wtorek, 12 lipca 2016

Testament - Rozdział 15

Rozdział 15.
Weszliśmy do środka. Zostawiłem plecak, kurtkę, buty przy wejściu i podążyłem za Pawłem do salonu. Usiadłem niepewnie na sofie i zacząłem się bawić rąbkiem sweterka.
 - Nie bój się mnie – spokojnie powiedział.
 - Uderzyłeś mojego ojca…!
 - Należało mu się – przerwał mi.
 - …i prawie mnie zgwałciłeś – niepewnie dokończyłem.
Nie odezwał się na te słowa. Zastanawiałem się, czy w ogóle mnie usłyszał. Podniosłem na niego wzrok. Patrzył na mnie z żalem i bólem w oczach.
 - Przepraszam. Byłem pijany, głupi, napalony na ciebie, jak zresztą zawsze – policzki na te słowa zaróżowiły mi się intensywnie. – Nie wiem co mi odbiło. Nie jestem godzien prosić cię o coś takiego, ale wybacz.
Nie wiedziałem co robić, powiedzieć. Widziałem, że był szczery, ale jakaś blokada kazała mi siedzieć cicho.
 - Eh… Andrzej… Proszę cię. Wróć. Możesz mnie nienawidzić – nie! – ale błagam spróbujmy jeszcze raz. Został tydzień do mojego wjazdu, chciałbym spędzić go z tobą… Nie musisz się ze mną użerać, po porostu tu bądź i zachowuj się jak wcześniej. Ja… tęskniłem. Za twoim brzdękaniem na pianinie, którego w rzeczywistości nie mam dość, tak tylko mówiłem. Za twoimi obiadami, które w rzeczywistości podjadałem, kiedy nie patrzyłeś; bardzo mi smakowały, tylko nie chciałem się przyznać. Za twoim wczesnym budzeniem mnie; w rzeczywistości nie spałem tak długo, gdyż twoje krzątanie się po mieszkaniu powodowało, że nie mogłem spać, za to wsłuchiwałem się w melodie, które nuciłeś. Za tymi naszymi sprzeczkami, które najczęściej, choć ostatnio zamieniliśmy się rolami, to ja wywoływałem; nie chciałem się z tobą kłócić, po prostu nie chciałem pokazać, że cię lubię, a poza tym uroczo wyglądałeś taki zły. Za oglądaniem twoich rumieńców na twarzy, które sam wywoływałem. Za naszymi normalnymi rozmowami, które zdarzały się rzadko, ale jednak. Za całym tobą.
Serce waliło mi jak szalone. Nie spodziewałem się takiego wyznania. Zatkało mnie.
 - Powiedz coś. Wrzeszcz, wyzywaj, bij, kochaj się ze mną, tylko nie rób nic. Nie wiem co myślisz i… Eh… Przepraszam za bardzo się rządzę. Rób co chcesz.
 - Ja… - Paweł natychmiast się skupił i słuchał co chcę powiedzieć. – Zaskoczyłeś mnie. Nie wiem jak zareagować.
 - Chodź do sypialni się ze mną…
 - Paweł!! – Podszedłem do niego, siedzącego naprzeciwko na fotelu, chwyciłem za kołnierz bluzki i szarpnąłem nim. – Ja myślałem, że ty szczerze mnie lubisz, a tobie cały czas chodzi tylko o jedno – sex! Nienawidzę cię, nienawidzę! Nie możesz zaakceptować faktu, iż ktoś nie chce z tobą… Że ktoś jest prawiczkiem i… - zamilkłem, nagle uświadamiając sobie, że powiedziałem parę słów za dużo.
Patrzył na mnie zaskoczony. Po chwili chwycił za biodra i pociągnął na jego kolana, tak że siedziałem na nich okrakiem. Policzki paliły żywym ogniem, mimo to nie miałem jak się ukryć.
 - Nie wiedziałem. I nie chodzi mi tylko o to. Podobasz mi się, jesteś bardzo przystojny, lecz… Przepraszam, zagalopowałem się. Trochę zniszczyłem nastrój tym, ale to tak automatycznie, nie zdążyłem ugryźć się w język.
Czułem się zakłopotany i trochę zażenowany pozycją w jakiej się znajdowałem.
 - Ostatni raz mówiłem to rodzicom, wiele lat temu, ale… kocham cię – wyznał.
Mój mózg się wyłączył. Tego było jak na jeden dzień za dużo. Oparłem czoło o jego ramię, nie wiedząc co zrobić. Objął mnie ostrożnie, ale widząc, że nie mam nic przeciwko już pewniej. Westchnąłem i również go przytuliłem. Nie ruszaliśmy się przez dłuższą chwilę, ani nie mówiliśmy.
 - Co mam zrobić, żebyś został i nie nienawidził mnie? – w końcu się odezwał pierwszy.
 - Nic.
 - Andrzej… Ostatnia…
 - Nic ponieważ nigdzie się nie wybieram, a co do lubienia, bądź nielubienia… To nie tak… Zdenerwowałeś mnie tym…
Odsunął mnie na taką odległość, żeby móc mnie dobrze widzieć. Uśmiechnął się szczerze i szeroko.
 - Kocham cię. – Znowu zostałem przytulony.
Wtedy kąciki moich ust również powędrowały do góry. Cieszyłem się jak małe dziecko, choć nie chciałem dać tego po sobie poznać.
 - Jestem zmęczony… Nie obrazisz się jak pójdę na trochę się zdrzemnąć? – spytałem.
 - Obrażę… - Ej, no weź! Jesteś…. - …jak będziesz zadawał mi tak głupie pytania. – Och… Ha, ha!
Z wielkim uśmiechem skinąłem głową.
Wstałem i poszedłem w stronę sypialni gościnnej.
 - Em… - zaczął, a ja odwróciłem się z pytającym wzrokiem. – A wysypiasz się w końcu?
Ucieszyłem się w duchu na tą troskę.
 - Szczerze mówiąc, to nie za bardzo. Niestety tam nie mam prochów i…
 - Myślałem, że już nie bierzesz.
 - Nie brałem, ale po powrocie tyle się działo… Ale teraz jestem po dzisiejszym dniu tak wykończony, że chyba od razu zasnę.
 - Mam nadzieję. Jak coś to wołaj. – Puścił oczko.
Westchnąłem i wywróciłem oczami.
Padłem na łóżko, zakopałem się pod kołderką i… nic. Było tak pusto, samotnie, zimno… Wierciłem się z boku na bok, ale nie zamierzałem wołać współlokatora. Moja duma – którą pan Zenek równie mocno popierał, co nienawidził – mi na to nie pozwalała.
Kiedy Paweł wszedł, udawałem, że śpię, ale on miał chyba jakiś szósty zmysł. Zaśmiał się i usiadł na skraju. Pogłaskał mnie po głowie, a ja mimowolnie zamruczałem, co równało się z rumieńcem kilka sekund później. Materac znowu się poruszył, kołdra uniosła, a po chwili zostałem przyciągnięty do jego piersi, objęty ramionami… i w końcu udało mi się zasnąć, dzięki mojemu prywatnemu lekowi na sen i nie tylko…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz