Rozdział 8.
Parę dni
później…
Ostatnio
zacząłem się coraz gorzej czuć, kręciło mi się w głowie, brak apetytu… Nic sobie
z tego nie robiłem, bo co? Dalej trwałem w tej swojej marnej egzystencji i
odliczałem w kalendarzu w telefonie dni ile pozostało do wyjechania Pawła.
Kiedy powoli przyzwyczajałem się do jego obecności…
- Masz ochotę na szybki numerek? – spytał,
stając bardzo blisko za mną, tak że dotykał moich pleców swoim torsem.
…wszystko
wracało do pierwotnego stanu.
- Odpieprz się!
Zaśmiał się
i odszedł.
Jęknąłem w
duchu na myśl, że muszę znosić jego żarty jeszcze przez trzy tygodnie.
Zaburczało
mi w brzuchu, ale wiedziałem, iż nie ma szans, żebym zjadł jakąś kolację, więc
jedynie zrobiłem sobie herbaty.
Z kubkiem
stałem przy oknie i oglądałem spadające płatki śniegu. Kończyły swój taniec z
wiatrem jako partnerem, lądując na ulicach, samochodach, parapetach, drzewach,
ludziach… Nikt nie zwraca na to najmniejszej uwagi tylko pędzi przed siebie,
goni za tym co w jednej chwili może zniknąć, jak ta zimowa kołderka nazywana
przez wszystkich śniegiem…
Zerknąłem
na stary nakręcany zegar, stojący przy ścianie niedaleko brązowego fotela. Była
2000. Dopiłem gorący płyn, zostawiając sobie jeszcze jeden łyk.
Specjalnie po to, żeby mieć czym popić tabletki nasenne. Poszedłem do łazienki
i połknąłem je. Wiedziałem, że i tak musiałbym zrobić to w nocy.
Powlokłem
nogami do pokoju. Leżałem na łóżku, a po moich policzkach płynęły łzy, jednak
ja nie mogłem zasnąć. Po dwóch godzinach męczarni wziąłem jeszcze jedną i
dopiero wtedy zmorzył mnie sen.
~*~
Uchyliłem
powieki, a mój wzrok od razu powędrował na okno. Słońce świeciło wysoko na
niebie, a ja zaskoczony zerknąłem na telefon. 1011. Musiałem
spojrzeć jeszcze raz, żeby upewnić się, że to prawda.
- Wow… - tylko tyle udało mi się powiedzieć.
Wstałem i
ruszyłem w stronę kuchni, lecz nagle zakręciło mi się w głowie i musiałem
przytrzyma się framugi drzwi.
-Ha, ha! Co ci?
Jeszcze jego tu brakowało…
Pozbierałem
resztki godności i wyprostowałem się. Zrobiłem jeszcze dwa kroki przed siebie,
ale zaraz poczułem jak żołądek mi się skręca i szybko pobiegłem do łazienki.
Otworzyłem klapę toalety i wylądowałem z głową nad nią. Niestety miałem pusty
żołądek, więc zwymiotowałem jedynie żółtymi sokami.
- Ej… Co ci? – spytał współlokator.
Splunąłem,
żeby pozbyć się resztek z moich ust i podniosłem na niego wzrok.
- Nie twój zasrany interes.
Spuściłem
wodę i wstałem z zamiarem pójścia do kuchni, ale znowu zakręciło mi się w
głowie i upadłbym gdyby nie ramiona Pawła.
- Puść, poradzę sobie.
- Właśnie widzę – mruknął.
Wziął mnie
na ręce (mimo moich protestów), a chwilę później już leżałem na łóżku… w pokoju
gościnnym. Zapadłem się na wielkich poduchach, co wywołało śmiech blondyna.
- Muszę iść na uczelnię – słabo stwierdziłem.
- Zapomnij. Zostajesz w domu.
- Ale…
- Nie – uciął dyskusję i wyszedł.
On… On się o mnie martwił…?
- Zaraz wracam! – dobiegł mnie jego głos oraz
dźwięk zamykanych drzwi.
Leżałem z
zamkniętymi oczami na arcywygodnym materacu, poduszkach, pod ciepłą pierzynką.
Czułem, że tutaj mógłbym zasnąć bez tych tabletek, które zresztą przestawały mi
wystarczać.
Pół godziny
później pojawił się w pokoju Paweł z
talerzem kanapek z szynką, majonezem i ogórkiem oraz kubkiem herbaty.
Zaraz doniósł paczkę biszkoptów.
Patrzyłem
na niego zaskoczony. Przeniosłem niepewny wzrok na chleb.
- Nie otruję cię. Jedz.
Ostrożnie
spróbowałem śniadanie, a kiedy okazało sie bardzo dobre, zjadłem do końca. Tak
dawno nie miałem nic w ustach, tylko sporadycznie coś co mi wpadło pod rękę.
- Chcesz ciastko? – spytał.
- Jesteś za miły. Nie przyzwyczaiłem się do
takiego ciebie.
- A ja nie przyzwyczaiłem się do troszczenia o
kogoś. Chcesz?
Skinąłem
głową. Jak zacząłem jeść, tak skończyłem na pięciu ostatnich, bo już nie
miałem gdzie tego zmieścić.
- Ha! Taki głodny? – spytał, siadając na
łóżku.
- Od paru dni nic nie jadłem, więc… - urwałem,
zdając sobie sprawę co powiedziałem. – Em…
Nic na to
nie odpowiedział, ale przyglądał mi się zmartwiony.
- Dlaczego co noc wstajesz i zamykasz się na
chwilę w łazience?
- Skąd… - zdałem sobie sprawę, że się
przyznałem.
Głupek.
- Słyszałem. Co jest?
Wzruszyłem
ramionami.
- Trudno jest mi pogodzić się ze śmiercią pana Zenka, o czym doskonale
wiesz. Świadomość, że śpię w jego pokoju… Nie mogę zasnąć i co noc chodzę po
tabletki nasenne.
- Ile?
- Dwie, ale tej nocy musiałem wziąć jeszcze
jedną.
- I nic nie jesz? – upewnił się.
- Yy… No czasami coś tam…
- Chcesz wykitować?!
Przewróciłem
oczami.
- Nie mam apetytu. Doszedłem do siebie w
miarę, a kilka dni późnij musiałem się przeprowadzić tutaj i spać w jego
sypialni.
Przyglądał
mi się przez chwilę w milczeniu. Jego wzrok świdrował mnie i chciałem się przed
nim ukryć.
- Dlaczego?
Spojrzałem
na niego jak na idiotę. Przewrócił oczami z ciężkim westchnieniem.
- Dlaczego musiałeś się przeprowadzić.
Zacząłem
bawić się dłońmi, które nagle wydały mi się bardzo interesujące.
- No? – ponaglił.
- Em… Kiedy miałem szesnaście lat… dzięki
koledze z wymiany odkryłem, że nie dlatego nie interesują mnie dziewczyny, gdyż
jestem jeszcze za młody, tylko… jestem gejem. W najlepszych stosunkach byłem z
twoim dziadkiem, więc to jemu pierwszemu się do tego przyznałem. Kiedy już
oswoiłem się z tą myślą, powiedziałem rodzicom… To było straszne. Dopiero po
miesiącu mama wyciągnęła do mnie rękę. Ojciec dużo później. Myślałem, że
szczerze, ale… Kiedy dowiedział się, że odziedziczyłem połowę mieszkania po
panu Zenku, wyrzucił mnie z mieszkania, bo, cytuję: nie zamierzam dłużej utrzymywać syna pedała.
Próbowałem
się ogarnąć, jednak… Zagryzłem wargę, a broda niebezpiecznie mi zadrżała. Ne
wytrzymałem, kiedy współlokator położył rękę na moim ramieniu. Zacząłem płakać.
Poczułem, jak materac ugina się i ramiona oplatające mnie ciasno. Wtuliłem
twarz w jego bluzkę, nie zastanawiając się w tamtym momencie, czy mnie
wyśmieje. Leżeliśmy tak w ciszy. W końcu łzy przestały przeprowadzać się z
moich oczu na bluzkę blondyna.
- Nie płacz. Wolałbyś, żeby cię przez całe
życie okłamywał?
Westchnąłem
i podniosłem na niego wzrok.
- Nie wiem.
Później nie
wracaliśmy do tego tematu, natomiast zrobiliśmy sobie maraton filmowy na jego
laptopie, który był w szufladzie w półce, na wyciągnięcie ręki. Szybko okazało
się, że mamy podobny gust.
Leżałem
oparty o jego pierś, a blondyn objął mnie ręką, ale to wydawało się być takie
naturalne…
Niestety
było mi tak wygodnie, przyjemni, że zasnąłem. Bez pomocy tabletek, czy
czegokolwiek, tylko ukołysany równomiernym biciem jego serca…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz