poniedziałek, 4 lipca 2016

Testament - Rozdział 10.

Rozdział 10.
Parę dni później…
Wszystko wróciło do normy – kłóciliśmy się, obrażaliśmy, robiliśmy wszystko sobie na złość… Tylko spałem w gościnnym. Od prawie zasłabnięcia, nie wróciłem do sypialni pana Zenka. Kiedy zły wyszedłem z domu, Paweł musiał przenieść nasze rzeczy, bo po powrocie wszystko zostało zamienione. Byłem szczęśliwy i gdyby nie moja duma, to może nawet próbowałby, załagodzić nasze stosunki, jednak to nie było takie proste.
Bywały dni, kiedy miałem go dość, chciałem się wyprowadzić, tylko nie było gdzie i jedynie świadomość, że jeszcze trochę i wraca do Irlandii podnosiła mnie na duchu.
Najgorszy był jednak fakt, iż to ja czasami zachowywałem się jak chuj, a on nic nie zrobi. Po prostu był. Wyładowywałem na nim moją frustrację, bo wystarczyła jedna doba, żebym spojrzał na niego inaczej. Ciągle pamiętałem, jak się o mnie troszczył, przygotował jedzenie, zmartwił widzą mnie takiego. Nie dało się zapomnieć tych szerokich, umięśnionych ramion, czy… jego ust i języka. Nawet jeśli to nie był faktyczny pocałunek to ja przeżywałem później tą chwilę bardzo długo. Codzienne budzenie się ze wzwodem w spodniach nie polepszało sytuacji, gdyż nikt inny tylko Paweł był głównym bohaterem moich snów, które go wywołały.
Nienawidziłem siebie za to zachowanie, ale nie umiałem inaczej. To był mój mechanizm obronny.
Siedziałem przy fortepianie i grałem wszystko co przyszło mi do głowy. Dzięki temu mogłem go unikać.
Nagle poczułem ramiona obejmujące mnie ciasno.
 - Ostatnio zachowujesz się jak nie ty. Rozluźnij się kochanie – wyszeptał w mój kark.
Wyrwałem się i odszedłem kilka kroków od niego.
 - Nie mów do mnie kochanie! – warknąłem, próbując wyrównać bicie serca.
 - Dlaczego?
 - Bo nie jestem twoim kochaniem!
Zły wyminąłem go, kierując swoje kroki w stronę wyjścia. Jednak współlokator miał najwyraźniej inne plany – popchnął mnie na ścianę (zdążyłem oprzeć się rękami) i stanął za mną bardzo blisko.
 - Spokojnie – powiedział.
Odwróciłem się i spojrzałem buntowniczo w jego piękne, niebieskoszare oczy. Uśmiechnął się i złożył pocałunek na moich ustach. Zatkało mnie, a przyjemne wspomnienie jego miękkich warg wróciło. Prawe że bym mu uległ, poddał się i przestał być biernym, ale na szczęście zdążył się odsunąć.
 - Co… CO TO MA ZNACZYĆ?! – Wkurwiony odepchnąłem go z całej siły.
Oparł dłoń na biodrze i wysłał mi pocałunek w powietrzu.
 - Miałeś się rozluźnić, a nie pieklić.
Jęknąłem załamany.
 - Mam cie dosyć – stwierdziłem już dożo spokojniej.
 - Ranisz mnie – najwyraźniej uważał to za dobrą zabawę.
Skomentowałem to ciężkim westchnieniem i poszedłem do swojego pokoju. Złość nawet mi trochę przeszła. Dotknąłem delikatnie opuszkami palców, swoich warg, a kąciki ust delikatnie powędrowały do góry.
On nie mógł mi się podobać! Po prostu… no!

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz