środa, 26 sierpnia 2015

Przywiązanie - Rozdział 10.



Rozdział 10.
Kilka dni później…
Okres kiedy mieszkałem u Roberta był jednym z najlepszych w moim życiu. Czułem się doceniany i bezpieczny. Na przekór mojemu wcześniejszemu życiu.
Matka umarła jak miałem dziesięć lat, a ojciec nie mógł się z tym pogodzić. Ciągle swoją obecnością staruszkowi o niej przypominałem. Zawsze coś mu we mnie przeszkadzało. Dostałem złą ocenę – nie uczyłem się; dobrą – ściągałem, albo przekupiłem nauczyciela. Nie pracowałem – darmozjad; pracowałem – pewnie jakieś podejrzane interesy prowadzę. Byłem singlem – nikt mnie nie chce; miałem chłopaka – wylądowałem na bruku. Mieszkałem z nim – nie umiem się usamodzielnić; wyprowadziłem się (przymusowo) – nic… Zerwał ze mną kontakt.
Nie raz krzyczał, lecz nigdy nie podniósł na mnie ręki, natomiast Jacek… Tą historię już znacie…
 - O czym tak myślisz? – Przyjaciel usiadł obok i objął ramieniem.
 - O moim życiu – westchnąłem. – Od śmierci matki rzadko bywałem szczęśliwy. – Uśmiechnąłem się do niego. – Dziękuję.
Zaskoczyło go to wyznanie.
 - Nie ma sprawy.
Po części opowiedziałem mu o tych, aż siedemnastu latach. Spokojnie słuchał, nic nie mówiąc.
 - Dobrze, że cię poznałem. – Oparłem głowę o niego.
 - Też się cieszę. – Zaczął głaskać mnie po ręce.
Puk, puk…
To nie było zwykłe pukanie. Ktoś walił w drzwi z całej siły.
Zdziwiony odsunąłem się, a lekarz poszedł otworzyć. Zerknął przez judasza (swoją drogą zabawna nazwa) i szybko wrócił.
 - Jacek – jedno słowo wystarczyło bym się przestraszył.
 - Skąd on wie…?
 - Nie mam pojęcia, ale sieć tu cicho i nie wychodź. – Zastanowił się chwilę. – Chyba, że… chcesz z nim porozmawiać. – Na jego twarzy malował się smutek.
Ani chwilkę się nie zastanawiałem.
 - Nie.
 - Więc nie ruszaj się stąd.
Kolejne głośne hałasy zostały przerwane, przez otwarcie drzwi. Słyszałem, że o czymś rozmawiają, lecz nie udało mi się zrozumieć ani jednego zdania. Ciekawość prawie wygrywała i już chciałem podejść bliżej, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem. Do moich uszu dobiegło słowo Alek wypowiedziane przez adwokata. Przez to podwinąłem nogi pod brodę na fotelu i cudem powstrzymywałem drżenie. Bałem się.
Robert wszedł po telefon nie zwracając na mnie uwagi i wrócił do przedpokoju. Po mniej więcej dwóch minutach usłyszałem kroki na klatce.
Poszedł… - odetchnąłem z ulgą.
Poczułem dłonie na swoich nogach i podniosłem głowę. Napotkałem szeroki uśmiech przyjaciela.
 - Wystarczyło pogrozić mu policją i przestał zgrywać takiego dzielnego, wszechmogącego. – Chyba musiałem wyglądać nie najlepiej, bo z jego twarzy dało się wtedy wyczytać jedynie zmartwienie. – Spokojne już go nie ma. Nic ci nie zrobi. – Chwycił mnie za rękę.
Zszedłem z fotela i przytuliłem współlokatora.
 - Co mu powiedziałeś? – po chwili wyszeptałem.
 - Że nie może mnie nachodzić i dobrze o tym wie. Nie przyznałem, iż tu jesteś.
Byłem mu za to wszystko wdzięczny więc postanowiłem coś dla niego zrobić.
 - Jesteś głodny? – Odsunąłem się. – Przygotuję coś dobrego.
 - Nie wątpię. Tylko chodź teraz do sypialni, muszę zmienić ci opatrunki.
Westchnąłem i podążyłem za nim.
Z jednej strony nie lubiłem tego, bo przypominało mi o przejściach sprzed tygodni, ale z drugiej to było przyjemne. Dzięki rękom Roberta mogłem się odprężyć. Czasami się zastanawiałem, czy nie powinien zostać masażystą, skoro nawet przy wcieraniu maści jego dłonie działały cuda. Nie raz chciałem, żeby to trwało dłużej albo aby mnie po prostu pomasował, lecz było mi wstyd o to prosić.
Usiadłem na łóżku i zdjąłem bluzkę ukazując spory opatrunek na plecach pozostawiony przez świecznik zaledwie dzień przez wyprowadzką.
Cóż… polubił rzucanie przedmiotami, a ja byłem idealnym celem.
Poczułem na sobie ręce i od razu się odprężyłem. Nawet nie zauważyłem kiedy skończył. Przywrócił mnie do żywych dopiero chichot przyjaciela.
 - Co? – Odwróciłem się w jego stronę.
 - Przestałem pięć minut temu. Coś za często odpływasz.
 - Jak przy okazji tak wspaniale masujesz… – nie zdążyłem ugryźć się w język.
Otworzył szeroko oczy, ale zaraz wypiął dumnie pierś.
 - Ma się ten talent – nieskromnie stwierdził co wywołało u nas salwy śmiechu.
 - Dobra, to idę zrobić obiad, bo do tego zdecydowanie się nie nadajesz. – Zacząłem zakładać ubranie.
Coś tam mruknął pod nosem i poszedł za mną do kuchni.
 - Przynajmniej mam ciebie. – Objął mnie od tyłu.
 - Jak ty żyłeś kiedy nie mieszkałem z tobą?
 - Restauracje, pizzerie, rodzice… Jakoś dawałem radę. – Odsunął się i wzruszył ramionami.
 - Już się bałem, że zaczniesz wymieniać zupki chińskie.
 - Ej, ej. Jestem lekarzem – zaznaczył – nie mogę dawać złego przykładu pacjentom.
 - Ta… Ale jak ty to zrobiłeś? Raz chciałem, żebyś mi pomógł, bo musiałem iść do marketu, a później warzywniaka to ZIEMNIAKI spaliłeś! – przypomniałem. – Nalałeś mnóstwo wody, a jak wróciłem to w magiczny sposób zniknęła, a z garnka trzeba było długo skrobać, żeby wyczyścić go z… tego się nie da w żaden sposób nazwać.
 - Przesadzasz. – Opuścił głowę, ale dostrzegłem uśmieszek.
 - Naprawdę? – spytałem. – Dobra, to co chcesz? Może… Wiem! Na cześć twojego talentu kulinarnemu, bo daje słowo o czymś takim jeszcze nie słyszałem, zrobię pieczonki.
 - O! Moja babcia to robiła! – ucieszył się.
 - I postanowiłeś to odtworzyć? – nie odpuszczałem.
Wywrócił oczami, lecz po chwili nie wytrzymał i zaczął się śmiać.
 - Żałuj, że nie widziałeś swojej miny. – Trzymał się za brzuch.
Pokręciłem głową z pobłażaniem i zacząłem kroić warzywa.
 - Może chciałbyś… Albo lepiej nie.
 - Co? – zainteresował się.
 - Nie, nic. Myślałem żebyś obrał ziemniaki, lecz pamiętając jak wyglądały, a raczej jakiej były wielkości to odpuszczę.
 - No co? – Uśmiechnął się niewinnie.
 - Eh… przynajmniej już pierwszego dnia dowiedziałem się, że ty możesz, a nawet musisz robić kawy, ale do obiadu nie masz prawa się wtrącać, nawet jeśli chodzi tylko o tak błahą sprawę.
 - Jejku no! Zapomniałem o nich – zaczął się kolejny raz tłumaczyć.
Znowu zaczęliśmy się śmiać.
Coś przeczuwałem, że czekają nas jeszcze wspaniałe dni… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz