Rozdział 8.
Obudził mnie jakiś ruch na łóżku.
Przeciągnąłem się i odwróciłem w tamtą stronę. To Jacek już piany położył się
obok. Westchnąłem. Odsunąłem się na drugi koniec, jak najdalej od tego zapachu.
Jednak ukochany postanowił nie spać. Przysunął się bliżej i pociągnął mnie
mocno za ramię, przez co musiałem się obrócić na plecy. Chuchając nade mną odrażającym oddechem, nachylił się.
Jestem na siebie wściekły, że od razu nie zrozumiałem co
on kombinuje.
- Nie będziemy teraz spać jak grzeczne dzieci –
wydyszał i wszedł na mnie.
Otworzyłem szeroko oczy.
- Nie mam ochoty. – Próbowałem się wyszarpać.
- A ja tak. – Zaczął rozpinać moją koszulę.
- Zostaw! – krzyczałem.
Wierciłem się i biłem pięściami na oślep.
Niestety złapał mnie za nie i przytrzymał nad głową.
- Ile mam czekać? – warknął.
Brutalnie pocałował, za co odpłaciłem
się ugryzieniem w język. Odsunął się i wolną ręką wytarł krew z kącika ust.
Później poczułem mocny cios w szczękę. Nawet się nie martwił, czy ludzie zauważą.
Jeszcze raz szarpnąłem niestety na daremne. Jacek był bardziej umięśniony, starszy
o dziesięć lat i doświadczony w biciu.
Oberwałem w żebra i wtedy się
uspokoiłem. Nie miałem wyjścia, bo rzez chwilkę zabrakło mi powietrza. Zdarł ze
mnie koszulę i dorwał się do paska.
- Proszę! – postanowiłem użyć innego sposobu.
Oczywiście to nic nie dało.
Śmiejąc się pod nosem zszedł z moich
nóg i ściągnął spodnie, wraz z bielizną. Zaczął się rozbierać. Postanowiłem wykorzystać
chwilę nieuwagi ukochanego i uciec. Niestety ledwo zszedłem z łóżka zostałem na
nie powalony i przygnieciony.
- Nigdzie nie idziesz – wysyczał.
Dawno się tak nie bałem. Wiedziałem,
że Jacek nie należał do delikatnych kochanków, zwłaszcza po alkoholu.
Zacisnąłem powieki by nie pokazać łez napływających do moich oczu.
Znowu wstał i wnioskując po szeleście, zaczął się rozbierać. Nagi położył się obok. Przerażony skuliłem się, ale
zacisnął pięść na moich włosach i przyciągnął mnie do siebie. Syknąłem z bólu. Praktycznie
na nim leżałem. Z obrzydzeniem poczułem na swoim brzuchu jego coraz to bardziej
sterczącą męskość. Nie puszczając znowu zaczął całować, lecz kiedy wdarł się do
środka językiem nie miałem siły cokolwiek mu zrobić, wiedząc, że za nieposłuszeństwo
oberwę.
Nic nie robiłem. Byłem jak szmaciana
lalka.
Po chwili popchnął mnie do tyłu. Musiałem
na nim usiąść żeby nie stracić równowagi.
- Pokaż co potrafisz – uśmiechnął się wrednie
i sugestywnie przeciągnął ręką po całej długości swojego członka.
Przełknąłem gule w gardle i niepewnie
zastąpiłem jego dłoń moją. Westchnął zniecierpliwiony.
- Nie tak. – Pociągnął mnie za włosy i
przybliżył go swojego podbrzusza. – Tak.
- Ale… - nie zdążyłem nic więcej powiedzieć,
bo wepchnął mi go do gardła.
Zakrztusiłem się i z trudem
powstrzymałem się od odruchu wymiotnego. Pomyślałem, że może jak będzie
zadowolony to da mi spokój więc robiłem to jak najlepiej. Po niedługim czasie
poczułem, że zaraz dojdzie. Byłem z siebie dumny, bo doszedłem do wniosku, że
po orgazmie, może będzie tak zmęczony, że uda mi się uciec. Niestety chwycił
mnie za włosy i zaczął najzwyczajniej w świecie pieprzyć moje usta. Kiedy
doszedł, ani trochę nie poluźnił ucisku. Jakiś czas tak leżał i nawet przypuszczałem,
że zasnął, lecz zaraz podniósł się i położył mnie na brzuchu. Myślałem, że
zaraz zwymiotuję. Wyplułem resztki spermy. Usłyszałem ciche pyknięcie.
Przynajmniej nie na sucho…
Oczywiście bez przygotowania zanurzył
się przy akompaniamencie krzyku wypełnionego bólem. Nie czekając, aż się
przyzwyczaję, zaczął się ruszać. Nie było w tym nic przyjemnego. Ten facet był
obrzydliwy, a zwłaszcza w połączeniu z alkoholem. Do tego myślałem, że mi tyłek
rozerwie. Zaciskając zęby i pięści z trudem wytrzymywałem to. Chyba wolałem
zemdleć. Przynajmniej cierpiałbym tylko przez następne dni, a te minuty bym
sobie oszczędził. Mój chłopak bynajmniej tego nie robił. W końcu z głośnym
westchnieniem doszedł kolejny raz. Przeturlał
się na bok i w mgnieniu oka zasnął.
Ja natomiast cały obolały nie byłem w
stanie się ruszyć, jedynie łez już nie hamowałem. Skurcze w żołądku nie pozwalały
mi spokojnie leżeć i ledwo przesunąłem głowę za krawędź, a zwymiotowałem.
Brzydziłem się siebie za to. Jednak szybko znienawidziłem prawnika.
Po jakiejś godzinie doszedłem do
siebie na tyle, że mogłem wstać. Z trudem założyłem bokserki, pierwsze lepsze
spodnie i bluzkę. Wyciągnąłem z szafy walizkę i wrzuciłem tam wszystkie moje
ubrania oraz rzeczy, które znajdowały się w sypialni. Wyszedłem na korytarz z
bagażem i wziąłem wielką torbę. Tam dałem resztę. Laptop, słuchawki, ładowarkę, telefon,
książki itd.
Wyrwałem kartkę z notatnika mojego
już byłego.
Skończyła się moja cierpliwość.
To koniec. Nie szukaj mnie.
Alek.
Położyłem wiadomość na stole i wyszedłem, uprzednio zamykając drzwi i wrzuciłem klucze do skrzynki pocztowej.
Ostatni raz się obejrzałem i ledwo dowlokłem do ulicy. Wezwałem taksówkę,
która zawiozła mnie do jedynego miejsca, gdzie mogłem się udać – mieszkanie Roberta.
Wysiadłem, dałem kierowcy pieniądze. Dowlokłem się do bloku i wszedłem na
klatkę. Skierowałem swoje kroki, ciągnąc za sobą walizkę i na niej położoną
torbę, pod pierwsze drzwi. Na szczęśćcie mieszkał na parterze. Skąd wiem? Kiedyś
mi mówił swój adres.
Nacisnąłem dzwonek i oparłem się o
ścianę. Nic. Ponowiłem próbę. Na korytarz wylała się smuga światła i wychyliła
głowa lekarza.
- Cześć! – Nie wiem jakim cudem stałem na
nogach. – Mogę?
Odsunął się i wpuścił mnie do środka.
- A-Alek? Co ci się stało…? – Odebrał moje
bagaże.
- Ja już do niego nie wrócę…
Kolana się pode mną ugięły i gdyby
nie ramiona Roberta wylądowałbym na podłodze.
- Oczywiście! Zostań tu tak długo jak tylko
będziesz chciał.
- Dziękuję… - wyszeptałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz