czwartek, 7 lipca 2016

Testament - Rozdział 14.

Rozdział 14.
Tydzień później…
Przez ostatnie dni co jakiś czas chodziłem do mieszkania pana Zenka i zabierałem kilka potrzebnych rzeczy. Oczywiście zawsze upewniałem się, że nikogo w domu nie ma. Nie mogłem spojrzeć mu w twarz. Co prawda przyzwyczaiłem się do jego obecności, codziennych kłótni, czy niewybrednych żartów, ale po tym co zrobił…
Wyjąłem plecak i znowu wyruszyłem po swoje rzeczy. Wiem, że powinienem wziąć coś większego, gdzie schowałbym więcej, przy okazji rzadziej musząc tam chodzić, ale to był jedyny powód, dla którego wychodziłem z domu. Poza studiami.
Zauważyłem już, że codziennie opuszczał swoje mieszkanie około godziny 1200 i dzięki temu mogłem spokojnie przyjść o odpowiedniej porze, zaczekać aż opuści lokum, a następnie wkraść się i zabrać co moje.
Zbiegłem do piwnicy i czekałem. Tego dnia długo nie wychodził, zaczynałem tracić nadzieję, ale na szczęście w końcu zbiegł po schodach. Odczekałem, aż nie będę go widział przez szybkę w drzwiach i jak najszybciej ruszyłem w stronę mieszkania pana Zenka. Jak zwykle rozejrzałem się, czy przypadkiem nikt się nie czai, przekręciłem klucz w zamku nad wyraz cicho, delikatnie stąpając po podłodze, wszedłem do środka. Ruszyłem do pokoju gościnnego i wyjąłem z półki kolejne ubrania, tym razem już letnie. Wiem, że tego typu rzeczy mogłem wziąć jak już Paweł pojedzie, ale wolałem mieć to już za sobą.
Z wypchanym bagażem udałem się w kierunku wyjścia. Założyłem kurtkę, buty, otworzyłem drzwi i… zamarłem. Za nimi z wyciągniętą ręką z kluczem stał mój dawny współlokator. Zbladłem, nie wierząc własnemu pechowi. Ze też musiał tego dnia wrócić wcześniej…
Przełknąłem gulę gromadzącą się w moim gardle i uśmiechnąłem się sztucznie.
 - Cześć! Ja tylko przyszedłem po swoje rzeczy, zaraz idę… Właściwie to już… Znaczy… Pa! – Wybiegłem najszybciej jak tylko potrafiłem.
 - Andrzej…? Andrzej, wracaj! – zawołał za mną blondyn, ale ja nie słuchałem go tylko biegłem jakby mnie stado dzikich zwierząt goniło.
Odetchnąłem dopiero przed moim blokiem. Westchnąłem, patrząc na niebo, z którego znowu zaczęły spadać pióra anielskich poduch, inaczej – śnieg. Szeroko się uśmiechnąłem i wyciągnąłem rękę w ich stronę. Czasami też chciałbym tak unosić się ponad ziemią, tańczyć tam gdzie poprowadzi wiatr, bez trosk, bez smutku… Płatki śniegu żyją tak długo, że nie mają czasu martwić się o cokolwiek, a i o co by miały? Zacząłem się śmiać, sam nie wiem z czego.
 - Co ćpałeś? – wyrwał mnie z zamyślenia, euforii ten głos, którego najmniej się spodziewałam.
 - Ojcze? – Spojrzałem w jego stronę, żeby się upewnić. Niestety nie pomyliłem się. – Czego tu szukasz?
 - Przez ciebie wylądowałem na ulicy w środku zimy! Straciłem żonę! Dlaczego? Bo wolała jakiegoś pedała! Pewnie nawet nie jesteś mój! Ja bym nie mógł spłodzić coś takiego. – Splunął na mnie. – Myślisz, że ujdzie ci to płazem?!
Cofnąłem się ostrożnie.
 - Jesteś pijany.
 - Chuj cię to obchodzi! Rozjebałeś mi życie! Nie powinieneś się nigdy urodzić!
Poczułem się jakby ktoś mnie popchnął z całej siły. Moje serce przez chwilę stanęło, zabrakło mi tchu, a szok spowodowany tymi słowami wypowiedzianymi bądź co bądź przez ojca…
 - Pieprz się! – warknąłem.
Podszedł do mnie i zamachnął się. Zaraz jego pięść boleśnie przytuliła mój policzek. Otworzyłem tylko usta i zamknąłem. Nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Zaraz usłyszałem kolejny trzask, ale tym razem nie wiązał się z tym ból. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na ojca, który trzymał się za szczękę, schylając się w pasie. Obok niego stał… Paweł! Trzymał go za kurtkę, a wzrok przerażał. Wyglądał jakby miał ochotę zabić pana Kłosa.
 - Ani mi się waż jeszcze raz go uderzyć, czy powiedzieć coś takiego, bo urządzę cię tak, że twoja mamuśka cię nie pozna!
 - Od kiedy jesteśmy na ty? – warknął staruszek, plując przy tym na chodnik. – Pieprzysz mojego synalka? Cóż do niczego innego się nie nadaje.
Oczy blondyna rozszerzyły się i pałała w nich taka chęć mordu, że miałem ochotę wiać, ale nie potrafiłem. Po prostu stałem.
Były współlokator zamachnął się i jeszcze raz mocno uderzył pijanego faceta, tak że jego głowa odleciała na bok; pewnie reszta ciała również by za nią podążyła, lecz trzymał go mocno i nie zamierzał puszczać.
 - Nie słyszałeś stary dziadzie?! Jeśli nie chcesz wylądować w krematorium to wypierdalaj stąd!
Ojciec uśmiechnął się dziwnie i splunął na niego. 
 - Jeszcze się z tobą i tą drugą ciotą policzę, zobaczysz.
Odszedł, zataczając się.
Dopiero kiedy emocje opadły, zrozumiałem co tu się właśnie wydarzyło. Broda niebezpiecznie mi zadrżała, policzek piekł jak diabli, a z oczu w końcu wypłynęły łzy. Zagryzłem pięść, żeby nie szlochać. Miałem w dupie to czy obok jest Paweł i widzi mnie w takim stanie. Nie rozumiałem co się właśnie stało i chciałem tylko pójść do domu. Tylko nagle uświadomiłem sobie, że były współlokator stanął po mojej stronie, obronił mnie. Spojrzałem na niego i zebrałem resztki swojej odwagi.
 - Dziękuję.
Blondyn jedynie patrzył w milczeniu. Odwróciłem się, żeby pójść do swojego mieszkania, ale zostałem szybko odwrócony i przytulony. Nie miałem siły ani ochoty się wyrywać. Objąłem go delikatnie, lecz z każdą kolejną falą łez mocniej.
 - Chodź – wyszeptał w moje włosy.
Podniosłem na niego wzrok, a ten odsunął się i pociągnął mnie za rękę w stronę bloku numer 18. Bloku, w którym mieszkałem przez dwa tygodnie. Bloku, z którego uciekłem. Bloku, w którym mieszkał pan Zenek.
 - Muszę wracać.
 - Chcesz, żeby twoja matka zobaczyła cię w takim stanie? – podał sensowny argument.
Zawahałem się. W końcu poddałem się i podążyłem za nim.

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz