sobota, 30 lipca 2016

Testament - Rozdział 21.

Rozdział 21.
Otwarłem zaspany oczy i mocniej wtuliłem się w pierś współlokatora. Poczułem jak delikatnie głaska mój kark, na co mimowolnie zamruczałem. Podniosłem wzrok na jego uśmiechniętą twarz.
 - Dzień dobry! Wyspany? – spytał.
 - Mhm…
Pociągnął mnie w górę i pocałował. Nie zamierzał szybko tego przerywać, więc poprawiłem się i ułożyłem dłonie jedną na piersi, drugą na poduszce, żeby było mi wygodniej. Gładził moje plecy, które… były nagie? Stop! Ja cały byłem bez ubrania! Szybko się odsunąłem i zakopałem zawstydzony pod kołdrę.
 - Wczoraj byłeś niesamowity – zamruczał mi do ucha.
 - A-ale kiedy?
 - Kiedy kochaliśmy się, a ty tak pięknie jęczałeś i…
 - CO?? – Odskoczyłem, jak poparzony.
Gapił się na mnie zaskoczony, nie rozumiejąc mojej reakcji.
J-jak to ,,kochaliśmy”…? To nie możliwe…
 - Nie żartuj tak. Jestem na tyle rozsądny, że wiem, iż czegoś takiego bym nie… - urwałem widząc jego wyraz twarzy.
Skinął głową i wstał. Przeczesał swoje krótkie włosy, wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale najwyraźniej się rozmyślił.
 - Przepraszam – wyszeptał, stojąc już przy drzwiach.
Wyszedł z pokoju, a ja nie wiedziałem co powiedzieć, zrobić. Analizowałem w głowie poprzedni wieczór, jednak uznałem, że nie powinienem w tamtym momencie marnować na to czasu tylko pędzić do Pawła. Stał w kuchni tyłem do mnie z zaciśniętymi rękami na blacie, a nagle uderzył pięścią w ścianę naprzeciwko. Gapił się na blat wściekły. Czułem się okropnie, bo coś podpowiadało mi, że to moja wina. Ostrożnie i powoli podszedłem do niego. Oparłem głowę o te szerokie plecy, cały czas myśląc, co przegapiłem. Napiął mięśnie, ale ja wiedziałem, iż nie mogę się wycofać. Poczekałem, aż się odwrócił i szybko dorwałem się do jego ust. Uwiesiłem się na szyi współlokatora nie przerywając pocałunku mimo braku rekcji drugiej strony. W końcu usłyszałem coś jakby ciche westchnienie i z ulgą przyjąłem fakt, że przestał stać biernie. Nagle uderzyło TO we mnie z ogromną siłą jak pędząca ciężarówka. Przypomniałem sobie co się wydarzyło po powrocie. Nie wiem, czy serio byłem tak schlany kilkoma kieliszkami wina, czy co, jednak…
Odsunąłem się na niewielką odległość i spojrzałem w te smutne oczy. I to z mojego powodu…
 - Kocham cię – powiedziałem, a w międzyczasie myślałem jak tu się wykręcić. W końcu uznałem, że to nie ma sensu. – To ja przepraszam. Nie wiem dlaczego przez chwilę miałem zanik pamięci, dlaczego tak ważny i cudowny moment zabawił się ze mną w chowanego.
 - Cudowny? – spytał z jego charakterystycznym uśmieszkiem.
Wywróciłem oczami i wbrew jego założeniom cmoknąłem szybko. Zamrugał zaskoczony oczami, jakby analizując to co się właśnie wydarzyło.
 - Co? – spytałem niewinnie.
Chwycił mnie za pośladki i w mgnieniu oka wylądowałem na blacie. Stanął pomiędzy moimi nogami, na których położył ręce, a twarz przybliżył niebezpiecznie blisko mojej.
 - To – odpowiedział i pocałował krótko. Za krótko. – Czyli już wszystko pamiętasz?
Skinąłem głową zniecierpliwiony.
 - Na pewno?
Znowu ten sam ruch.
 - A gdybym chciał to powtórzyć…? – spytał niby teoretycznie, ale ja już widziałem ten błysk w oku.
 - To byś nie pytał tylko zaczął się do mnie dobierać – odparłem ciekaw jego reakcji.
Znowu gapił się na mnie jakbym mu powiedział, że wyrosły mu na głowie rogi jelenia.
 - Nie wiem kim jesteś, ale oddaj mi Andrzeja.
 - Już mnie nie lubisz? – spytałem po części żartując po części serio będąc trochę smutnym.
 - Zdecydowanie wolę tamtego.
Wyglądał zbyt poważnie, żebym odebrał to jako żart. Chciałem się mylić, ale jakoś nie potrafiłem przekonać do tego siebie.
 - Przepraszam – jedynie wyszeptałem i wykorzystując moment zaskoczenia, zszedłem z półki i ewakuowałem się z pomieszczenia.
Rozłożyłem się na łóżku, lecz w końcu zwinąłem w kulkę i cicho zapłakałem nad swoim marnym losem.
W czym jestem inny? Co ja mu takiego zrobiłem? Może nadal jest zły za tamto, ale nie chce tego pokazać? Dlaczego muszę wszystko spieprzyć?
Odgoniłem ostanie łzy w momencie, kiedy pojawił się blondyn. Nie wiedziałem, czy się uśmiechnąć i zachowywać jakby nigdy nic, czy bardziej się schować z nadzieją, że mnie nie zobaczy… Tak, Andrzejku, bardzo mądrze. Na pewno nagle staniesz się niewidzialny!
 - Hej… Przepraszam, to nie tak. Po prostu od rana zachowujesz się inaczej i jestem zaskoczony… To nie tak, że cię nie kocham, nie lubię. Nadal jesteś moim trochę dziwnym kochaniem, które mam wrażenie, iż jest tak kruche i delikatne, że w każdej chwili może się rozlecieć w moich rękach. Kiedy pokazałeś inną stronę siebie byłem troszkę zaskoczony i sam nie wiem dlaczego to powiedziałem. Ubóstwiam każdą twoja część ciała, cechę, dziwactwo. Twoje zalety oraz wady, dzięki którym jest ciekawie i jestem pewny, że jednak nie stoi przede mną pieprzony ideał i może mam jakieś minimalnie prawo, żeby chociaż na ciebie spojrzeć.
Odwróciłem twarz w jego stronę, nie wierząc, że naprawdę to powiedział, to nie omamy słuchowe. To było takie… piękne. Nie potrafiłem odnaleźć w swoim mózgu, który przemienił się w papkę, jakiegokolwiek odpowiednio opisującego to słowa.
 - Boże… Przepraszam! Przeze mnie płakałeś. – Przyciągnął mnie i zamknął w swoich ramionach.
 - Jeszcze do Boga mnie porównujesz? – zażartowałem.
 - Nie chcę, żebyś był Bogiem. Chcę tylko, żebyś wybaczał, kiedy znowu będę wkurwiający i pomógł powrócić tej mojej lepszej stronie, która ukazuje się tylko przy tobie. Chcę, żebyś zawsze się tak do mnie uśmiechał. Chcę, żebyś nigdy nie musiał płakać. Chcę, żebyś był przy mnie w momentach zwątpienia oraz w tych, kiedy mam ochotę skakać ze szczęścia. Chcę budzić się codziennie z tobą obok. Chcę, żeby czas razem spędzony nigdy się nie skończył. Chcę, żebyś nigdy mnie nie zostawił. Chcę  ciebie.
Ukląkłem naprzeciwko niego i przewiesiłem ręce przez jego szyję.
 - A podobno nie potrafisz pięknie mówić. Wiesz… To trochę zabrzmiało jak oświadczyny. – Zaśmiałem się delikatnie na wszelki wypadek.
Pocałował mnie krótko i przytulił.
 - Jeśli tak chcesz. Kocham cię.
Istniało ryzyko, że się wzruszę, a to było do mnie bardzo niepodobne.
 - Dlaczego musisz jutro jechać? Nie chcę mieszkać tu, czy z mamą sam.
 - Jutro…? Kurwa, skarbie… Ja lecę już dzisiaj wieczorem.
Odsunąłem go na odległość wyciągnięcia ręki. Kręciłem przecząco głową, czując, że zaraz nie wytrzymam i zacznę płakać.
 - Nie, to niemożliwe. Przecież… Przecież… - Padłem w jego objęcia, płacząc jak baba.
 - Przepraszam… Ja wrócę, obiecuję. Zaczekaj na mnie jeszcze jakiś czas, a obiecuję, że już cię nie opuszczę.
 - Za kogo ty mnie masz?!
 - Już chyba wspominałem… - zamyślił się.
Zaśmiałem się cicho.
Resztę czasu, który nam został… spędziliśmy w łóżku. Kochaliśmy się, całowaliśmy, przytulaliśmy… Robiliśmy sobie przerwy, żeby zaczerpnąć tchu i z dwa żeby coś zjeść… z czego raz przypadkiem część jedzenia wylądowała na mnie i posłużyłem mu jako wielki talerz. Staraliśmy się nacieszyć każdą minutą razem, jakby jutra miało nie być… Choć dla mnie wszystko się skończyło, kiedy patrzyłem samolot, lecący z tym jednym wśród wielu pasażerem, którego chciałem przywiązać do siebie i nigdy nie wypuścić. Na koniec prawie się znowu pokłóciliśmy, bo zaproponował, żebym leciał z nim, a ja zacząłem się na niego wydzierać, że jest strasznie samolubny, jednak tak naprawdę to na siebie byłem zły, bo nie mogłem, nie potrafiłem tego zrobić, mimo tak wielkiej chęci i serca ciągnącego mnie do niego jak magnez.
Tak właśnie wyglądał mój koniec świata.


piątek, 29 lipca 2016

Testament - Rozdział 20.

Rozdział 20.
 - Gdzie idziemy?
 - Jeszcze chwila.
 - Jejku…
 - No spokojnie, zaraz będziemy na miejscu.
Jęknąłem niezadowolony i nadal wyglądałem przez okno taksówki, chcąc rozszyfrować cóż za niespodziankę przygotował Paweł. W końcu zatrzymał się przed… restauracją Le Etoile. Najdroższą w mieście, a może i powiacie.
 - Paweł… To przypadek, nie? – wskazałem na oświetlony, biały budynek.
 - Nie – odpowiedział i wysiadł.
Nie pozostało mi nic innego, jak zrobić dokładnie to samo. Razem weszliśmy do środka. Blondyn podał nazwisko i zostaliśmy zaprowadzeni do naszego stolika. Zostały nam wręczone karty, ale ja nigdy nie byłem w takim miejscu, co za tym idzie nie miałem pojęcia co się kryje za tymi dziwnymi nazwami. Zdałem się na niebieskookiego. Kiedy już złożyliśmy (złożył) zamówienia i dostaliśmy nasze danie oraz wino odważyłem się odezwać.
 - Złożyłeś rezerwację? Przecież w takim miejscu na pewno trzeba długo czekać na wolny termin.
Uśmiechnął się szeroko i puścił mi oczko.
 - Udało mi się załatwić miejsce parę dni temu. W sumie to następnego dnia, po twoim powrocie. Wyszedłem wcześniej rano do sklepu i jakoś tak wędrowałem, aż dotarłem tutaj. Odrobina czaru oraz szczęścia i tak oto tutaj jesteśmy.
Nie wierzyłam własnym uszom, oczom. Może dla mnie wszystko było zbyt dostojne, wykwintne, nie czułem się komfortowo (choć obecność Pawła pomagała), ale ze świadomością, że specjalnie dla mnie to przygotował dodawała mi skrzydeł.
 - W porządku? Wydajesz się być trochę nerwowy.
 - Tak, tak. Dziwnie się czuję w takim miejscu, nie jestem przyzwyczajony, ale jest OK.
 - Przepraszam. Jeśli…
 - Naprawdę jest wszystko w porządku.
Westchnął i uśmiechnął się lekko rozbawiony.
  - Czy ty zawsze musisz mi przerywać?
Lekko się zaczerwieniłem i skupiłem na - jak dla mnie zbyt małym jak na taką cenę, ale co ja się tam znam – daniu.
Jeszcze długo siedzieliśmy, rozmawiając. Jakość w ogóle nie przeszkadzała mi obecność innych, choć normalnie to by dla mnie było zbyt tłoczno. Skupiony byłem tylko na Pawle, a resztę w tamtym momencie miałem gdzieś.
Później zadzwonił po taksówkę i wróciliśmy do domu. Współlokator poszedł do sypialni się przebrać, tylko że mi się zapomniało, wszedłem do środka. Pewnie trochę od tego wina (nie byłem przyzwyczajony do alkoholu, piłem wcześniej może z dwa razy), trochę z uczucia, trochę z faktu iż nadal mimo swoich lat byłem prawiczkiem… Jakoś się to skumulowało i choć powinienem wyjść to stałem i gapiłem się na jego nagie plecy, resztkami wolnej woli nie rzuciwszy się na niego. Przełknąłem ślinę, próbując przekazać swoim nogom, że muszę wyjść, ale one jakby żyły własnym życiem.
 - Hm? – Odwrócił się, chyba czując moją obecność. – Co ty tu robisz? Stało się coś? Jesteś czerwony, masz gorączkę? – spytał, przykładając zimną dłoń do mojego czoła.
 - N-nie, ja nie… Ja… - za wszelką cenę starałem się sklecić sensowne zdanie, ale na chęciach się skończyło.
 - Co jest? – nie ustępował, natomiast ja zacząłem w myślach przeklinać swoją głupotę. – Siadaj – wskazał na łóżko.
Posłusznie zrobiłem co kazał, ale wolałem na nim leżeć nagi z Pawłem, który… STOP! Ogarnij się!
Odetchnąłem i załamany zacząłem wymyślać wymówkę, byleby tylko wyjść. Kucnął pomiędzy moimi nogami, zaglądając głęboko w moje oczy.
 - Powiesz mi w końcu co takiego…
Znowu mu przewałem. Tylko że tym razem inaczej – nie słowami, a ustami. Całowałem go mocno, namiętnie jakby jutra miało nie być, przy okazji popychając go lekko, ale na tyle mocno, żeby się przewrócił, ciągnąc mnie za sobą. Wylądowałem na nim dalej łapczywie domagając się więcej. Nagle nasze miejsca zostały zamienione, a pocałunek przerwany. Patrzyłem na jego przystojną twarz, znajdującą się kilkanaście-kilkadziesiąt centymetrów nad moją.
 - Stop. Nie wiem co w ciebie wstąpiło, ale jeszcze trochę i dojdzie do czegoś, czego rano będziesz mógł żałować.
 - Pieprzyć to – odparłem i przyciągnąłem bliżej, nie biorąc pod uwagę odmowy.
Ten jednak wstał. Jednak nim zdążyłem zaprotestować, wylądowałem na materacu, przyciśnięty przez Pawła. Całował, odbierając mi resztki tlenu, przy okazji odpinając koszulę. Kiedy ostatni guziczek został rozpięty, pociągnął mnie za kołnierz, do góry i kiedy już usiadłem, zsunął powoli z moich ramion. Odrzucił ją gdzieś na bok, a usta zaczęły wędrówkę po moim rozgrzanym do czerwoności ciele. Rozpływałem się i ledwo siedziałem, trzymając się jego szyi. Czułem się jak w raju. Nawet jeśli do końca nie potrafiłem rozpoznać, gdzie właśnie znalazł się jego język, wargi, ciągle było mi mało. Opadłem z powrotem na łóżko, a spodnie po chwili podzieliły los koszuli. Bielizna również. Wszystko co w tamtym momencie czułem gromadziło się w jednym miejscu i boleśnie prosiło o ulgę w słodkiej torturze.
Nagle blondyn wstał. Rozebrał się, widząc jak bacznie go obserwuję, a mi zaschło w gardle na ten widok.
 - Chwilka – powiedziawszy to skierował się ku drzwiom.
 - Chyba cię pojebało.
Zaśmiał się i uniósł dłoń do góry sygnalizując, żebym zaczekał.
Opadłem na poduszki z ciężkim westchnieniem. Paweł coś długo nie wracał, a może to mi się tak wydawało. W każdym bądź razie podniecenie nie chciało dać mi o sobie zapomnieć, natomiast ja nie chciałem dłużej czekać. Oparłem się na łokciach i bez udziału własnej woli sunąłem ręką w stronę mojego przyrodzenia. Musnąłem je delikatnie palcami, a w końcu chwyciłem pewniej i zacząłem poruszać dłonią. Nigdy wcześniej czegoś takiego sam nie robiłem, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Zwłaszcza, że PEWNA OSOBA sobie poszła. Nie musiałem długo czekać, a pojawił się w drzwiach.
 - Kurwa – powiedział zachrypniętym głosem patrząc na mnie.
 - Co tak długo? Gdzie byłeś?
 - Szukałem czegoś do nawilżenia, ale choć brzmi to fantastycznie, to nic nie znalazłem. Mogłem się wcześniej zaopatrzyć, lecz jakoś tak wyszło… Em… Trudno poradzimy sobie – mówiąc to, podszedł jak tygrys i wszedł na łóżko. – Odwróć się.
Spełniłem jego prośbę podekscytowany. Nie miałem pojęcia co mnie czeka, więc…
Pisnąłem cicho, kiedy poczułem coś śliskiego i wilgotnego w okolicach odbytu. Dodatkowo jedna ręka znalazła się na moim członku, a druga jeździła po udzie. Dopiero po chwili połączyłem fakty.
 - Co…?
Odwróciłem głowę, nie rozumiejąc. Nic więcej nie potrafiłem powiedzieć, kiedy zrozumiałem, że moją dziurkę pieścił jego język. Nasze spojrzenia się spotkały, a mną w tej samej chwili owładnął orgazm. Tego było za dużo. Odetchnąłem, ale Paweł nie zmierzał kończyć, dalej pieprząc mnie swoim długim narządem, bawiąc się moim przyrodzeniem, ale dla odmiany nagle język zastąpił palec, drugi, trzeci… Przygotowywał mnie niemiłosiernie długo, korzystając przy okazji z mojej spermy. Mój mózg nie nadążał, wyłączył się. Jedyne co to erekcja nie dawała o sobie zapomnieć, rosnąc z każdą sekundą. W końcu zlitował się nade mną i ukląkł, ustawiając się odpowiednio. Poczułem jak we mnie wchodzi, a ból był… no po porostu był. Nie umierałem, a z czasem szybko się przyzwyczaiłem.
 - W porządku, kochanie?
 - Będzie jak się zaczniesz ruszać.
Zaśmiał się i pochylił blisko mojej twarzy. Odwróciłem zaskoczony głowę, a usta w mgnieniu okaz zostały zaatakowane przez te należące do Pawła. Poczułem jak ostrożnie wysuwa się i znowu wraca. Było tak wolno, że aż bolało. Nie fizycznie, tylko chciałem więcej, szybciej. Westchnąłem, kiedy przyśpieszył. Nagle po moim ciele rozlała się fala kolejnej przyjemności i tak ciągle, wraz z trafianiem w pewne magiczne miejsce, wysyłające mnie do raju. Jeden mój jęk mieszał się z drugim. Jego ręka wróciła na mojego członka, dostosowując ruch do pchnięć. Zadrżałem i nie mogąc się dłużej powstrzymać doszedłem. Paweł dołączył do mnie jakieś dziesięć sekund później.
Zmęczony wtuliłem się w szeroką pierś współlokatora, który ułożył się obok. Szybko zasnąłem z uśmiechem na ustach.


czwartek, 28 lipca 2016

Testament - Rozdział 19

Rozdział 19.
Zostały nam trzy dni. Jeszcze tydzień wcześniej patrzyłem z utęsknieniem na wymalowany czerwonym markerem napis – WOLNOŚĆ. Niestety wszystko uległo zmianie i…
Leżałem wtulony w pierś blondyna modląc się, żeby czas się zatrzymał. Wpatrywałem się w lekko opaloną skórę, idealnie zarysowane mięśnie… Przeniosłem wzrok na jego spokojną, przystojną twarz, wąskie, malinowe usta, dwudniowy zarost… Podniosłem się trochę, żeby móc go pocałować. Nie mogłem się powstrzymać, a i przecież nie musiałem. Ledwo musnąłem wargi współlokatora, poczułem rękę na moim karku i zostałem przewrócony na poduszki. Przez myśl przebiegło mi pytanie, kiedy on się obudził?, ale zaraz całym mną ogarnął jedynie on. Chciałem, żeby wszystkie moje poranki tak się zaczynały, tylko trzeba wyciąć fragment z zamartwianiem się, że za parę dni nie będzie go już obok.
 - Co się stało? – spytał, odsuwając się paręnaście centymetrów.
 - Nic – skłamałem.
 - Andrzej… - westchnął. – Kocham cię i chcę wiedzieć co się dzieje.
 - Nie mów tak! – Odepchnąłem go.
Zdenerwowany na niego/siebie wyszedłem do kuchni. Wskoczyłem na parapet, skupiając wzrok na zaszronionych szybach. Miałem dość. Chyba najłatwiej jest kogoś nienawidzić. Tylko choć miłość i nienawiść to teoretycznie zupełne przeciwieństwa, antonimy, w rzeczywistości bardzo łatwo jest przekroczyć mały strumyczek dzielący te dwa uczucia.
 - Co z tobą?! – Paweł pociągnął mnie mocno za ramię, przez co musiałem zejść na podłogę. – Możesz…? - natychmiast umilkł, widząc moją twarz, oczy… łzy. – Skarbie… - Przytulił mnie mocno, a mi puściły wszystkie hamulce i zacząłem żałośnie płakać.
Nie tak sobie wyobrażałem tamten poranek, lecz…
W końcu chwycił mnie za ramiona i mocno popchnął na ścianę. Zabolało jak cholera, ale zaraz zapomniałem o problemach wraz z kolejnymi pocałunkami blondyna. Mocniej uczepiłem się jego silnych ramion i odpowiadałem na zaczepki warg, języka mężczyzny… Niestety nagle oderwał się od moich ust, jednak na szczęście nie zamierzał daleko się odsuwać. Obcałował całą moją twarz, a następnie przytulił mnie mocno, zaciągając się moim zapachem.
 - Nigdy więcej tak mnie nie strasz. Jeszcze pomyślę, że chcesz odejść.
 - Ty to za parę dni zrobisz – wyszeptałem zanim zdążyłem ugryźć się w język.
 - An… Andrzej, ja nie…
 - A co?! Jeszcze trzy doby i wylecisz do tej swojej Irlandii! Dlaczego nie mogę cię nadal nienawidzić? – spytałem zrezygnowany.
 - Kocham cię i…
 - I co z tego? – znowu wszedłem mu w słowo. – Tak, czy siak niedługo znikniesz, zapomnisz, a ja zostanę tutaj bez osób, na których najbardziej mi zależało, na równi z matką.
 - Naprawdę tak uważasz? Sądzisz, że…
 - Mylę się?! Chyba nie wyskoczysz mi tu ze związkiem na odległość, co?!
 - Możesz dać mi dojść do słowa? Dziękuję – dodał nim zdążyłem odpowiedzieć. – Kocham cię i nie chcę życia bez ciebie. Już za późno, na stałe zamieszkałeś w moim sercu, dlatego błagam daj nam szansę. Wiem, że mnie nie…
 - Kocham – znowu się wtrąciłem, nim zdążyłem pojąć co mówię. – Jesteś najlepszym co mnie ostatnio spotkało. Jesteś kolorową tęczą, wyłaniającą się po burzy, która wywołuje uśmiech na twarzy, kiedy czarne chmury nawiedzają moje myśli. Jesteś jak słońce, które ogrzewa w zimne dni. Jesteś jak letni wiaterek, który przynosi ulgę w te upalne. Jesteś jak gorąca czekolada w zimowe wieczory. Jesteś jak drobny kwiatuszek, pośród cierni i chwatów, nadający nadzieję, że wszędzie kryje się piękno, tylko trzeba dobrze poszukać. Jesteś jak słodki lizak dla dziecka. Jesteś jak puszysty śnieg, chroniący nas od tego co brzydkie, nieprzyjemne, ukazując to co piękne, wyjątkowe. Jesteś jak Paweł, który z początku był irytujący, z czasem zaczynałem bać się, że zacznę czuć do niego zakazane uczucie, w pewnym sensie zdradził, przy okazji robiąc wszystko, żeby to wyplewić i pozostawić nienawiść, a w końcu zasadził drzewo miłości, które starannie pielęgnował, aż rozrosło się w moim sercu, zapuściło głęboko korzenie i trudno mi będzie się go pozbyć, a nie pozostawiasz mi wyboru.
Zapadła cisza.
Podniosłem na niego wzrok. Jak zahipnotyzowany zatrzymałem go na tych niebieskoszarych tęczówkach, zabraniających mi spojrzenie gdziekolwiek indziej. Przyciągnął mnie do czułego i przepełnionego miłością pocałunku.
 - Kurwa – wyszeptał, kiedy odsunął się trochę, opierając czoło o moje – dlaczego, kiedy ja chciałem ci wyznać miłość, nie potrafiłem znaleźć tak pięknych słów? Ja ciebie też. Nie martw się, nie zostawię cię. I’m promise.
 - Trzymam cię za słowo.
Cmoknąłem go w usta i odsunąłem się. Podszedłem do lodówki i otworzyłem ją.
 - Co chcesz na śniadanie?
Chwycił mnie za rękę i obrócił, przez co zrobiłem piruet, a na koniec wylądowałem w jego ramionach.
 - Ciebie.
Zaśmiałem się lekko zdenerwowany. Zrobiłem krok do tyłu, ale, kiedy moje plecy dotknęły zimnych drzwi od wewnętrznej strony, odskoczyłem wprost na ukochanego.
 - Ha, ha! A ja myślałem, że kochasz zimno? – zażartował. – Ja coś zrobię.
 - Uch… Ciągle przyrządzasz śniadania, może teraz pozwolisz mi?
 - Nic więcej nie potrafię – wyszeptał do mojego ucha. – Ty się zajmij obiadami, a ja kanapkami ewentualnie naleśnikami.
Skinąłem głową i ruszyłem w stronę sypialni, ale w połowie drogi się zatrzymałem.
 - To była chyba najbardziej żenująca chwila mojego życia. Dobrze, że wtedy nie myślałem. A może źle…
 - Nie prawda. – Nim się zorientowałem, przytulił mnie od tyłu. – To było piękne. Może nie do końca męskie, ale kto wyznacza te granice?
 - My sami – stwierdziłem.
Uwolniłem się z jego uścisku i żegnając szybkim pocałunkiem, udałem się po swoje rzeczy, a następnie zniknąłem w łazience. Policzki i tak paliły, jakbym wylał na nie wiadro świeżej lawy.


Testament - Rozdział 18.

Rozdział 18.
Następnego dnia po powrocie z uczelni zastałem Pawła w spodniach od garnituru oraz koszuli. Poprawiał włosy w lustrze, ale jak tylko zobaczył mnie w odbiciu, podszedł i przywitał czułym pocałunkiem.
 - Szykuj się, zaraz wychodzimy.
Zamrugałem szybko, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje.
 - Do teatru – uściślił.
Wtedy to już całkiem zdębiałem.
 - Co? Jak? Gdzie? Kiedy? Dlaczego?
Zaśmiał się i uciszył mnie kolejnym całusem.
 - Mówiłeś, że chcesz iść, więc zabieram cię na spektakl.
Miałem spytać, czy mówi serio, ale uznałem, iż to nie będzie potrzebne i udałem się do sypialni, żeby poszukać czegoś co w miarę się nada. Niepewny swojego wyboru, ale z braku jakiejkolwiek alternatywy, nie miałem wyjścia. Wróciłem do salonu. Nigdzie nie widziałem Pawła, lecz sam się znalazł, przytulając mnie od tyłu.
 - Kurwa, ty robisz wszystko, żebym nie mógł się skupić na niczym innym, jak na tobie?
 - A ty, żebym spalił się ze wstydu. Chodź.
 - Mhm… - zamruczał do mojego ucha.
W końcu się odsunął i pociągnął za rękę w kierunku wyjścia. Założyliśmy grube kurtki i gotowi wyszliśmy. Akurat zaczął padać śnieg. Szczęśliwy zacząłem kręcić się w kółko z głową uniesioną ku chmurom, rodzicom tych pięknych gwiazdek. Z mojego gardła wydobył się śmiech, który został przerwany, przez uderzenie śnieżką w plecy.
 - Ej!
 - Nie zachowuj się jak dziecko, idziemy?
 Pokazałem mu język, ale posłusznie wsiadłem do jego samochodu, który idealnie swoim kolorem komponował się ze śniegiem. Po chwili zastanowienia obróciłem się w jego stronę.
 - Może się przejdziemy? Przecież to nie jest daleko.
 - Skąd wiesz, gdzie chcę cię zabrać?
 - Bo w tym mieście jest tylko jeden teatr. Proszę!
Prychnął, ale nie ruszył. Patrzył przed siebie, opierając ręce na kierownicy.
 - Jesteś dziwny – stwierdził.
Normalnie to by po mnie spłynęło, potraktowałbym jako żart, lecz jakoś w tamtym momencie uraziło mnie. Odwróciłem głowę w stronę okna i obserwowałem spadające płatki.
Ciekawe czy one też mają jakieś problemy… Czy też kochają, tęsknią, płaczą, śmieją się. Czy mają uczucia.
 - Przepraszam – cicho powiedziałem. – Jedziemy? Jeszcze się spóźnimy. Wiem, że tobie byłoby to na rękę, ale…
Mój wywód został przerwany, przez rękę blondyna, leżącą na moim ramieniu. Obrócił mnie przodem do siebie i przytulił.
 - Nie.
 - Co nie?
 - Nie przepraszaj, nie masz za co. Nie jedziemy, tylko idziemy. Nie spóźnimy się, bo jeszcze mamy dużo czasu, chciałem najpierw pojechać z tobą coś zjeść, ale jeśli chcesz możemy to zrobić po spektaklu. Nie, nie byłoby mi to na rękę, bo chcę się tam wybrać. Kocham cię.
Westchnąłem i mocniej wtuliłem się w niego.
 - Nie musisz robić tego dla mnie jeśli…
 - Czego nie zrozumiałeś? Chodź.
Odsunąłem się i skinąłem głową.
Ruszyliśmy w stronę dużego, starego budynku. Trasa na nogach trwała jakieś piętnaście minut.
Szedłem obok niego, podskakując. Już zapomniałem o sytuacji przed paru minut i z radością obserwowałem otaczający mnie świat. Ach, można by się zakochać. Chyba zaczynałem rozumieć, dlaczego Walentynki obchodzi się zimą.
 - Zimno – stwierdził niezadowolony współlokator.
 - Trzeba było się cieplej ubrać. Jak dla mnie to ta pora roku może trwać wiecznie. Lubię wszystkie, ale zimą jest tak pięknie, biało; śnieg zakrywa to co niedoskonałe, tworząc piękne pejzaże, a szron tworzy wzory na szybach. Zimą są święta Bożego Narodzenia oraz Walentynki. Jest jakoś tak spokojniej. Do tego ja się urodziłem w lutym. Ale choćby nie wiem co i tak najbardziej kocham te małe tańczące gwiazdeczki, które tak lubię podziwiać i zazdroszczę im spokoju, urody, tego jak tańczą z wiatrem… Em… Rozgadałem się trochę. Przepraszam.
Potarmosił moje włosy, a następnie przeniósł rękę na moje ramiona.
 - Za co? To było… Nie wiem jakich słów mógłbym użyć, żeby w pełni oddać to co myślę, ale na pewno nie masz za co, bo to było wyjątkowe.
Uśmiechnąłem się i bardziej wtuliłem w blondyna.
Szczęśliwy wszedłem do teatru, przypominając sobie jak kiedyś chodziłem tam z panem Zenkiem. Ledwo kilka miesięcy później znowu tu przyszedłem z tym, że z jego wnukiem.
Nagle coś mnie oświeciło – to randka???



środa, 27 lipca 2016

Testament - Rozdział 17.

Rozdział 17.
Ubrałem się, jakoś ogarnąłem i na trzęsących się nogach poszedłem do kuchni, gdzie liczyłem spotkać Pawła. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, ale nikogo tam nie było. Już miałem wyruszyć na poszukiwania, kiedy współlokator oplótł mnie rękoma. Podskoczyłem zaskoczony, a ucisk powiększył się.
 - Nie bój się mnie – powiedział z wyrzutem.
Prychnąłem i cudem odwróciłem się. Jego przystojna twarz była tak blisko… Nie byłem zdolny do samodzielnego myślenia, znieruchomiałem. Ten się uśmiechnął i położył głowę na moim ramieniu.
 - Obiecujesz, że nie wrócisz tam? Wiem, wiem, to bardzo samolubne z mojej strony, ale zostało tak mało czasu, za dużo zmarnowaliśmy na kłótnie… Proszę.
Z westchnieniem objąłem go w pasie. Również chciałem spędzić z nim więcej czasu, nawet jeśli to ledwo niecały tydzień.
 - Za ile wyjeżdżasz?
 - Pięć dni.
Ta liczba była jakby zimną strzałą przebijającą me serce. Za mało.
 - Dobrze – z trudem powiedziałem. To nie dlatego, że nie miałem na to ochoty, po prostu nie mogłem pogodzić się z tym.
Odsunął moją twarz i położył na moim lewym policzku dłoń, a chwilę później stałem jak zaczarowany całując się z nim. Czas się zatrzymał. Żałowałem tylko, że nie naprawdę. W końcu się wyprostował.
 - To co masz ochotę zjeść?
Wzruszyłem ramionami.
 - Cokolwiek.
 - OK.
Patrzyłem jak przygotowuje kanapki, podśpiewując pod nosem. Zjedliśmy je wspólnie, oglądając film przygodowy. Było miło. Tak… inaczej.

~*~
Zasnęliśmy około 400 a obuliśmy już o 800. W zasadzie to ja zostałem obudzony, kiedy zaczął mnie całować. Zaskoczony szybko oprzytomniałem, ale widząc, że to Paweł, znowu zmrużyłem powieki i przyciągnąłem bliżej, nie pozostając biernym.
 - Dzień dobry, kochanie – przywitał się z wielkim uśmiechem. – Wyspany?
 - Mm… - zamruczałem. – Nadal trudno jest mi się przyzwyczaić do takiego ciebie.
 - Och, no wiesz? Potrafię być miły, ale tylko dla wyjątkowych osób.
Przewróciłem oczami.
Osiadłem, opierając się o poduszki.
 - Co tak wcześnie? Zawsze śpisz do… - urwałem, przyglądając się mu. – Nawet zdążyłeś już wcześniej wstać, ubrać się…
 - …i zejść do sklepu po świeże bułeczki – dokończył za mnie.
 - Och…
Zaskoczony dostrzegłem przygotowane śniadanie, leżące na poduszce obok mojej.
 - Dzięki…
 - Smacznego. Masz dzisiaj czas?
Spojrzałem na niego z bułką w połowie drogi do ust. Ugryzłem, połknąłem i dopiero podpowiedziałem:
 - Nie. Zakładam, że już jakoś zorganizowałeś nam dzień?
 - Co powiesz na kino?
Zawahałem się przez chwilę.
 - Teatr?
 - Powiedziałem…
 - Nie jestem głuchy – wtrąciłem się. – A ja proponuję coś innego.
 - Nuudy.
Prychnąłem i w milczeniu kontynuowałem jedzenie.
 - Przecież to już przeżytek! – bronił swojego zdania. – Może jeszcze zaczniesz słuchać muzyki z patefonu? 
 - Już słucham. Płyty winylowe są w szafie w sypialni pana Zenka, a patefon jest… - Zastanawiałem się przez chwilę, aż w końcu mnie oświeciło. – W piwnicy! Nie miał, gdzie go dać, więc postanowił na razie znieść na dół, a w razie czego pomagałem mu z wnoszeniem.
Gapił się na mnie jak na idiotę. Westchnął ciężko i wyszedł z pokoju.
Nie pojmowałem co się wydarzyło. Zastanawiałem się, czy przypadkiem go do siebie nie zraziłem! Nie chciałem go stracić, nie kiedy zaczynałem coś do niego czuć.
Cholera…
Jednak zaraz wrócił z kartonowym pudełkiem. Postawił go na podłodze i zaczął wyciągać… opakowania z płytami.
 - Faktycznie… - powiedział jakby do siebie. – Przecież to przeżytek! Teraz jest wszystko w Internecie! A nawet jeśli nie to można kupić bardziej nowoczesne, a nie duże czarne koła.
Prychnąłem i wziąłem swoje ubrania z poprzedniego dnia i udałem się do łazienki, żeby się odświeżyć. Usłyszałem głośne westchnienie i pukanie do drzwi.
 - No sorry. Nie chciałem cię obrazić, czy coś…
Obwiązałem biodra ręcznikiem i wyjrzałem, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
 - Masz szczęście, że nie jestem zły, po prostu chciałem już wstawać, a nie cały dzień w łóżku leżeć. Z takimi przeprosinami to mogę się o nie obrazić.
Prychnął, utkwiwszy wzrok na mnie. Oblizał prawie niezauważalne usta i zilustrował mnie wzrokiem.
 - Mógłbyś chociaż skupić się na tym co mówię – powiedziałem, czując jak policzki paliły mnie żywym ogniem.
Wycofałem się do łazienki.
Gotowy wyszedłem i pierwsze co to poszedłem do salonu, licząc, że go tam spotkam. Nie pomyliłem się. Siedział na sofie i… czyścił patefon.
 - Co…?
 - O już jesteś. – Podniósł na mnie wzrok i wskazał na pudło mówiąc: - podaj jakąś płytę, zobaczymy co jest w tym takiego fajnego.
 - Och… Jasne. Jaką chcesz?
Wzruszył ramionami.
Przez chwilę się zastanowiłem i w końcu wybrałem ulubioną – zespołu KISS. Podałem mu ją, a on zaczął oglądać z każdej strony. Westchnąłem lekko rozbawiony i sam włączyłem. Uśmiechnąłem się słysząc, że nadal działa jak należy. Zacząłem klaskać rękoma o nogi w rytm piosenki. Dopiero jak się skończyła, przypomniałem sobie o Pawle. Przeniosłem na niego wzrok, a ten…
 - Czy ty ciągle musisz się na mnie gapić? – spytałem.
Uśmiechnął się szeroko i skinął głową. Przysunął się pocałował mnie, kładąc dłoń na moim prawym policzku, a do tego napierając tak mocno, że musiałem się położyć na dywanie (wcześniej na nim siedziałem po turecku).
 - Nie da się oderwać od ciebie wzroku – wyszeptał.
Serce waliło mi jak szalone i czułem, iż zaraz będzie ze mną źle. Nie mogłem się w nim zakochać. To była zakazana miłość, on wyjeżdżał, w wielu kwestiach byliśmy zupełnie różni… To się nie mogło udać, ale jak przemówić sercu do rozsądku?


czwartek, 14 lipca 2016

Do czytelników.

Cześć! Niestety znowu muszę przerwać dodawanie opowiadań, gdyż wyjeżdżam na wakacje i nie będę miała możliwości pisania kolejnych rozdziałów. To potrwa do dwóch tygodni i dowiecie się o dalszych losach Andrzeja i Pawła. Zapraszam do czytania innych moich opowiadań.
Życzę udanych wakacji!
Milly (♡_♡)

wtorek, 12 lipca 2016

Testament - Rozdział 16.

Rozdział 16.
Po obudzeniu się, poczułem spokój, błogość… i rękę oplatającą moje ramiona. Spojrzałem szybko na właściciela owej kończyny. Smacznie sobie spał. Zaraz przed oczami stanęły mi chwile sprzed mojego zaśnięcia. Kiedy tylko przypomniałem sobie ojca… Zacząłem płakać, bardziej wtulając się w Pawła. Ten cicho zamruczał i zaczął przeczesywać leniwie moje włosy. Nie chciałem go martwić, więc starałem się zrobić wszystko, żeby tylko nie zauważył moich łez.
 - Wyspany? – spytał.
 - Mhm… - Starałem się uspokoić i w końcu mogłem kontynuować: - Chyba muszę cię zatrudnić w roli mojego usypiacza – zażartowałem.
 - Jestem, aż tak nudny? – starał się zachować powagę.
 - Okropnie. Która godzina? – głos mi się pod koniec załamał, ale miałem nadzieję, że niczego nie dostrzegł.
Usłyszałem ziew i poczułem jak wyciąga rękę.
 - Dochodzi 2200. Trochę sobie pospaliśmy. Powinniśmy wykorzystać jakoś tą… sorry, nie ważne.
Poczułem się winny, bo mimo wszystko to była część charakteru Pawła i choć wkurzająca to nie wyobrażałem sobie go takiego cały czas.
 - Nie jestem jajkiem.
Poczułem na sobie jego wzrok.
 - An…
 - Ja chyba jeszcze trochę pośpię – przerwałem mu.
 - Andrzej! – krzyknął.
Dalej nie podnosiłem głowy i postanowiłem spróbować go olać z nadzieją, że się odwali. Jednak skutek był przeciwny.
 - Co się dzieje? Hej, spójrz na mnie. – Położył dłoń na mojej głowie i pogłaskał mnie.
 - Nadal miły ty to dla mnie coś nowego, dziwnego – stwierdziłem zgodnie z prawdą.
Westchnął i usiadł po turecku. Szybko wtuliłem twarz w poduszkę, która wciąż była ciepła i pachniała nim.
Jesteś nienormalny…
Nie ruszyłem się nawet, jak siłą próbował mnie podnieść, głównie dlatego, że wciąż nie mogłem opanować płaczu.
 - Idź stąd! – No to na pewno nie pójdzie… - Znaczy… Pić mi się chce, zrobiłbyś mi coś? – spytałem przymilnie w poduszkę.
 - Nie płacz.
Cały się spiąłem.
Niemożliwe, żeby… A co jeśli na przykład zamoczyłem mu bluzkę, czy coś? Nadal udawać, czy odpuścić?
 - A jednak? – spytał.
Przyciągnął mnie blisko i ujął moją twarz dłońmi. Wytarł łzy kciukiem i uśmiechnął się smutno.
 - Co się dzieje?
 - Skąd wiedziałeś? – spytałem. Może i głupio, ale chciałem wiedzieć.
Wzruszył ramionami i przytulił mnie.
 - Zgadywałem, a że twoje ciało zareagowało tak a nie inaczej na moje pytanie…
 - Czyli to ja się wydałem? Super… Dobrze wiedzieć.
Zaśmiał się cicho i odsunął mnie od siebie na niewielką odległość. Na taką, żebym był nadal bardzo blisko, ale mógł mieć wgląd na moją twarz. Położył dłoń na moim policzku i przechylił delikatnie głowę. Przysunął się, a moje serce stanęło, jak i cały świat, czas, wszystko. Sprawcą tego był pocałunek złożony na moich ustach. Czuły, delikatny… Prąd przepłynął moim kręgosłupem, blokując dojście jakichkolwiek innych bodźców, które nie były związane z blondynem oplatającym mnie w pasie jedną ręką, a druga przeczesywała moje krótkie włosy.
Jego wargi smakowały słodko, były miękkie i, kurwa, tak niesamowicie całowały. Miałem jednego chłopaka, ale to się w żaden sposób nie umywało się do tego co czułem z Pawłem.
Polizał moją dolną wargę i chwycił ją lekko zębami. Niepewnie przeniosłem dłonie na jego szyję i otwarłem usta. Poczułem jak się uśmiecha i jego język wkrada się do środka. Mimowolnie westchnąłem, przybliżając się jeszcze bardziej.
Dlaczego on nie mógł nie umieć całować, dlaczego on nie mógł być brzydki, dlaczego on nie mógł przestać, dlaczego on musiał mnie tak kręcić, dlaczego właśnie ja? Kolejne pytania dlaczego krążyły w mojej głowie.
Poczułem jak jedna z jego rąk powoli unosi mój czarny sweterek i wsuwa się pod niego. Leniwie głaskała moją bladą skórę, ale mi było czegoś wyraźnie mało. Tylko nie byłem w stanie zrobić coś innego niż odpowiadanie na pocałunek tym samym. Podniecenie zaistniałą sytuacją kumulowało się w moich spodniach, ale co miałem na to począć?
Najgorszą rzeczą w tamtym momencie jaka mógł zrobić Paweł było odsunięcie się ode mnie.
 - Dobra, wstajemy. Jesteś głodny?
 - Em… Ja… Tak, trochę – wydukałem czerwony.
Blondyn zaśmiał się i poczochrał moje włosy. Skierował swoje kroki w kierunku drzwi i już przy nich ostatni raz się odwrócił. Zmarszczył zaskoczony brwi, przenosząc wzrok na moją twarz. Uśmiechnął się podejrzanie, podchodząc bliżej. W końcu był tak blisko, że musiałem się odsunąć i siłą rzeczy wylądowałem z powrotem na poduszkach, ale jego to nie zraziło, zawisł nade mną i przysunął się do mojego ucha.
 - Jeśli chcesz, żebym ci w czymś pomógł to zawsze możesz poprosić.
Zamrugałem szybko, czując jak moje ciało osiąga temperaturę wrzenia.
 - Em… Dobrze, dziękuję.
 - A czy… -  jedną dłoń ulokował na moim udzie, a drugą nadal się opierał się obok mojej głowy – teraz jej nie potrzebujesz?
Zadrżałem na dźwięk tego seksownego głosu, wypełniającego moją głowę po brzegi. Przełknąłem z trudem ślinę, modląc się w duchu, żeby w końcu się odsunął, bo ja już ledwo wytrzymywałem.
 - Co…? Nie… Dlaczego?
Przesunął dłoń z mojej nogi wyżej, na biodro. Wstrzymałem oddech, czekając co chce zrobić. Uśmiech nie schodził z jego twarzy, kiedy przesunął ją na wypukłość.
 - Nie… - jedyne co zdołałem wykrztusić.
 - Spokojnie. Nic ci nie zrobię, tylko trochę ulżę… - Oblizał usta i przybliżył się do moich ust, tak że mówiąc ocierał się o nie. – Mogę?
Zamknąłem oczy i delikatnie skinąłem głową.
Nie widziałem co robi, ale czułem jak odsuwa się. Przez chwilę nic się nie działo i przestraszyłem się, że zrezygnował. Uchyliłem jedną powiekę. Ujrzałem Pawła, pochylającego się nade mną na wysokości mojego zamka od spodni. Był bardzo blisko, może trzy centymetry? Otwarłem też drugie i zaskoczony, a zarazem podniecony patrzyłem na to. Zaschło mi w gardle, ale udało mi się wydobyć jakikolwiek odgłos:
 - No… Dlaczego nic nie robisz?
 - Czekam.
Nim zdążyłem spytać, na co, rozpiął guzik i zębami rozsunął suwak. Choćbym chciał to nie potrafiłem odwrócić wzroku. Chwycił za materiał i sugestywnie nim pociągnął. Uniosłem biodra do góry, a on zdjął je ze mnie, wraz z bokserkami… właściwie to tylko do kolan. Moja męskość sterczała, prosząc o uwagę. Znowu nic nie robił.
 - Długo zamierzasz się nade mną pastwić? Jak nie to nie, sam sobie poradzę – zagroziłem.
Z uśmieszkiem pociągnął mnie za kostki na skraj łóżka. Trącił językiem główkę, a ja w ostatniej chwili zdążyłem zagryźć wargę. Przejechał po całej długości członka swoim wilgotnym narządem, cały czas patrząc mi w oczy. Uda same mi się rozszerzyły, a ja podniosłem się do siadu. Współlokator zamknął usta na końcu i niemiłosiernie powoli połykał go coraz głębiej, głębiej… Aż do końca. Zacisnąłem pięści i zawinąłem palce u stup z trudem powstrzymując jęk. Zassał policzki i zaczął poruszać głową w przód i w tył. Kiedy byłem już blisko, wypuścił go. Spojrzałem na niego zdębiały. Położył dłoń na moim policzku i wybawił z niewoli moją dolną wargę, a następnie mocno pocałował. Za cos takiego to wiele bym mu wybaczył…
Równie szybko się odsunął co wywołało niechęć z mojej strony. No jak tak można?!
 - Nie powstrzymuj ich. Chcę wiedzieć jak ci dobrze.
Spaliłem solidnego buraka i odwróciłem wzrok.
Ten się tylko zaśmiał i kontynuował. Odrzuciłem głowę do tyłu, zagryzając rękę.
 - Jesteś niemożliwy – stwierdził, znowu przerywając.
Postanowił jednak nie męczyć już mnie dłużej i pozwolić mi skończyć. Kiedy orgazm ogarnął moje ciało, nie potrafiłem już się powstrzymać. Blondyn z uśmiechem się oblizał i cmoknął mnie w usta.
 - A teraz późna kolacja, choć ja już dostałem mleczko.
Jęknąłem załamany, chowając twarz w dłoniach.
Zaśmiał się i podniósł moją twarz by znowu pocałować, a następnie się ulotnił.
Dopiero po chwili dotarło do mnie co się właśnie wydarzyło i co najważniejsze – Z KIM!


Testament - Rozdział 15

Rozdział 15.
Weszliśmy do środka. Zostawiłem plecak, kurtkę, buty przy wejściu i podążyłem za Pawłem do salonu. Usiadłem niepewnie na sofie i zacząłem się bawić rąbkiem sweterka.
 - Nie bój się mnie – spokojnie powiedział.
 - Uderzyłeś mojego ojca…!
 - Należało mu się – przerwał mi.
 - …i prawie mnie zgwałciłeś – niepewnie dokończyłem.
Nie odezwał się na te słowa. Zastanawiałem się, czy w ogóle mnie usłyszał. Podniosłem na niego wzrok. Patrzył na mnie z żalem i bólem w oczach.
 - Przepraszam. Byłem pijany, głupi, napalony na ciebie, jak zresztą zawsze – policzki na te słowa zaróżowiły mi się intensywnie. – Nie wiem co mi odbiło. Nie jestem godzien prosić cię o coś takiego, ale wybacz.
Nie wiedziałem co robić, powiedzieć. Widziałem, że był szczery, ale jakaś blokada kazała mi siedzieć cicho.
 - Eh… Andrzej… Proszę cię. Wróć. Możesz mnie nienawidzić – nie! – ale błagam spróbujmy jeszcze raz. Został tydzień do mojego wjazdu, chciałbym spędzić go z tobą… Nie musisz się ze mną użerać, po porostu tu bądź i zachowuj się jak wcześniej. Ja… tęskniłem. Za twoim brzdękaniem na pianinie, którego w rzeczywistości nie mam dość, tak tylko mówiłem. Za twoimi obiadami, które w rzeczywistości podjadałem, kiedy nie patrzyłeś; bardzo mi smakowały, tylko nie chciałem się przyznać. Za twoim wczesnym budzeniem mnie; w rzeczywistości nie spałem tak długo, gdyż twoje krzątanie się po mieszkaniu powodowało, że nie mogłem spać, za to wsłuchiwałem się w melodie, które nuciłeś. Za tymi naszymi sprzeczkami, które najczęściej, choć ostatnio zamieniliśmy się rolami, to ja wywoływałem; nie chciałem się z tobą kłócić, po prostu nie chciałem pokazać, że cię lubię, a poza tym uroczo wyglądałeś taki zły. Za oglądaniem twoich rumieńców na twarzy, które sam wywoływałem. Za naszymi normalnymi rozmowami, które zdarzały się rzadko, ale jednak. Za całym tobą.
Serce waliło mi jak szalone. Nie spodziewałem się takiego wyznania. Zatkało mnie.
 - Powiedz coś. Wrzeszcz, wyzywaj, bij, kochaj się ze mną, tylko nie rób nic. Nie wiem co myślisz i… Eh… Przepraszam za bardzo się rządzę. Rób co chcesz.
 - Ja… - Paweł natychmiast się skupił i słuchał co chcę powiedzieć. – Zaskoczyłeś mnie. Nie wiem jak zareagować.
 - Chodź do sypialni się ze mną…
 - Paweł!! – Podszedłem do niego, siedzącego naprzeciwko na fotelu, chwyciłem za kołnierz bluzki i szarpnąłem nim. – Ja myślałem, że ty szczerze mnie lubisz, a tobie cały czas chodzi tylko o jedno – sex! Nienawidzę cię, nienawidzę! Nie możesz zaakceptować faktu, iż ktoś nie chce z tobą… Że ktoś jest prawiczkiem i… - zamilkłem, nagle uświadamiając sobie, że powiedziałem parę słów za dużo.
Patrzył na mnie zaskoczony. Po chwili chwycił za biodra i pociągnął na jego kolana, tak że siedziałem na nich okrakiem. Policzki paliły żywym ogniem, mimo to nie miałem jak się ukryć.
 - Nie wiedziałem. I nie chodzi mi tylko o to. Podobasz mi się, jesteś bardzo przystojny, lecz… Przepraszam, zagalopowałem się. Trochę zniszczyłem nastrój tym, ale to tak automatycznie, nie zdążyłem ugryźć się w język.
Czułem się zakłopotany i trochę zażenowany pozycją w jakiej się znajdowałem.
 - Ostatni raz mówiłem to rodzicom, wiele lat temu, ale… kocham cię – wyznał.
Mój mózg się wyłączył. Tego było jak na jeden dzień za dużo. Oparłem czoło o jego ramię, nie wiedząc co zrobić. Objął mnie ostrożnie, ale widząc, że nie mam nic przeciwko już pewniej. Westchnąłem i również go przytuliłem. Nie ruszaliśmy się przez dłuższą chwilę, ani nie mówiliśmy.
 - Co mam zrobić, żebyś został i nie nienawidził mnie? – w końcu się odezwał pierwszy.
 - Nic.
 - Andrzej… Ostatnia…
 - Nic ponieważ nigdzie się nie wybieram, a co do lubienia, bądź nielubienia… To nie tak… Zdenerwowałeś mnie tym…
Odsunął mnie na taką odległość, żeby móc mnie dobrze widzieć. Uśmiechnął się szczerze i szeroko.
 - Kocham cię. – Znowu zostałem przytulony.
Wtedy kąciki moich ust również powędrowały do góry. Cieszyłem się jak małe dziecko, choć nie chciałem dać tego po sobie poznać.
 - Jestem zmęczony… Nie obrazisz się jak pójdę na trochę się zdrzemnąć? – spytałem.
 - Obrażę… - Ej, no weź! Jesteś…. - …jak będziesz zadawał mi tak głupie pytania. – Och… Ha, ha!
Z wielkim uśmiechem skinąłem głową.
Wstałem i poszedłem w stronę sypialni gościnnej.
 - Em… - zaczął, a ja odwróciłem się z pytającym wzrokiem. – A wysypiasz się w końcu?
Ucieszyłem się w duchu na tą troskę.
 - Szczerze mówiąc, to nie za bardzo. Niestety tam nie mam prochów i…
 - Myślałem, że już nie bierzesz.
 - Nie brałem, ale po powrocie tyle się działo… Ale teraz jestem po dzisiejszym dniu tak wykończony, że chyba od razu zasnę.
 - Mam nadzieję. Jak coś to wołaj. – Puścił oczko.
Westchnąłem i wywróciłem oczami.
Padłem na łóżko, zakopałem się pod kołderką i… nic. Było tak pusto, samotnie, zimno… Wierciłem się z boku na bok, ale nie zamierzałem wołać współlokatora. Moja duma – którą pan Zenek równie mocno popierał, co nienawidził – mi na to nie pozwalała.
Kiedy Paweł wszedł, udawałem, że śpię, ale on miał chyba jakiś szósty zmysł. Zaśmiał się i usiadł na skraju. Pogłaskał mnie po głowie, a ja mimowolnie zamruczałem, co równało się z rumieńcem kilka sekund później. Materac znowu się poruszył, kołdra uniosła, a po chwili zostałem przyciągnięty do jego piersi, objęty ramionami… i w końcu udało mi się zasnąć, dzięki mojemu prywatnemu lekowi na sen i nie tylko…