sobota, 30 lipca 2016

Testament - Rozdział 21.

Rozdział 21.
Otwarłem zaspany oczy i mocniej wtuliłem się w pierś współlokatora. Poczułem jak delikatnie głaska mój kark, na co mimowolnie zamruczałem. Podniosłem wzrok na jego uśmiechniętą twarz.
 - Dzień dobry! Wyspany? – spytał.
 - Mhm…
Pociągnął mnie w górę i pocałował. Nie zamierzał szybko tego przerywać, więc poprawiłem się i ułożyłem dłonie jedną na piersi, drugą na poduszce, żeby było mi wygodniej. Gładził moje plecy, które… były nagie? Stop! Ja cały byłem bez ubrania! Szybko się odsunąłem i zakopałem zawstydzony pod kołdrę.
 - Wczoraj byłeś niesamowity – zamruczał mi do ucha.
 - A-ale kiedy?
 - Kiedy kochaliśmy się, a ty tak pięknie jęczałeś i…
 - CO?? – Odskoczyłem, jak poparzony.
Gapił się na mnie zaskoczony, nie rozumiejąc mojej reakcji.
J-jak to ,,kochaliśmy”…? To nie możliwe…
 - Nie żartuj tak. Jestem na tyle rozsądny, że wiem, iż czegoś takiego bym nie… - urwałem widząc jego wyraz twarzy.
Skinął głową i wstał. Przeczesał swoje krótkie włosy, wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale najwyraźniej się rozmyślił.
 - Przepraszam – wyszeptał, stojąc już przy drzwiach.
Wyszedł z pokoju, a ja nie wiedziałem co powiedzieć, zrobić. Analizowałem w głowie poprzedni wieczór, jednak uznałem, że nie powinienem w tamtym momencie marnować na to czasu tylko pędzić do Pawła. Stał w kuchni tyłem do mnie z zaciśniętymi rękami na blacie, a nagle uderzył pięścią w ścianę naprzeciwko. Gapił się na blat wściekły. Czułem się okropnie, bo coś podpowiadało mi, że to moja wina. Ostrożnie i powoli podszedłem do niego. Oparłem głowę o te szerokie plecy, cały czas myśląc, co przegapiłem. Napiął mięśnie, ale ja wiedziałem, iż nie mogę się wycofać. Poczekałem, aż się odwrócił i szybko dorwałem się do jego ust. Uwiesiłem się na szyi współlokatora nie przerywając pocałunku mimo braku rekcji drugiej strony. W końcu usłyszałem coś jakby ciche westchnienie i z ulgą przyjąłem fakt, że przestał stać biernie. Nagle uderzyło TO we mnie z ogromną siłą jak pędząca ciężarówka. Przypomniałem sobie co się wydarzyło po powrocie. Nie wiem, czy serio byłem tak schlany kilkoma kieliszkami wina, czy co, jednak…
Odsunąłem się na niewielką odległość i spojrzałem w te smutne oczy. I to z mojego powodu…
 - Kocham cię – powiedziałem, a w międzyczasie myślałem jak tu się wykręcić. W końcu uznałem, że to nie ma sensu. – To ja przepraszam. Nie wiem dlaczego przez chwilę miałem zanik pamięci, dlaczego tak ważny i cudowny moment zabawił się ze mną w chowanego.
 - Cudowny? – spytał z jego charakterystycznym uśmieszkiem.
Wywróciłem oczami i wbrew jego założeniom cmoknąłem szybko. Zamrugał zaskoczony oczami, jakby analizując to co się właśnie wydarzyło.
 - Co? – spytałem niewinnie.
Chwycił mnie za pośladki i w mgnieniu oka wylądowałem na blacie. Stanął pomiędzy moimi nogami, na których położył ręce, a twarz przybliżył niebezpiecznie blisko mojej.
 - To – odpowiedział i pocałował krótko. Za krótko. – Czyli już wszystko pamiętasz?
Skinąłem głową zniecierpliwiony.
 - Na pewno?
Znowu ten sam ruch.
 - A gdybym chciał to powtórzyć…? – spytał niby teoretycznie, ale ja już widziałem ten błysk w oku.
 - To byś nie pytał tylko zaczął się do mnie dobierać – odparłem ciekaw jego reakcji.
Znowu gapił się na mnie jakbym mu powiedział, że wyrosły mu na głowie rogi jelenia.
 - Nie wiem kim jesteś, ale oddaj mi Andrzeja.
 - Już mnie nie lubisz? – spytałem po części żartując po części serio będąc trochę smutnym.
 - Zdecydowanie wolę tamtego.
Wyglądał zbyt poważnie, żebym odebrał to jako żart. Chciałem się mylić, ale jakoś nie potrafiłem przekonać do tego siebie.
 - Przepraszam – jedynie wyszeptałem i wykorzystując moment zaskoczenia, zszedłem z półki i ewakuowałem się z pomieszczenia.
Rozłożyłem się na łóżku, lecz w końcu zwinąłem w kulkę i cicho zapłakałem nad swoim marnym losem.
W czym jestem inny? Co ja mu takiego zrobiłem? Może nadal jest zły za tamto, ale nie chce tego pokazać? Dlaczego muszę wszystko spieprzyć?
Odgoniłem ostanie łzy w momencie, kiedy pojawił się blondyn. Nie wiedziałem, czy się uśmiechnąć i zachowywać jakby nigdy nic, czy bardziej się schować z nadzieją, że mnie nie zobaczy… Tak, Andrzejku, bardzo mądrze. Na pewno nagle staniesz się niewidzialny!
 - Hej… Przepraszam, to nie tak. Po prostu od rana zachowujesz się inaczej i jestem zaskoczony… To nie tak, że cię nie kocham, nie lubię. Nadal jesteś moim trochę dziwnym kochaniem, które mam wrażenie, iż jest tak kruche i delikatne, że w każdej chwili może się rozlecieć w moich rękach. Kiedy pokazałeś inną stronę siebie byłem troszkę zaskoczony i sam nie wiem dlaczego to powiedziałem. Ubóstwiam każdą twoja część ciała, cechę, dziwactwo. Twoje zalety oraz wady, dzięki którym jest ciekawie i jestem pewny, że jednak nie stoi przede mną pieprzony ideał i może mam jakieś minimalnie prawo, żeby chociaż na ciebie spojrzeć.
Odwróciłem twarz w jego stronę, nie wierząc, że naprawdę to powiedział, to nie omamy słuchowe. To było takie… piękne. Nie potrafiłem odnaleźć w swoim mózgu, który przemienił się w papkę, jakiegokolwiek odpowiednio opisującego to słowa.
 - Boże… Przepraszam! Przeze mnie płakałeś. – Przyciągnął mnie i zamknął w swoich ramionach.
 - Jeszcze do Boga mnie porównujesz? – zażartowałem.
 - Nie chcę, żebyś był Bogiem. Chcę tylko, żebyś wybaczał, kiedy znowu będę wkurwiający i pomógł powrócić tej mojej lepszej stronie, która ukazuje się tylko przy tobie. Chcę, żebyś zawsze się tak do mnie uśmiechał. Chcę, żebyś nigdy nie musiał płakać. Chcę, żebyś był przy mnie w momentach zwątpienia oraz w tych, kiedy mam ochotę skakać ze szczęścia. Chcę budzić się codziennie z tobą obok. Chcę, żeby czas razem spędzony nigdy się nie skończył. Chcę, żebyś nigdy mnie nie zostawił. Chcę  ciebie.
Ukląkłem naprzeciwko niego i przewiesiłem ręce przez jego szyję.
 - A podobno nie potrafisz pięknie mówić. Wiesz… To trochę zabrzmiało jak oświadczyny. – Zaśmiałem się delikatnie na wszelki wypadek.
Pocałował mnie krótko i przytulił.
 - Jeśli tak chcesz. Kocham cię.
Istniało ryzyko, że się wzruszę, a to było do mnie bardzo niepodobne.
 - Dlaczego musisz jutro jechać? Nie chcę mieszkać tu, czy z mamą sam.
 - Jutro…? Kurwa, skarbie… Ja lecę już dzisiaj wieczorem.
Odsunąłem go na odległość wyciągnięcia ręki. Kręciłem przecząco głową, czując, że zaraz nie wytrzymam i zacznę płakać.
 - Nie, to niemożliwe. Przecież… Przecież… - Padłem w jego objęcia, płacząc jak baba.
 - Przepraszam… Ja wrócę, obiecuję. Zaczekaj na mnie jeszcze jakiś czas, a obiecuję, że już cię nie opuszczę.
 - Za kogo ty mnie masz?!
 - Już chyba wspominałem… - zamyślił się.
Zaśmiałem się cicho.
Resztę czasu, który nam został… spędziliśmy w łóżku. Kochaliśmy się, całowaliśmy, przytulaliśmy… Robiliśmy sobie przerwy, żeby zaczerpnąć tchu i z dwa żeby coś zjeść… z czego raz przypadkiem część jedzenia wylądowała na mnie i posłużyłem mu jako wielki talerz. Staraliśmy się nacieszyć każdą minutą razem, jakby jutra miało nie być… Choć dla mnie wszystko się skończyło, kiedy patrzyłem samolot, lecący z tym jednym wśród wielu pasażerem, którego chciałem przywiązać do siebie i nigdy nie wypuścić. Na koniec prawie się znowu pokłóciliśmy, bo zaproponował, żebym leciał z nim, a ja zacząłem się na niego wydzierać, że jest strasznie samolubny, jednak tak naprawdę to na siebie byłem zły, bo nie mogłem, nie potrafiłem tego zrobić, mimo tak wielkiej chęci i serca ciągnącego mnie do niego jak magnez.
Tak właśnie wyglądał mój koniec świata.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz