Rozdział 11.
Dwa tygodnie później…
Przez ten czas Jacek przyszedł
jeszcze kilka razy. Skąd wiedział gdzie mieszkam? Nie wiem, może się domyślił.
Ja z nudów zacząłem szukać pracy. Mój
były byłby wściekły, ale Robert popierał mnie choć nie musiałem, bo jako lekarz
dobrze zarabiał. Niestety w większości salonów nie potrzebowali innych
fryzjerów. Niepocieszony co jakiś czas powiększałem zakres poszukiwań, lecz nie
chciałem daleko od domu… Zacząłem traktować mieszkanie przyjaciela jakbym miał
tam mieszkać na zawsze. Było fajnie, nawet bardzo, ale nie chciałem się narzucać,
niezależnie od tego, że on mówił coś innego.
Byłem sam, nudziło mi się więc postanowiłem
pójść do parku. Rozsiadłem się na ławce z książką pożyczoną od Roberta. Włączyłem sobie muzykę w słuchawkach i
zaciekawiony nową lekturą zacząłem ja czytać. Miał dobry gust. Na chwilkę oderwałem
wzrok od kartek i przyglądałem się otoczeniu. Zaintrygował mnie brązowy piesek,
prawie na pewno jamnik. Biegał za czerwoną piłeczką rzucaną przez rudowłosa
dziewczynkę. Skupiłem się na nim i za późno dostrzegłem… Jacka. Szedł w moja
stronę. Szybko wstałem, ale zaraz stanął obok i pchnął z powrotem na ławkę. Poruszał
ustami coś mówiąc. Wyciągnąłem rękę, aby zdjąć słuchawki, lecz uprzedził mnie i
prawie zerwał je.
- Ładnie to tak unikać swojego chłopaka? –
wysyczał nachylając się bliżej.
- N-nie jesteś…
- Myślisz, że tak po prostu pozwolę ci odejść?
– wtrącił się. – Chodziliśmy ze sobą dziesięć lat, a ty niczego się nie
nauczyłeś? Możesz jeszcze wrócić dobrowolnie póki twojemu kochasiowi nic się nie
stało.
Otworzyłem szeroko oczy. Przełknąłem
gulę rosnącą w gardle.
- Grozisz mi…?
- Ostrzegam. – Uśmiechnął się. Nie było w tym
nic miłego, jak u Roberta.
- To nie jest mój kochaś – zmusiłem się do
powiedzenia czegoś.
- Jeszcze cie nie przeleciał? No co tak
wybałuszasz gały? Myślisz, że będziesz u niego mieszkać za darmo? Takiemu –
przejechał palcem po moim policzku, ale zaraz go strzepnąłem – przystojnemu?
- Nie wrócę do ciebie.
- Zobaczymy. Jeszcze będziesz na kolanach
błagał, abym cię przyjął, jak mu się znudzisz.
- P-przestań. – Wstałem szybko starając się
ukryć zdenerwowanie, choć ani trochę mi to nie wychodziło.
- Naiwny – westchnął. – Nie poddam się,
pamiętaj. Jak nie będą działać słowa to ja mam inne sposoby. Myślisz, że jakim
cudem jestem w tak młodym wieku tak cenionym prawnikiem? – Jego pewny siebie uśmiech
nie schodził mu z twarzy. Miałem ochotę pozbyć się go za pomocą pięści, ale
zabrakło mi odwagi, przypominając sobie co się stało poprzednim razem, gdy
próbowałem coś mu zrobić i to za jego zgodą (nie ważne, że wtedy był trzeźwy, a
później piany).
Wziąłem telefon, książkę i nie zważając
na wypadającą zakładkę, prawie biegłem jak najdalej. Obejrzałem się i nie widząc go, skręciłem w prawo. Trochę wolniej udałem się do mieszkania. Rzuciłem
wszystko w kąt i swoje kroki skierowałem do sypialni. Mogłem położyć się na
swojej kanapie, ale w tamtym momencie łóżko wydawało mi się przyjemniejszą
alternatywą. Zwinąłem się w kłębek i ignorując porę roku, zakopałem się pod
kołdrę. Zawsze tak robiłem, gdy chciałem się odgrodzić od świata, który tylko
kłamał udając taki idealny. Zasnąłem.
Obudził mnie Robert. Przetarłem
zaspane oczy i spojrzałem na jego zmartwioną twarz.
- Wszystko dobrze? – nie dał mi dojść do
słowa.
- Tak… To znaczy nie – zaraz przypomniałem sobie
spotkanie. – nie powinieneś być w szpitalu?
- Przecież już skończyłem pracę na ten dzień.
- Ile ja spałem? – zapytałem bardziej siebie, niż
jego.
- Nie wiem, ale co się stało? Twoje buty
zostały wraz z książką i telefonem rzucone pod drzwi. Prawie się potknąłem o
nie, a słuchawki w magiczny sposób oplotły moje nogi. To tego powiedziałeś, że
coś jest nie tak?
Kiwnąłem głową. Ziewnąłem i usiadłem
naprzeciwko przyjaciela. Dopiero wtedy poczułem jak gorąco było mi pod taką
warstwą w trzydziestostopniowym upale.
- Widziałem się z Jackiem.
- CO? Jak to? Gdzie? Dlaczego? – zasypał mnie
milionem pytań.
- Powoli, powoli. – Podniosłem dłoń w geście
uspokojenia.– Postanowiłem wyjść do parku poczytać książkę, swoją drogą fajne
masz, ale tu nie o tym. Zapatrzyłem się na jakiegoś psa i na początku nie
dostrzegłem go. Nim się zorientowałem był już za blisko, dosiadł się. Mówił, że
mam do niego wrócić, że mnie wykorzystasz i zostawisz, czy jakoś tak. W końcu
wstałem i przybiegłem tu, zostawiłem swoje rzeczy gdzieś i postanowiłem się schować
pod kołdrą przed… nie wiem czym, taki odruch. Później zasnąłem, przyszedłeś ty,
no i w ten oto sposób dotarliśmy do momentu twojej opowieści o moich śmiercionośnych
słuchawkach i ja streściłem ci cały dzień od 1430.
- A żebyś wiedział! To był na mnie zamach!
Mały, czarny zabójca. Pewnie na zlecenie twojego ex – zaśmiał się, ale mi mina zrzedła,
gdyż przypomniałem sobie słowa Jacka. Widząc to zaraz spoważniał – Powiedziałem
coś nie tak?
- Groził, że jak nie wrócę do niego to użyje
innych środków i może coś ci się stać.
Jego oczy powiększyły się kilkukrotnie.
Ujął moją dłoń.
- Pewnie nie ma dowodów, więc nie możemy iść z
tym na policję, bo nic mu nie zrobią, wyprze się. - Kiwnąłem głową. – Nie bój się.
Nic mi się nie stanie… Chwila, co ty tam mówiłeś? Stwierdził, że cię przelecę i
wyrzucę? – Zapewne okryłem się rumieńcem. Nie rozumiałem swojego zachowania,
wcześniej nie zareagowałbym tak. Miałem tyle lat, a czerwieniłem się jak
nastolatka. – O to tym bardziej nie musisz się obawiać. – Przytulił mnie. – Kocham
cię i jesteś ostatnią osobą, którą bym skrzywdził – wyszeptał.
Cały się spiąłem. Czy on właśnie wyznał mi miłość??? Może się przesłyszałem? Albo to chodziło o
inny rodzaj, np. przyjaźń? Nie wiem co było bardziej zaskakujące. Czy
słowa, czy sposób w jaki to powiedział – jakby to było coś błahego, oczywistego;
chociażby, że niebo jest niebieskie.
Odsunął się i wstał.
- Idziemy coś zjeść? Dzisiaj przyjechał taki
problemowy pacjent z rurką w nodze, który upierał się, że nie chce mieć
operacji, choć jakoś musieliśmy się pozbyć tego żelastwa… - coś tam jeszcze
mówił, ale nie słuchałem go, choć zawsze ciekawiły mnie jego opowieści o
pacjentach. Moje myśli zakrzątało jedno, a mianowicie fakt, iż on zachowywał się
tak jakby nic się nie stało.
Może na prawdę tylko sobie ubzdurałem te dwa słowa?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz