Rozdział
14.
Tydzień
później…
Przez
ostatnie dni co jakiś czas chodziłem do mieszkania pana Zenka i zabierałem
kilka potrzebnych rzeczy. Oczywiście zawsze upewniałem się, że nikogo w domu
nie ma. Nie mogłem spojrzeć mu w twarz. Co
prawda przyzwyczaiłem się do jego obecności, codziennych kłótni, czy
niewybrednych żartów, ale po tym co zrobił…
Wyjąłem
plecak i znowu wyruszyłem po swoje rzeczy. Wiem, że powinienem wziąć coś
większego, gdzie schowałbym więcej, przy okazji rzadziej musząc tam chodzić,
ale to był jedyny powód, dla którego wychodziłem z domu. Poza studiami.
Zauważyłem
już, że codziennie opuszczał swoje mieszkanie około godziny 1200 i
dzięki temu mogłem spokojnie przyjść o odpowiedniej porze, zaczekać aż opuści
lokum, a następnie wkraść się i zabrać co moje.
Zbiegłem do
piwnicy i czekałem. Tego dnia długo nie wychodził, zaczynałem tracić nadzieję,
ale na szczęście w końcu zbiegł po schodach. Odczekałem, aż nie będę go widział
przez szybkę w drzwiach i jak najszybciej ruszyłem w stronę mieszkania pana
Zenka. Jak zwykle rozejrzałem się, czy przypadkiem nikt się nie czai,
przekręciłem klucz w zamku nad wyraz cicho, delikatnie stąpając po podłodze,
wszedłem do środka. Ruszyłem do pokoju gościnnego i wyjąłem z półki kolejne
ubrania, tym razem już letnie. Wiem, że tego typu rzeczy mogłem wziąć jak już
Paweł pojedzie, ale wolałem mieć to już za sobą.
Z wypchanym
bagażem udałem się w kierunku wyjścia. Założyłem kurtkę, buty, otworzyłem drzwi
i… zamarłem. Za nimi z wyciągniętą ręką z kluczem stał mój dawny współlokator. Zbladłem,
nie wierząc własnemu pechowi. Ze też musiał tego dnia wrócić wcześniej…
Przełknąłem
gulę gromadzącą się w moim gardle i uśmiechnąłem się sztucznie.
- Cześć! Ja tylko przyszedłem po swoje rzeczy,
zaraz idę… Właściwie to już… Znaczy… Pa! – Wybiegłem najszybciej jak tylko
potrafiłem.
- Andrzej…? Andrzej, wracaj! – zawołał za mną
blondyn, ale ja nie słuchałem go tylko biegłem jakby mnie stado dzikich
zwierząt goniło.
Odetchnąłem
dopiero przed moim blokiem. Westchnąłem, patrząc na niebo, z którego znowu
zaczęły spadać pióra anielskich poduch, inaczej – śnieg. Szeroko się
uśmiechnąłem i wyciągnąłem rękę w ich stronę. Czasami też chciałbym tak unosić
się ponad ziemią, tańczyć tam gdzie poprowadzi wiatr, bez trosk, bez smutku… Płatki
śniegu żyją tak długo, że nie mają czasu martwić się o cokolwiek, a i o co by
miały? Zacząłem się śmiać, sam nie wiem z czego.
- Co ćpałeś? – wyrwał mnie z zamyślenia,
euforii ten głos, którego najmniej się spodziewałam.
- Ojcze? – Spojrzałem w jego stronę, żeby się
upewnić. Niestety nie pomyliłem się. – Czego tu szukasz?
- Przez ciebie wylądowałem na ulicy w środku
zimy! Straciłem żonę! Dlaczego? Bo wolała jakiegoś pedała! Pewnie nawet nie
jesteś mój! Ja bym nie mógł spłodzić coś takiego. – Splunął na mnie. – Myślisz,
że ujdzie ci to płazem?!
Cofnąłem
się ostrożnie.
- Jesteś pijany.
- Chuj cię to obchodzi! Rozjebałeś mi życie!
Nie powinieneś się nigdy urodzić!
Poczułem
się jakby ktoś mnie popchnął z całej siły. Moje serce przez chwilę stanęło,
zabrakło mi tchu, a szok spowodowany tymi słowami wypowiedzianymi bądź co bądź
przez ojca…
- Pieprz się! – warknąłem.
Podszedł do
mnie i zamachnął się. Zaraz jego pięść boleśnie przytuliła mój policzek. Otworzyłem
tylko usta i zamknąłem. Nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Zaraz
usłyszałem kolejny trzask, ale tym razem nie wiązał się z tym ból. Zmarszczyłem
brwi i spojrzałem na ojca, który trzymał się za szczękę, schylając się w pasie.
Obok niego stał… Paweł! Trzymał go za kurtkę, a wzrok przerażał. Wyglądał jakby
miał ochotę zabić pana Kłosa.
- Ani mi się waż jeszcze raz go uderzyć, czy
powiedzieć coś takiego, bo urządzę cię tak, że twoja mamuśka cię nie pozna!
- Od kiedy jesteśmy na ty? – warknął
staruszek, plując przy tym na chodnik. – Pieprzysz mojego synalka? Cóż do
niczego innego się nie nadaje.
Oczy
blondyna rozszerzyły się i pałała w nich taka chęć mordu, że miałem ochotę
wiać, ale nie potrafiłem. Po prostu stałem.
Były
współlokator zamachnął się i jeszcze raz mocno uderzył pijanego faceta, tak że
jego głowa odleciała na bok; pewnie reszta ciała również by za nią podążyła,
lecz trzymał go mocno i nie zamierzał puszczać.
- Nie słyszałeś stary dziadzie?! Jeśli nie
chcesz wylądować w krematorium to wypierdalaj stąd!
Ojciec
uśmiechnął się dziwnie i splunął na niego.
- Jeszcze się z tobą i tą drugą ciotą policzę,
zobaczysz.
Odszedł,
zataczając się.
Dopiero
kiedy emocje opadły, zrozumiałem co tu się właśnie wydarzyło. Broda
niebezpiecznie mi zadrżała, policzek piekł jak diabli, a z oczu w końcu
wypłynęły łzy. Zagryzłem pięść, żeby nie szlochać. Miałem w dupie to czy obok
jest Paweł i widzi mnie w takim stanie. Nie rozumiałem co się właśnie stało i
chciałem tylko pójść do domu. Tylko nagle uświadomiłem sobie, że były
współlokator stanął po mojej stronie, obronił mnie. Spojrzałem na niego i
zebrałem resztki swojej odwagi.
- Dziękuję.
Blondyn
jedynie patrzył w milczeniu. Odwróciłem się, żeby pójść do swojego mieszkania,
ale zostałem szybko odwrócony i przytulony. Nie miałem siły ani ochoty się
wyrywać. Objąłem go delikatnie, lecz z każdą kolejną falą łez mocniej.
- Chodź – wyszeptał w moje włosy.
Podniosłem
na niego wzrok, a ten odsunął się i pociągnął mnie za rękę w stronę bloku numer
18. Bloku, w którym mieszkałem przez dwa tygodnie. Bloku, z którego uciekłem.
Bloku, w którym mieszkał pan Zenek.
- Muszę wracać.
- Chcesz, żeby twoja matka zobaczyła cię w
takim stanie? – podał sensowny argument.
Zawahałem
się. W końcu poddałem się i podążyłem za nim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz