czwartek, 28 lipca 2016

Testament - Rozdział 19

Rozdział 19.
Zostały nam trzy dni. Jeszcze tydzień wcześniej patrzyłem z utęsknieniem na wymalowany czerwonym markerem napis – WOLNOŚĆ. Niestety wszystko uległo zmianie i…
Leżałem wtulony w pierś blondyna modląc się, żeby czas się zatrzymał. Wpatrywałem się w lekko opaloną skórę, idealnie zarysowane mięśnie… Przeniosłem wzrok na jego spokojną, przystojną twarz, wąskie, malinowe usta, dwudniowy zarost… Podniosłem się trochę, żeby móc go pocałować. Nie mogłem się powstrzymać, a i przecież nie musiałem. Ledwo musnąłem wargi współlokatora, poczułem rękę na moim karku i zostałem przewrócony na poduszki. Przez myśl przebiegło mi pytanie, kiedy on się obudził?, ale zaraz całym mną ogarnął jedynie on. Chciałem, żeby wszystkie moje poranki tak się zaczynały, tylko trzeba wyciąć fragment z zamartwianiem się, że za parę dni nie będzie go już obok.
 - Co się stało? – spytał, odsuwając się paręnaście centymetrów.
 - Nic – skłamałem.
 - Andrzej… - westchnął. – Kocham cię i chcę wiedzieć co się dzieje.
 - Nie mów tak! – Odepchnąłem go.
Zdenerwowany na niego/siebie wyszedłem do kuchni. Wskoczyłem na parapet, skupiając wzrok na zaszronionych szybach. Miałem dość. Chyba najłatwiej jest kogoś nienawidzić. Tylko choć miłość i nienawiść to teoretycznie zupełne przeciwieństwa, antonimy, w rzeczywistości bardzo łatwo jest przekroczyć mały strumyczek dzielący te dwa uczucia.
 - Co z tobą?! – Paweł pociągnął mnie mocno za ramię, przez co musiałem zejść na podłogę. – Możesz…? - natychmiast umilkł, widząc moją twarz, oczy… łzy. – Skarbie… - Przytulił mnie mocno, a mi puściły wszystkie hamulce i zacząłem żałośnie płakać.
Nie tak sobie wyobrażałem tamten poranek, lecz…
W końcu chwycił mnie za ramiona i mocno popchnął na ścianę. Zabolało jak cholera, ale zaraz zapomniałem o problemach wraz z kolejnymi pocałunkami blondyna. Mocniej uczepiłem się jego silnych ramion i odpowiadałem na zaczepki warg, języka mężczyzny… Niestety nagle oderwał się od moich ust, jednak na szczęście nie zamierzał daleko się odsuwać. Obcałował całą moją twarz, a następnie przytulił mnie mocno, zaciągając się moim zapachem.
 - Nigdy więcej tak mnie nie strasz. Jeszcze pomyślę, że chcesz odejść.
 - Ty to za parę dni zrobisz – wyszeptałem zanim zdążyłem ugryźć się w język.
 - An… Andrzej, ja nie…
 - A co?! Jeszcze trzy doby i wylecisz do tej swojej Irlandii! Dlaczego nie mogę cię nadal nienawidzić? – spytałem zrezygnowany.
 - Kocham cię i…
 - I co z tego? – znowu wszedłem mu w słowo. – Tak, czy siak niedługo znikniesz, zapomnisz, a ja zostanę tutaj bez osób, na których najbardziej mi zależało, na równi z matką.
 - Naprawdę tak uważasz? Sądzisz, że…
 - Mylę się?! Chyba nie wyskoczysz mi tu ze związkiem na odległość, co?!
 - Możesz dać mi dojść do słowa? Dziękuję – dodał nim zdążyłem odpowiedzieć. – Kocham cię i nie chcę życia bez ciebie. Już za późno, na stałe zamieszkałeś w moim sercu, dlatego błagam daj nam szansę. Wiem, że mnie nie…
 - Kocham – znowu się wtrąciłem, nim zdążyłem pojąć co mówię. – Jesteś najlepszym co mnie ostatnio spotkało. Jesteś kolorową tęczą, wyłaniającą się po burzy, która wywołuje uśmiech na twarzy, kiedy czarne chmury nawiedzają moje myśli. Jesteś jak słońce, które ogrzewa w zimne dni. Jesteś jak letni wiaterek, który przynosi ulgę w te upalne. Jesteś jak gorąca czekolada w zimowe wieczory. Jesteś jak drobny kwiatuszek, pośród cierni i chwatów, nadający nadzieję, że wszędzie kryje się piękno, tylko trzeba dobrze poszukać. Jesteś jak słodki lizak dla dziecka. Jesteś jak puszysty śnieg, chroniący nas od tego co brzydkie, nieprzyjemne, ukazując to co piękne, wyjątkowe. Jesteś jak Paweł, który z początku był irytujący, z czasem zaczynałem bać się, że zacznę czuć do niego zakazane uczucie, w pewnym sensie zdradził, przy okazji robiąc wszystko, żeby to wyplewić i pozostawić nienawiść, a w końcu zasadził drzewo miłości, które starannie pielęgnował, aż rozrosło się w moim sercu, zapuściło głęboko korzenie i trudno mi będzie się go pozbyć, a nie pozostawiasz mi wyboru.
Zapadła cisza.
Podniosłem na niego wzrok. Jak zahipnotyzowany zatrzymałem go na tych niebieskoszarych tęczówkach, zabraniających mi spojrzenie gdziekolwiek indziej. Przyciągnął mnie do czułego i przepełnionego miłością pocałunku.
 - Kurwa – wyszeptał, kiedy odsunął się trochę, opierając czoło o moje – dlaczego, kiedy ja chciałem ci wyznać miłość, nie potrafiłem znaleźć tak pięknych słów? Ja ciebie też. Nie martw się, nie zostawię cię. I’m promise.
 - Trzymam cię za słowo.
Cmoknąłem go w usta i odsunąłem się. Podszedłem do lodówki i otworzyłem ją.
 - Co chcesz na śniadanie?
Chwycił mnie za rękę i obrócił, przez co zrobiłem piruet, a na koniec wylądowałem w jego ramionach.
 - Ciebie.
Zaśmiałem się lekko zdenerwowany. Zrobiłem krok do tyłu, ale, kiedy moje plecy dotknęły zimnych drzwi od wewnętrznej strony, odskoczyłem wprost na ukochanego.
 - Ha, ha! A ja myślałem, że kochasz zimno? – zażartował. – Ja coś zrobię.
 - Uch… Ciągle przyrządzasz śniadania, może teraz pozwolisz mi?
 - Nic więcej nie potrafię – wyszeptał do mojego ucha. – Ty się zajmij obiadami, a ja kanapkami ewentualnie naleśnikami.
Skinąłem głową i ruszyłem w stronę sypialni, ale w połowie drogi się zatrzymałem.
 - To była chyba najbardziej żenująca chwila mojego życia. Dobrze, że wtedy nie myślałem. A może źle…
 - Nie prawda. – Nim się zorientowałem, przytulił mnie od tyłu. – To było piękne. Może nie do końca męskie, ale kto wyznacza te granice?
 - My sami – stwierdziłem.
Uwolniłem się z jego uścisku i żegnając szybkim pocałunkiem, udałem się po swoje rzeczy, a następnie zniknąłem w łazience. Policzki i tak paliły, jakbym wylał na nie wiadro świeżej lawy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz