Rozdział
21.
Otwarłem
zaspany oczy i mocniej wtuliłem się w pierś współlokatora. Poczułem jak
delikatnie głaska mój kark, na co mimowolnie zamruczałem. Podniosłem wzrok na
jego uśmiechniętą twarz.
- Dzień dobry! Wyspany? – spytał.
- Mhm…
Pociągnął
mnie w górę i pocałował. Nie zamierzał szybko tego przerywać, więc poprawiłem
się i ułożyłem dłonie jedną na piersi, drugą na poduszce, żeby było mi
wygodniej. Gładził moje plecy, które… były nagie? Stop! Ja cały byłem bez
ubrania! Szybko się odsunąłem i zakopałem zawstydzony pod kołdrę.
- Wczoraj byłeś niesamowity – zamruczał mi do
ucha.
- A-ale kiedy?
- Kiedy kochaliśmy się, a ty tak pięknie
jęczałeś i…
- CO?? – Odskoczyłem, jak poparzony.
Gapił się
na mnie zaskoczony, nie rozumiejąc mojej reakcji.
J-jak to ,,kochaliśmy”…? To nie możliwe…
- Nie żartuj tak. Jestem na tyle rozsądny, że
wiem, iż czegoś takiego bym nie… - urwałem widząc jego wyraz twarzy.
Skinął
głową i wstał. Przeczesał swoje krótkie włosy, wyglądał jakby chciał coś powiedzieć,
ale najwyraźniej się rozmyślił.
- Przepraszam – wyszeptał, stojąc już przy
drzwiach.
Wyszedł z
pokoju, a ja nie wiedziałem co powiedzieć, zrobić. Analizowałem w głowie
poprzedni wieczór, jednak uznałem, że nie powinienem w tamtym momencie marnować
na to czasu tylko pędzić do Pawła. Stał w kuchni tyłem do mnie z zaciśniętymi
rękami na blacie, a nagle uderzył pięścią w ścianę naprzeciwko. Gapił się na
blat wściekły. Czułem się okropnie, bo coś podpowiadało mi, że to moja wina.
Ostrożnie i powoli podszedłem do niego. Oparłem głowę o te szerokie plecy, cały
czas myśląc, co przegapiłem. Napiął mięśnie, ale ja wiedziałem, iż nie mogę się
wycofać. Poczekałem, aż się odwrócił i szybko dorwałem się do jego ust.
Uwiesiłem się na szyi współlokatora nie przerywając pocałunku mimo braku rekcji
drugiej strony. W końcu usłyszałem coś jakby ciche westchnienie i z ulgą
przyjąłem fakt, że przestał stać biernie. Nagle uderzyło TO we mnie z ogromną
siłą jak pędząca ciężarówka. Przypomniałem sobie co się wydarzyło po powrocie.
Nie wiem, czy serio byłem tak schlany kilkoma kieliszkami wina, czy co, jednak…
Odsunąłem
się na niewielką odległość i spojrzałem w te smutne oczy. I to z mojego powodu…
- Kocham cię – powiedziałem, a w międzyczasie
myślałem jak tu się wykręcić. W końcu uznałem, że to nie ma sensu. – To ja
przepraszam. Nie wiem dlaczego przez chwilę miałem zanik pamięci, dlaczego tak
ważny i cudowny moment zabawił się ze mną w chowanego.
- Cudowny?
– spytał z jego charakterystycznym uśmieszkiem.
Wywróciłem
oczami i wbrew jego założeniom cmoknąłem szybko. Zamrugał zaskoczony oczami,
jakby analizując to co się właśnie wydarzyło.
- Co? – spytałem niewinnie.
Chwycił
mnie za pośladki i w mgnieniu oka wylądowałem na blacie. Stanął pomiędzy moimi
nogami, na których położył ręce, a twarz przybliżył niebezpiecznie blisko
mojej.
- To – odpowiedział i pocałował krótko. Za
krótko. – Czyli już wszystko pamiętasz?
Skinąłem
głową zniecierpliwiony.
- Na pewno?
Znowu ten
sam ruch.
- A gdybym chciał to powtórzyć…? – spytał niby
teoretycznie, ale ja już widziałem ten błysk w oku.
- To byś nie pytał tylko zaczął się do mnie
dobierać – odparłem ciekaw jego reakcji.
Znowu gapił
się na mnie jakbym mu powiedział, że wyrosły mu na głowie rogi jelenia.
- Nie wiem kim jesteś, ale oddaj mi Andrzeja.
- Już mnie nie lubisz? – spytałem po części
żartując po części serio będąc trochę smutnym.
- Zdecydowanie wolę tamtego.
Wyglądał
zbyt poważnie, żebym odebrał to jako żart. Chciałem się mylić, ale jakoś nie
potrafiłem przekonać do tego siebie.
- Przepraszam – jedynie wyszeptałem i
wykorzystując moment zaskoczenia, zszedłem z półki i ewakuowałem się z
pomieszczenia.
Rozłożyłem
się na łóżku, lecz w końcu zwinąłem w kulkę i cicho zapłakałem nad swoim marnym
losem.
W czym jestem inny? Co ja mu takiego zrobiłem? Może
nadal jest zły za tamto, ale nie chce tego pokazać? Dlaczego muszę wszystko
spieprzyć?
Odgoniłem
ostanie łzy w momencie, kiedy pojawił się blondyn. Nie wiedziałem, czy się
uśmiechnąć i zachowywać jakby nigdy nic, czy bardziej się schować z nadzieją,
że mnie nie zobaczy… Tak, Andrzejku,
bardzo mądrze. Na pewno nagle staniesz się niewidzialny!
- Hej… Przepraszam, to nie tak. Po prostu od
rana zachowujesz się inaczej i jestem zaskoczony… To nie tak, że cię nie
kocham, nie lubię. Nadal jesteś moim trochę dziwnym kochaniem, które mam
wrażenie, iż jest tak kruche i delikatne, że w każdej chwili może się rozlecieć
w moich rękach. Kiedy pokazałeś inną stronę siebie byłem troszkę zaskoczony i
sam nie wiem dlaczego to powiedziałem. Ubóstwiam każdą twoja część ciała,
cechę, dziwactwo. Twoje zalety oraz wady, dzięki którym jest ciekawie i jestem
pewny, że jednak nie stoi przede mną pieprzony ideał i może mam jakieś
minimalnie prawo, żeby chociaż na ciebie spojrzeć.
Odwróciłem
twarz w jego stronę, nie wierząc, że naprawdę to powiedział, to nie omamy
słuchowe. To było takie… piękne. Nie potrafiłem odnaleźć w swoim mózgu, który
przemienił się w papkę, jakiegokolwiek odpowiednio opisującego to słowa.
- Boże… Przepraszam! Przeze mnie płakałeś. –
Przyciągnął mnie i zamknął w swoich ramionach.
- Jeszcze do Boga mnie porównujesz? –
zażartowałem.
- Nie chcę, żebyś był Bogiem. Chcę tylko,
żebyś wybaczał, kiedy znowu będę wkurwiający i pomógł powrócić tej mojej lepszej
stronie, która ukazuje się tylko przy tobie. Chcę, żebyś zawsze się tak do mnie
uśmiechał. Chcę, żebyś nigdy nie musiał płakać. Chcę, żebyś był przy mnie w
momentach zwątpienia oraz w tych, kiedy mam ochotę skakać ze szczęścia. Chcę
budzić się codziennie z tobą obok. Chcę, żeby czas razem spędzony nigdy się nie
skończył. Chcę, żebyś nigdy mnie nie zostawił. Chcę ciebie.
Ukląkłem
naprzeciwko niego i przewiesiłem ręce przez jego szyję.
- A podobno nie potrafisz pięknie mówić.
Wiesz… To trochę zabrzmiało jak oświadczyny. – Zaśmiałem się delikatnie na
wszelki wypadek.
Pocałował
mnie krótko i przytulił.
- Jeśli tak chcesz. Kocham cię.
Istniało
ryzyko, że się wzruszę, a to było do mnie bardzo niepodobne.
- Dlaczego musisz jutro jechać? Nie chcę mieszkać
tu, czy z mamą sam.
- Jutro…? Kurwa, skarbie… Ja lecę już dzisiaj
wieczorem.
Odsunąłem
go na odległość wyciągnięcia ręki. Kręciłem przecząco głową, czując, że zaraz
nie wytrzymam i zacznę płakać.
- Nie, to niemożliwe. Przecież… Przecież… -
Padłem w jego objęcia, płacząc jak baba.
- Przepraszam… Ja wrócę, obiecuję. Zaczekaj na
mnie jeszcze jakiś czas, a obiecuję, że już cię nie opuszczę.
- Za kogo ty mnie masz?!
- Już chyba wspominałem… - zamyślił się.
Zaśmiałem
się cicho.
Resztę
czasu, który nam został… spędziliśmy w łóżku. Kochaliśmy się, całowaliśmy,
przytulaliśmy… Robiliśmy sobie przerwy, żeby zaczerpnąć tchu i z dwa żeby coś
zjeść… z czego raz przypadkiem część
jedzenia wylądowała na mnie i posłużyłem mu jako wielki talerz. Staraliśmy się
nacieszyć każdą minutą razem, jakby jutra miało nie być… Choć dla mnie wszystko
się skończyło, kiedy patrzyłem samolot, lecący z tym jednym wśród wielu
pasażerem, którego chciałem przywiązać do siebie i nigdy nie wypuścić. Na
koniec prawie się znowu pokłóciliśmy, bo zaproponował, żebym leciał z nim, a ja
zacząłem się na niego wydzierać, że jest strasznie samolubny, jednak tak
naprawdę to na siebie byłem zły, bo nie mogłem, nie potrafiłem tego zrobić,
mimo tak wielkiej chęci i serca ciągnącego mnie do niego jak magnez.
Tak właśnie
wyglądał mój koniec świata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz