Rozdział
11.
Parę dni
później…
Przyszedłem
do domu późnym wieczorem i od razu wyczułem silny zapach alkoholu. Zdjąłem
kurtkę, buty i wyruszyłem na poszukiwania współlokatora. Znalazłem go w
salonie. Siedział z kieliszkiem wódki i napoczętą setką na stole. Obok leżały
dwie butelki piwa. Wszystkie puste.
- Co tu się dzieje? – spytałem spokojnie,
zaskakując samego siebie.
- Chleję, nie widać?
Usiadłem
naprzeciwko i w ciszy mu się przyglądałem.
- Co chcesz? – warknął.
- Co się stało?
Nie
lubiliśmy się, ale nie mogłem zostawić go w takim stanie. Wiedziałem zresztą,
że on wcale nie jest taki zły.
Przechylił
kieliszek, nawet się nie krzywiąc.
- Dzisiaj wypada rocznica.
- Czego? Och… - nagle sobie przypomniałem.
Zmrużył
oczy i oparł się o oparcie kanapy.
- Wiesz?
- Pan Zenek mi mówił… Dzisiaj, kilkanaście lat
temu zginęli twoi rodzice?
- Tak – potwierdził z ciężkim westchnieniem,
po dłuższym milczeniu.
Pochyliłem
się i wziąłem go za rękę dla dodania otuchy.
Uniósł brew
zaskoczony.
Siedzieliśmy
tak w ciszy. Nie mogłem patrzeć na ten ból wymalowany na jego twarzy. Wtedy
pokazał prawdziwego siebie; nie aroganckiego, pewnego siebie chuja, tylko
człowieka z uczuciami, który tęskni za rodzicami. Chciałem go jakoś pocieszyć,
lecz nie wiedziałem jak. Po chwili zastanowienia, przeniosłem się na kanapę,
obok niego. Nie uraczył mnie nawet jednym spojrzeniem, wlepiając wzrok w
butelkę wódki. Odetchnąłem, odstawiając niechęć do tego typa na bok i…
przytuliłem go. Spiął się cały. Kiedy już myślałem, że to nie był dobry pomysł,
objął mnie ostrożnie, a po chwili miażdżył
w niedźwiedzim uścisku. Żaden z nas nic nie mówił, bo i po co? W końcu
odsunęliśmy się od siebie. Zmieszany wstałem i udałem zaciekawienie obrazem…
Tym samym, od którego wszystko się zaczęło.
- Czy… mógłbym zrobić coś dzięki czemu
poczujesz się lepiej? – spytałem zawstydzony.
Zapadła
cisza.
Odwróciłem
się, żeby zobaczyć jego rekcję. Zrobiłem krok do tyłu – więcej nie dałem rady,
gdyż wpadłem na ścianę – kiedy zobaczyłem, że stoi nawet nie pół metra ode
mnie. Podszedł jeszcze bliżej, aż w końcu stykaliśmy się klatkami.
- P-Paweł?
Położył
ręce na moich biodrach.
- Myślę, że możesz – wyszeptał w moje usta.
Oczy powiększyły
mi się kilkukrotnie. Miałem ochotę wiać. On nie wyglądał jakby żartował!
- Ale…
Uśmiechnął
się z przerażającą pewnością siebie i okręcił głową przecząco. Docisnął mnie
mocniej do ściany i pocałował zaborczo. Byłem w takim szoku, że nie potrafiłem
myśleć, zrobić cokolwiek. Zaczął rozpinać mi spodnie i ścisnął moje genitalia
przez bokserki.
- Puszczaj! – wyrwałem się z okupacji jego ust.
- Najpierw szybki numerek na odprężenie –
wysapał.
- Nie! Natychmiast masz mnie zostawić!
Nie słuchał
tylko pociągnął dżinsy w dół, a następnie zabrał się za swoje.
- Paweł, proszę.
Byłem
bliski płaczu, nadal się wyrywałem, jednak traciłem nadzieję. Ścisnął moje, już
nagie pośladki, a ja w końcu nie wytrzymałem i kopnąłem go na oślep. Jak się
okazało trafiłem w strategiczne miejsce. Skrzywił się i zgiął, chwytając
obolałe miejsce. Zawahałem się tylko przez chwilę, a już stałem przy drzwiach i
zakładałem kurtkę. Wybiegłem z jednym butem na stopie, drugim w ręce. Klucze
trzymałem w zębach. Po drodze skończyłem się ubierać.
Nogi same
poprowadziły mnie w kierunku miejsca, gdzie mnie nie chcą – rodzinnego domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz