaniałą kobietą, szkoda że nie miałem szansy jej poznać. Dzięki niej znowu byłeś szczęśliwy, a poza tym jakby nie było nie byliśmy razem. Do tego zawsze chciałem mieć taką dużą rodzinę, żeby w domu było głośno, wesoło. Będąc gejem wiedziałem, że to nie możliwe, ale okazało się, iż nie tylko odzyskałem swoją miłość, ale też powiększyła mi się rodzina – zaśmiał się. – Kocham cię.
Musnąłem jego usta i odpowiedziałem mu tym samym. Popchnął mnie na materac i zawisł nade mną; słodki niczym anioł, drapieżny niczym diabeł. Pocałował mnie mocno, ale ja zaraz popchnąłem go na miejsce obok i wciągnąłem jego nogi.
 - Myślałem, że nie chcesz… - zawiesiłem głos.
Pogłaskał mnie po ramieniu, nie patrząc mi w oczy, a całą swoją uwagę skupiając na swojej dłoni.
 - Chcę. Tyle lat czekałem… Po prostu się przestraszyłem. Słyszałem, że to boli…
Uśmiechnąłem się i czule pocałowałem. Jak można być tak uroczym???
 - Nie wiem jakie to uczucie, z nikim poza moją żoną się nie kochałem, ale obiecuję zrobić wszystko, żeby było ci przyjemnie… Chyba, że chcesz, abym…
Zasłonił mi usta i pokiwał przecząco głową. Nie musiał nic mówić.
Zabrałem jego ręce nad głowę i pocałowałem mocno. Czułem jak się wygina, żeby tylko mnie dotknąć, ale zwinie mu to uniemożliwiałem.
 - Marcin… Proszę… Potrzebuję cię – jego głos zadźwięczał mi w uszach, a ja nie potrafiłem zaprotestować.
Puściłem jego nadgarstki i zacząłem go całować wzdłuż brzucha, tworząc linię po środku. Młodszy (bądź co bądź, taka prawda) westchnął i przeczesał moje włosy palcami jednej ręki, kiedy zatopiłem język w jego pępku. Ten dźwięk jeszcze bardziej mnie nakręcił. Ugryzłem jego męskość przez spodnie, wdychając jego zapach, a po pokoju rozszedł się zduszony jęk. Zastąpiłem usta dłonią i przez moment masowałem wrażliwe miejsce, słuchając tej pięknej muzyki, już nie tłumionej przez rękę. W końcu zlitowałem się nad nim, po części też z obawy, że za szybko mi dojdzie. Odpiąłem guzik, rozsunąłem suwak i…
 - Kurwa… Przeklęci ci, którzy wymyślili rurki… - …i za nic w świecie nie umiałem zdjąć mu spodni.
Usłyszałem cichy chichot.
Spojrzałem na niego i pokręciłem głową. Obserwował moje poczynania z nieukrywanym rozbawieniem, W końcu po dłuższej chwili udało mi się je zsunąć niżej niż biodra.
 - Przynajmniej dobrze w nich wyglądam… prawda?
 - Bardzo, ale co mi z tego jak nie mogę się dobrać do tego pięknie wyeksponowanego tyłka?
Zaśmiał się, opadając z powrotem na łóżko.
Z ulgą ostatni raz pociągnąłem nogawkę i czarny, wkurzający materiał wylądował na podłodze, wraz z niebieskimi skarpetkami w flamingi. Odetchnąłem w ulgą i wróciłem w okolice jego bokserek.
 - Jeszcze musimy się pozbyć tego…
Mimo swoich słów najpierw polizałem jego członka przez materiał, a później wyciągnąłem i zassałem się na główce.
 - Kurwa – jęknął, rozsuwając trochę szerzej nogi.
Nie sądziłem, że to może być aż tak przyjemne również dla obdarowującego pieszczotami penisa. Często przyłapywałem się na myśli, kiedy robiła mi to Anka, że chciałbym też spróbować, ale nie miałem jak.
Starałem się połknąć jak najwięcej, w tym samym czasie pozbawiając go ostatniej części garderoby. Nie udało mi się do końca, ale wiedziałem, że mamy jeszcze czas… Docisnąłem go do podniebienia, starając się przypomnieć co mi sprawiało największą przyjemność i zacząłem poruszać głową w górę i w dół.
 - M-Marcin… bo… Ach! – poczułem jak dochodzi w moich ustach, cudem mnie nie krztusząc.
Dokładnie wylizałem to co nie udało mi się połknąć. Klatka piersiowa szybko poruszała mu się w górę i w dół. Kiedy chłopak dochodził do siebie po przeżytym orgazmie, ja zdjąłem resztę swoich ubrań. Pocałowałem jego rozchylone wargi, a młodszy uśmiechnął się błogo.
 - Wow… Jesteś cudowny, wiesz?
Zaśmiałem się i odgarnąłem jego lepiące się włosy z czoła.
 - Ty też. Masz może przy sobie jakiś… na przykład krem?
Skinął słabo głową i wskazał na szafkę nocną.
Wyciągnąłem coś co wyglądało sensownie i powróciłem do Marka, który już leżał na brzuchu z głową opartą na ręce, szeroko się uśmiechającego. Oblizał się i wyciągnął do mnie rękę.  Z trudem przełknąłem ślinę i wszedłem z powrotem na łóżko. Uniósł trochę biodra do góry, a ja zacząłem się zastanawiać, jak wytrzymam z TAKIM chłopakiem. Pociągnąłem je jeszcze trochę bardziej do góry i jedną ręką odwracałem jego uwagę, pieszcząc jego znowu pobudzonego członka, a drugą rozciągałem, wcześniej rozsuwając jego nogi jeszcze trochę, kolanem. Szczerze mówiąc, również zaczynałem się bać. Nie chciałem go skrzywdzić! Jednak czując jak sam się rozluźnia, również odgoniłem obawy na drugi plan.
 - Mm… Długo jeszcze? Chciałbym już poczuć twojego kutasa w sobie – zaczynał się niecierpliwić.
Przełknąłem z trudem ślinę, a coś się we mnie skręcało, również chcąc już się tam znaleźć.
 - Przestań, bo chyba zaraz dojdę bez niczego – wyszeptałem, nachylając się do jego ucha.
Odwrócił głowę i uśmiechnął się chytrze, a następnie pocałował. Nagle usłyszałem jego jęk wymieszany między naszymi ustami. Liznąłem ostatni raz jego dolną wargę i wyjąłem palce.
 - Nie mam prezerwatywy, ale raczej żaden z na nie jest zarażony czymś, nie? – spytałem.
 - Nie. A jak się w takim razie zabezpieczaliście?
 - Anka brała tabletki. Obaj woleliśmy bez.
Nie dając mu czasu na jakąkolwiek odpowiedź, powoli przebijałem się przez krąg mięśni. Widziałem jak zaciska pięści i przyciska czoło do poduszki.
 - OK? – spytałem, głaskając go po biodrze.
 - Mhm…
 - Spokojnie, odpręż się – mówiłem w tym samym czasie, przenosząc rękę na jego pensa, który na szczęście nadal był twardy i stojący.
Zacisnąłem dłoń na jego męskości, co wywołało jego ciche westchnienie. Poruszyłem nią jeszcze powoli, czując jak z każdym ruchem się odpręża. Sam w końcu poruszył biodrami. Potraktowałem to jak pozwolenie i sam zacząłem się poruszać, coraz bardziej przyśpieszając.
 - Mm… Tam… T-tak… - nieskładnie próbował coś powiedzieć.
Czułem, że spełnienie jest blisko, więc zacząłem go dodatkowo pobudzać ręką… Znaczy taki był mój plan. Jeszcze na chwilę zanim go dotknąłem wystrzelił na pościel. Chwilę później dołączyłem do niego i opadłem na to delikatne ciałko. Postanowiłem się przenieść na miejsce obok, ale młodszy miał inne plany.
  - Zaczekaj chwilę… Tak jest dobrze.
Pocałowałem go w kark i spełniłem jego prośbę.
 - Jesteś wspaniały – westchnął. – To ostrzeżenie – dodał poważnie.
Zaśmiałem się i mimo wszystko położyłem obok, ale zaraz zagarnąłem w ramiona.
 - A ty tak podniecający, że nie ma obawy, że mi nie stanie, więc…
Leżeliśmy tak dłuższą chwilę w ciszy i już myślałem, że zasnął, kiedy odwrócił się w moją stronę i pogłaskał po policzku.
 - Muszę iść się umyć.
Skinąłem głową i zdjąłem z niego moje ramię.
 - Nie mam siły – powiedział dość nieprzekonująco – może pomógłbyś mi?
Uśmiechnąłem się i pokręciłem głową.
 - Jesteś niemożliwy. Nie, bo jutro będziesz mnie cały dzień wyzywać, że nie możesz chodzić. To twój pierwszy raz.
Jęknął niezadowolony i sam ruszył w stronę wyjścia, kręcąc biodrami, a ja z trudem leżałem na swoim miejscu. Westchnąłem ciężko i przekręciłem się na drugi bok, tak dla bezpieczeństwa. Zasnąłem zanim zdążył wrócić.