wtorek, 5 lipca 2016

Testament - Rozdział 11.

Rozdział 11.
Parę dni później…
Przyszedłem do domu późnym wieczorem i od razu wyczułem silny zapach alkoholu. Zdjąłem kurtkę, buty i wyruszyłem na poszukiwania współlokatora. Znalazłem go w salonie. Siedział z kieliszkiem wódki i napoczętą setką na stole. Obok leżały dwie butelki piwa. Wszystkie puste.
 - Co tu się dzieje? – spytałem spokojnie, zaskakując samego siebie.
 - Chleję, nie widać?
Usiadłem naprzeciwko i w ciszy mu się przyglądałem.
 - Co chcesz? – warknął.
 - Co się stało?
Nie lubiliśmy się, ale nie mogłem zostawić go w takim stanie. Wiedziałem zresztą, że on wcale nie jest taki zły.
Przechylił kieliszek, nawet się nie krzywiąc.
 - Dzisiaj wypada rocznica.
 - Czego? Och… - nagle sobie przypomniałem.
Zmrużył oczy i oparł się o oparcie kanapy.
 - Wiesz?
 - Pan Zenek mi mówił… Dzisiaj, kilkanaście lat temu zginęli twoi rodzice?
 - Tak – potwierdził z ciężkim westchnieniem, po dłuższym milczeniu.
Pochyliłem się i wziąłem go za rękę dla dodania otuchy.
Uniósł brew zaskoczony.
Siedzieliśmy tak w ciszy. Nie mogłem patrzeć na ten ból wymalowany na jego twarzy. Wtedy pokazał prawdziwego siebie; nie aroganckiego, pewnego siebie chuja, tylko człowieka z uczuciami, który tęskni za rodzicami. Chciałem go jakoś pocieszyć, lecz nie wiedziałem jak. Po chwili zastanowienia, przeniosłem się na kanapę, obok niego. Nie uraczył mnie nawet jednym spojrzeniem, wlepiając wzrok w butelkę wódki. Odetchnąłem, odstawiając niechęć do tego typa na bok i… przytuliłem go. Spiął się cały. Kiedy już myślałem, że to nie był dobry pomysł, objął mnie ostrożnie, a po chwili miażdżył w niedźwiedzim uścisku. Żaden z nas nic nie mówił, bo i po co? W końcu odsunęliśmy się od siebie. Zmieszany wstałem i udałem zaciekawienie obrazem… Tym samym, od którego wszystko się zaczęło.
 - Czy… mógłbym zrobić coś dzięki czemu poczujesz się lepiej? – spytałem zawstydzony.
Zapadła cisza.
Odwróciłem się, żeby zobaczyć jego rekcję. Zrobiłem krok do tyłu – więcej nie dałem rady, gdyż wpadłem na ścianę – kiedy zobaczyłem, że stoi nawet nie pół metra ode mnie. Podszedł jeszcze bliżej, aż w końcu stykaliśmy się klatkami.
 - P-Paweł?
Położył ręce na moich biodrach.
 - Myślę, że możesz – wyszeptał w moje usta.
Oczy powiększyły mi się kilkukrotnie. Miałem ochotę wiać. On nie wyglądał jakby żartował!
 - Ale…
Uśmiechnął się z przerażającą pewnością siebie i okręcił głową przecząco. Docisnął mnie mocniej do ściany i pocałował zaborczo. Byłem w takim szoku, że nie potrafiłem myśleć, zrobić cokolwiek. Zaczął rozpinać mi spodnie i ścisnął moje genitalia przez bokserki.
 - Puszczaj! – wyrwałem się z okupacji jego ust.
 - Najpierw szybki numerek na odprężenie – wysapał.
 - Nie! Natychmiast masz mnie zostawić!
Nie słuchał tylko pociągnął dżinsy w dół, a następnie zabrał się za swoje.
 - Paweł, proszę.
Byłem bliski płaczu, nadal się wyrywałem, jednak traciłem nadzieję. Ścisnął moje, już nagie pośladki, a ja w końcu nie wytrzymałem i kopnąłem go na oślep. Jak się okazało trafiłem w strategiczne miejsce. Skrzywił się i zgiął, chwytając obolałe miejsce. Zawahałem się tylko przez chwilę, a już stałem przy drzwiach i zakładałem kurtkę. Wybiegłem z jednym butem na stopie, drugim w ręce. Klucze trzymałem w zębach. Po drodze skończyłem się ubierać.
Nogi same poprowadziły mnie w kierunku miejsca, gdzie mnie nie chcą – rodzinnego domu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz