Rozdział
15.
Weszliśmy
do środka. Zostawiłem plecak, kurtkę, buty przy wejściu i podążyłem za Pawłem
do salonu. Usiadłem niepewnie na sofie i zacząłem się bawić rąbkiem sweterka.
- Nie bój się mnie – spokojnie powiedział.
- Uderzyłeś mojego ojca…!
- Należało mu się – przerwał mi.
- …i prawie mnie zgwałciłeś – niepewnie
dokończyłem.
Nie odezwał
się na te słowa. Zastanawiałem się, czy w ogóle mnie usłyszał. Podniosłem na
niego wzrok. Patrzył na mnie z żalem i bólem w oczach.
- Przepraszam. Byłem pijany, głupi, napalony
na ciebie, jak zresztą zawsze – policzki na te słowa zaróżowiły mi się
intensywnie. – Nie wiem co mi odbiło. Nie jestem godzien prosić cię o coś
takiego, ale wybacz.
Nie
wiedziałem co robić, powiedzieć. Widziałem, że był szczery, ale jakaś blokada
kazała mi siedzieć cicho.
- Eh… Andrzej… Proszę cię. Wróć. Możesz mnie
nienawidzić – nie! – ale błagam
spróbujmy jeszcze raz. Został tydzień do mojego wjazdu, chciałbym spędzić go z
tobą… Nie musisz się ze mną użerać, po porostu tu bądź i zachowuj się jak
wcześniej. Ja… tęskniłem. Za twoim brzdękaniem na pianinie, którego w
rzeczywistości nie mam dość, tak tylko mówiłem. Za twoimi obiadami, które w
rzeczywistości podjadałem, kiedy nie patrzyłeś; bardzo mi smakowały, tylko nie
chciałem się przyznać. Za twoim wczesnym budzeniem mnie; w rzeczywistości nie
spałem tak długo, gdyż twoje krzątanie się po mieszkaniu powodowało, że nie
mogłem spać, za to wsłuchiwałem się w melodie, które nuciłeś. Za tymi naszymi
sprzeczkami, które najczęściej, choć ostatnio zamieniliśmy się rolami, to ja
wywoływałem; nie chciałem się z tobą kłócić, po prostu nie chciałem pokazać,
że cię lubię, a poza tym uroczo wyglądałeś taki zły. Za oglądaniem twoich
rumieńców na twarzy, które sam wywoływałem. Za naszymi normalnymi rozmowami,
które zdarzały się rzadko, ale jednak. Za całym tobą.
Serce
waliło mi jak szalone. Nie spodziewałem się takiego wyznania. Zatkało mnie.
- Powiedz coś. Wrzeszcz, wyzywaj, bij, kochaj
się ze mną, tylko nie rób nic. Nie wiem co myślisz i… Eh… Przepraszam za bardzo
się rządzę. Rób co chcesz.
- Ja… - Paweł natychmiast się skupił i słuchał
co chcę powiedzieć. – Zaskoczyłeś mnie. Nie wiem jak zareagować.
- Chodź do sypialni się ze mną…
- Paweł!! – Podszedłem do niego, siedzącego
naprzeciwko na fotelu, chwyciłem za kołnierz bluzki i szarpnąłem nim. – Ja
myślałem, że ty szczerze mnie lubisz, a tobie cały czas chodzi tylko o jedno –
sex! Nienawidzę cię, nienawidzę! Nie możesz zaakceptować faktu, iż ktoś nie
chce z tobą… Że ktoś jest prawiczkiem i… - zamilkłem, nagle uświadamiając
sobie, że powiedziałem parę słów za dużo.
Patrzył na
mnie zaskoczony. Po chwili chwycił za biodra i pociągnął na jego kolana, tak że
siedziałem na nich okrakiem. Policzki paliły żywym ogniem, mimo to nie miałem
jak się ukryć.
- Nie wiedziałem. I nie chodzi mi tylko o to.
Podobasz mi się, jesteś bardzo przystojny, lecz… Przepraszam, zagalopowałem
się. Trochę zniszczyłem nastrój tym, ale to tak automatycznie, nie zdążyłem
ugryźć się w język.
Czułem się
zakłopotany i trochę zażenowany pozycją w jakiej się znajdowałem.
- Ostatni raz mówiłem to rodzicom, wiele lat
temu, ale… kocham cię – wyznał.
Mój mózg
się wyłączył. Tego było jak na jeden dzień za dużo. Oparłem czoło o jego ramię,
nie wiedząc co zrobić. Objął mnie ostrożnie, ale widząc, że nie mam nic
przeciwko już pewniej. Westchnąłem i również go przytuliłem. Nie ruszaliśmy się
przez dłuższą chwilę, ani nie mówiliśmy.
- Co mam zrobić, żebyś został i nie
nienawidził mnie? – w końcu się odezwał pierwszy.
- Nic.
- Andrzej… Ostatnia…
- Nic ponieważ nigdzie się nie wybieram, a co
do lubienia, bądź nielubienia… To nie tak… Zdenerwowałeś mnie tym…
Odsunął
mnie na taką odległość, żeby móc mnie dobrze widzieć. Uśmiechnął się szczerze i
szeroko.
- Kocham cię. – Znowu zostałem przytulony.
Wtedy
kąciki moich ust również powędrowały do góry. Cieszyłem się jak małe dziecko,
choć nie chciałem dać tego po sobie poznać.
- Jestem zmęczony… Nie obrazisz się jak pójdę
na trochę się zdrzemnąć? – spytałem.
- Obrażę… - Ej, no weź! Jesteś…. - …jak będziesz zadawał mi tak głupie pytania.
– Och… Ha, ha!
Z wielkim
uśmiechem skinąłem głową.
Wstałem i
poszedłem w stronę sypialni gościnnej.
- Em… - zaczął, a ja odwróciłem się z
pytającym wzrokiem. – A wysypiasz się w końcu?
Ucieszyłem
się w duchu na tą troskę.
- Szczerze mówiąc, to nie za bardzo. Niestety
tam nie mam prochów i…
- Myślałem, że już nie bierzesz.
- Nie brałem, ale po powrocie tyle się działo…
Ale teraz jestem po dzisiejszym dniu tak wykończony, że chyba od razu zasnę.
- Mam nadzieję. Jak coś to wołaj. – Puścił
oczko.
Westchnąłem
i wywróciłem oczami.
Padłem na
łóżko, zakopałem się pod kołderką i… nic. Było tak pusto, samotnie, zimno…
Wierciłem się z boku na bok, ale nie zamierzałem wołać współlokatora. Moja duma
– którą pan Zenek równie mocno popierał, co nienawidził – mi na to nie
pozwalała.
Kiedy Paweł
wszedł, udawałem, że śpię, ale on miał chyba jakiś szósty zmysł. Zaśmiał się i
usiadł na skraju. Pogłaskał mnie po głowie, a ja mimowolnie zamruczałem, co równało
się z rumieńcem kilka sekund później. Materac znowu się poruszył, kołdra
uniosła, a po chwili zostałem przyciągnięty do jego piersi, objęty ramionami… i
w końcu udało mi się zasnąć, dzięki mojemu prywatnemu lekowi na sen i nie
tylko…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz