Rozdział
19.
Zostały nam
trzy dni. Jeszcze tydzień wcześniej patrzyłem z utęsknieniem na wymalowany
czerwonym markerem napis – WOLNOŚĆ. Niestety wszystko uległo zmianie i…
Leżałem
wtulony w pierś blondyna modląc się, żeby czas się zatrzymał. Wpatrywałem się w
lekko opaloną skórę, idealnie zarysowane mięśnie… Przeniosłem wzrok na jego
spokojną, przystojną twarz, wąskie, malinowe usta, dwudniowy zarost… Podniosłem
się trochę, żeby móc go pocałować. Nie mogłem się powstrzymać, a i przecież nie
musiałem. Ledwo musnąłem wargi współlokatora, poczułem rękę na moim karku i
zostałem przewrócony na poduszki. Przez myśl przebiegło mi pytanie, kiedy on się obudził?, ale zaraz całym
mną ogarnął jedynie on. Chciałem, żeby wszystkie moje poranki tak się
zaczynały, tylko trzeba wyciąć fragment z zamartwianiem się, że za parę dni nie
będzie go już obok.
- Co się stało? – spytał, odsuwając się
paręnaście centymetrów.
- Nic – skłamałem.
- Andrzej… - westchnął. – Kocham cię i chcę
wiedzieć co się dzieje.
- Nie mów tak! – Odepchnąłem go.
Zdenerwowany
na niego/siebie wyszedłem do kuchni. Wskoczyłem na parapet, skupiając wzrok na
zaszronionych szybach. Miałem dość. Chyba najłatwiej jest kogoś nienawidzić.
Tylko choć miłość i nienawiść to teoretycznie zupełne przeciwieństwa, antonimy,
w rzeczywistości bardzo łatwo jest przekroczyć mały strumyczek dzielący te dwa
uczucia.
- Co z tobą?! – Paweł pociągnął mnie mocno za
ramię, przez co musiałem zejść na podłogę. – Możesz…? - natychmiast umilkł,
widząc moją twarz, oczy… łzy. – Skarbie… - Przytulił mnie mocno, a mi puściły
wszystkie hamulce i zacząłem żałośnie płakać.
Nie tak
sobie wyobrażałem tamten poranek, lecz…
W końcu
chwycił mnie za ramiona i mocno popchnął na ścianę. Zabolało jak cholera, ale
zaraz zapomniałem o problemach wraz z kolejnymi pocałunkami blondyna. Mocniej
uczepiłem się jego silnych ramion i odpowiadałem na zaczepki warg, języka
mężczyzny… Niestety nagle oderwał się od moich ust, jednak na szczęście nie
zamierzał daleko się odsuwać. Obcałował całą moją twarz, a następnie przytulił
mnie mocno, zaciągając się moim zapachem.
- Nigdy więcej tak mnie nie strasz. Jeszcze
pomyślę, że chcesz odejść.
- Ty to za parę dni zrobisz – wyszeptałem
zanim zdążyłem ugryźć się w język.
- An… Andrzej, ja nie…
- A co?! Jeszcze trzy doby i wylecisz do tej
swojej Irlandii! Dlaczego nie mogę cię nadal nienawidzić? – spytałem
zrezygnowany.
- Kocham cię i…
- I co z tego? – znowu wszedłem mu w słowo. –
Tak, czy siak niedługo znikniesz, zapomnisz, a ja zostanę tutaj bez osób, na
których najbardziej mi zależało, na równi z matką.
- Naprawdę tak uważasz? Sądzisz, że…
- Mylę się?! Chyba nie wyskoczysz mi tu ze
związkiem na odległość, co?!
- Możesz dać mi dojść do słowa? Dziękuję –
dodał nim zdążyłem odpowiedzieć. – Kocham cię i nie chcę życia bez ciebie. Już
za późno, na stałe zamieszkałeś w moim sercu, dlatego błagam daj nam szansę.
Wiem, że mnie nie…
- Kocham – znowu się wtrąciłem, nim zdążyłem
pojąć co mówię. – Jesteś najlepszym co mnie ostatnio spotkało. Jesteś kolorową
tęczą, wyłaniającą się po burzy, która wywołuje uśmiech na twarzy, kiedy czarne
chmury nawiedzają moje myśli. Jesteś jak słońce, które ogrzewa w zimne dni.
Jesteś jak letni wiaterek, który przynosi ulgę w te upalne. Jesteś jak gorąca
czekolada w zimowe wieczory. Jesteś jak drobny kwiatuszek, pośród cierni i
chwatów, nadający nadzieję, że wszędzie kryje się piękno, tylko trzeba dobrze
poszukać. Jesteś jak słodki lizak dla dziecka. Jesteś jak puszysty śnieg,
chroniący nas od tego co brzydkie, nieprzyjemne, ukazując to co piękne,
wyjątkowe. Jesteś jak Paweł, który z początku był irytujący, z czasem
zaczynałem bać się, że zacznę czuć do niego zakazane uczucie, w pewnym sensie
zdradził, przy okazji robiąc wszystko, żeby to wyplewić i pozostawić nienawiść,
a w końcu zasadził drzewo miłości, które starannie pielęgnował, aż rozrosło się
w moim sercu, zapuściło głęboko korzenie i trudno mi będzie się go pozbyć, a nie
pozostawiasz mi wyboru.
Zapadła
cisza.
Podniosłem
na niego wzrok. Jak zahipnotyzowany zatrzymałem go na tych niebieskoszarych
tęczówkach, zabraniających mi spojrzenie gdziekolwiek indziej. Przyciągnął mnie
do czułego i przepełnionego miłością pocałunku.
- Kurwa – wyszeptał, kiedy odsunął się trochę,
opierając czoło o moje – dlaczego, kiedy ja chciałem ci wyznać miłość, nie
potrafiłem znaleźć tak pięknych słów? Ja ciebie też. Nie martw się, nie
zostawię cię. I’m promise.
- Trzymam cię za słowo.
Cmoknąłem
go w usta i odsunąłem się. Podszedłem do lodówki i otworzyłem ją.
- Co chcesz na śniadanie?
Chwycił
mnie za rękę i obrócił, przez co zrobiłem piruet, a na koniec wylądowałem w
jego ramionach.
- Ciebie.
Zaśmiałem
się lekko zdenerwowany. Zrobiłem krok do tyłu, ale, kiedy moje plecy dotknęły
zimnych drzwi od wewnętrznej strony, odskoczyłem wprost na ukochanego.
- Ha, ha! A ja myślałem, że kochasz zimno? –
zażartował. – Ja coś zrobię.
- Uch… Ciągle przyrządzasz śniadania, może
teraz pozwolisz mi?
- Nic więcej nie potrafię – wyszeptał do
mojego ucha. – Ty się zajmij obiadami, a ja kanapkami ewentualnie naleśnikami.
Skinąłem
głową i ruszyłem w stronę sypialni, ale w połowie drogi się zatrzymałem.
- To była chyba najbardziej żenująca chwila
mojego życia. Dobrze, że wtedy nie myślałem. A może źle…
- Nie prawda. – Nim się zorientowałem,
przytulił mnie od tyłu. – To było piękne. Może nie do końca męskie, ale kto
wyznacza te granice?
- My sami – stwierdziłem.
Uwolniłem
się z jego uścisku i żegnając szybkim pocałunkiem, udałem się po swoje rzeczy,
a następnie zniknąłem w łazience. Policzki i tak paliły, jakbym wylał na nie
wiadro świeżej lawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz