Rozdział
10.
Parę dni
później…
Wszystko
wróciło do normy – kłóciliśmy się, obrażaliśmy, robiliśmy wszystko sobie na
złość… Tylko spałem w gościnnym. Od prawie zasłabnięcia, nie wróciłem do
sypialni pana Zenka. Kiedy zły wyszedłem z domu, Paweł musiał przenieść nasze
rzeczy, bo po powrocie wszystko zostało zamienione. Byłem szczęśliwy i gdyby
nie moja duma, to może nawet próbowałby, załagodzić nasze stosunki, jednak to
nie było takie proste.
Bywały dni,
kiedy miałem go dość, chciałem się wyprowadzić, tylko nie było gdzie i jedynie
świadomość, że jeszcze trochę i wraca do Irlandii podnosiła mnie na duchu.
Najgorszy
był jednak fakt, iż to ja czasami zachowywałem się jak chuj, a on nic nie
zrobi. Po prostu był. Wyładowywałem na nim moją frustrację, bo wystarczyła
jedna doba, żebym spojrzał na niego inaczej. Ciągle pamiętałem, jak się o mnie
troszczył, przygotował jedzenie, zmartwił widzą mnie takiego. Nie dało się zapomnieć tych szerokich, umięśnionych ramion, czy… jego ust i języka. Nawet jeśli to nie był faktyczny pocałunek to ja przeżywałem później tą chwilę bardzo
długo. Codzienne budzenie się ze wzwodem w spodniach nie polepszało sytuacji,
gdyż nikt inny tylko Paweł był głównym bohaterem moich snów, które go wywołały.
Nienawidziłem
siebie za to zachowanie, ale nie umiałem inaczej. To był mój mechanizm obronny.
Siedziałem
przy fortepianie i grałem wszystko co przyszło mi do głowy. Dzięki temu mogłem
go unikać.
Nagle
poczułem ramiona obejmujące mnie ciasno.
- Ostatnio zachowujesz się jak nie ty.
Rozluźnij się kochanie – wyszeptał w mój kark.
Wyrwałem
się i odszedłem kilka kroków od niego.
- Nie mów do mnie kochanie! – warknąłem, próbując wyrównać bicie serca.
- Dlaczego?
- Bo nie jestem twoim kochaniem!
Zły
wyminąłem go, kierując swoje kroki w stronę wyjścia. Jednak współlokator miał
najwyraźniej inne plany – popchnął mnie na ścianę (zdążyłem oprzeć się rękami)
i stanął za mną bardzo blisko.
- Spokojnie – powiedział.
Odwróciłem
się i spojrzałem buntowniczo w jego piękne, niebieskoszare oczy. Uśmiechnął się
i złożył pocałunek na moich ustach. Zatkało mnie, a przyjemne wspomnienie jego
miękkich warg wróciło. Prawe że bym mu uległ, poddał się i przestał być
biernym, ale na szczęście zdążył się odsunąć.
- Co… CO TO MA ZNACZYĆ?! – Wkurwiony
odepchnąłem go z całej siły.
Oparł dłoń
na biodrze i wysłał mi pocałunek w powietrzu.
- Miałeś się rozluźnić, a nie pieklić.
Jęknąłem
załamany.
- Mam cie dosyć – stwierdziłem już dożo
spokojniej.
- Ranisz mnie – najwyraźniej uważał to za
dobrą zabawę.
Skomentowałem
to ciężkim westchnieniem i poszedłem do swojego pokoju. Złość nawet mi trochę
przeszła. Dotknąłem delikatnie opuszkami palców, swoich warg, a kąciki ust
delikatnie powędrowały do góry.
On nie mógł
mi się podobać! Po prostu… no!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz