Rozdział 10.
Kilka dni później…
Okres kiedy mieszkałem u Roberta był jednym
z najlepszych w moim życiu. Czułem się doceniany i bezpieczny. Na przekór
mojemu wcześniejszemu życiu.
Matka umarła jak miałem dziesięć lat,
a ojciec nie mógł się z tym pogodzić. Ciągle swoją obecnością staruszkowi o niej
przypominałem. Zawsze coś mu we mnie przeszkadzało. Dostałem złą ocenę – nie uczyłem
się; dobrą – ściągałem, albo przekupiłem nauczyciela. Nie pracowałem –
darmozjad; pracowałem – pewnie jakieś podejrzane
interesy prowadzę. Byłem singlem – nikt mnie nie chce; miałem chłopaka –
wylądowałem na bruku. Mieszkałem z nim – nie umiem się usamodzielnić;
wyprowadziłem się (przymusowo) – nic… Zerwał ze mną kontakt.
Nie raz krzyczał, lecz nigdy nie
podniósł na mnie ręki, natomiast Jacek… Tą historię już znacie…
- O czym tak myślisz? – Przyjaciel usiadł obok
i objął ramieniem.
- O moim życiu – westchnąłem. – Od śmierci
matki rzadko bywałem szczęśliwy. – Uśmiechnąłem się do niego. – Dziękuję.
Zaskoczyło go to wyznanie.
- Nie ma sprawy.
Po części opowiedziałem mu o tych, aż
siedemnastu latach. Spokojnie słuchał, nic nie mówiąc.
- Dobrze, że cię poznałem. – Oparłem głowę o
niego.
- Też się cieszę. – Zaczął głaskać mnie po
ręce.
Puk, puk…
To nie było zwykłe pukanie. Ktoś
walił w drzwi z całej siły.
Zdziwiony odsunąłem się, a lekarz
poszedł otworzyć. Zerknął przez judasza (swoją drogą zabawna nazwa) i szybko
wrócił.
- Jacek – jedno słowo wystarczyło bym się przestraszył.
- Skąd on wie…?
- Nie mam pojęcia, ale sieć tu cicho i nie
wychodź. – Zastanowił się chwilę. – Chyba, że… chcesz z nim porozmawiać. – Na jego
twarzy malował się smutek.
Ani chwilkę się nie zastanawiałem.
- Nie.
- Więc nie ruszaj się stąd.
Kolejne głośne hałasy zostały
przerwane, przez otwarcie drzwi. Słyszałem, że o czymś rozmawiają, lecz nie
udało mi się zrozumieć ani jednego zdania. Ciekawość prawie wygrywała i już chciałem
podejść bliżej, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem. Do moich uszu
dobiegło słowo Alek wypowiedziane przez
adwokata. Przez to podwinąłem nogi pod brodę na fotelu i cudem powstrzymywałem
drżenie. Bałem się.
Robert wszedł po telefon nie
zwracając na mnie uwagi i wrócił do przedpokoju. Po mniej więcej dwóch minutach
usłyszałem kroki na klatce.
Poszedł… -
odetchnąłem z ulgą.
Poczułem dłonie na swoich nogach i podniosłem
głowę. Napotkałem szeroki uśmiech przyjaciela.
- Wystarczyło pogrozić mu policją i przestał
zgrywać takiego dzielnego, wszechmogącego. – Chyba musiałem wyglądać nie najlepiej, bo z jego twarzy dało się wtedy wyczytać jedynie zmartwienie. –
Spokojne już go nie ma. Nic ci nie zrobi. – Chwycił mnie za rękę.
Zszedłem z fotela i przytuliłem
współlokatora.
- Co mu powiedziałeś? – po chwili wyszeptałem.
- Że nie może mnie nachodzić i dobrze o tym
wie. Nie przyznałem, iż tu jesteś.
Byłem mu za to wszystko wdzięczny
więc postanowiłem coś dla niego zrobić.
- Jesteś głodny? – Odsunąłem się. – Przygotuję coś
dobrego.
- Nie wątpię. Tylko chodź teraz do sypialni, muszę zmienić ci opatrunki.
Westchnąłem i podążyłem za nim.
Z jednej strony nie lubiłem tego, bo
przypominało mi o przejściach sprzed tygodni, ale z drugiej to było przyjemne.
Dzięki rękom Roberta mogłem się odprężyć. Czasami się zastanawiałem, czy nie
powinien zostać masażystą, skoro nawet przy wcieraniu maści jego dłonie
działały cuda. Nie raz chciałem, żeby to trwało dłużej albo aby mnie po prostu pomasował,
lecz było mi wstyd o to prosić.
Usiadłem na łóżku i zdjąłem bluzkę
ukazując spory opatrunek na plecach pozostawiony przez świecznik zaledwie dzień
przez wyprowadzką.
Cóż… polubił rzucanie przedmiotami, a
ja byłem idealnym celem.
Poczułem na sobie ręce i od razu się odprężyłem. Nawet nie zauważyłem kiedy skończył. Przywrócił mnie do żywych dopiero chichot przyjaciela.
- Co? – Odwróciłem się w jego stronę.
- Przestałem pięć minut temu. Coś za często odpływasz.
- Jak przy okazji tak wspaniale masujesz… –
nie zdążyłem ugryźć się w język.
Otworzył szeroko oczy, ale zaraz
wypiął dumnie pierś.
- Ma się ten talent – nieskromnie stwierdził
co wywołało u nas salwy śmiechu.
- Dobra, to idę zrobić obiad, bo do tego
zdecydowanie się nie nadajesz. – Zacząłem zakładać ubranie.
Coś tam mruknął pod nosem i poszedł za
mną do kuchni.
- Przynajmniej mam ciebie. – Objął mnie od
tyłu.
- Jak ty żyłeś kiedy nie mieszkałem z tobą?
- Restauracje, pizzerie, rodzice… Jakoś dawałem
radę. – Odsunął się i wzruszył ramionami.
- Już się bałem, że zaczniesz wymieniać zupki chińskie.
- Ej, ej. Jestem lekarzem – zaznaczył – nie
mogę dawać złego przykładu pacjentom.
- Ta… Ale jak ty to zrobiłeś? Raz chciałem, żebyś
mi pomógł, bo musiałem iść do marketu, a później warzywniaka to ZIEMNIAKI spaliłeś!
– przypomniałem. – Nalałeś mnóstwo wody, a jak wróciłem to w magiczny sposób
zniknęła, a z garnka trzeba było długo skrobać, żeby wyczyścić go z…
tego się nie da w żaden sposób nazwać.
- Przesadzasz. – Opuścił głowę, ale dostrzegłem
uśmieszek.
- Naprawdę? – spytałem. – Dobra, to co chcesz? Może…
Wiem! Na cześć twojego talentu kulinarnemu, bo daje słowo o czymś takim jeszcze
nie słyszałem, zrobię pieczonki.
- O! Moja babcia to robiła! – ucieszył się.
- I postanowiłeś to odtworzyć? – nie odpuszczałem.
Wywrócił oczami, lecz po chwili nie
wytrzymał i zaczął się śmiać.
- Żałuj, że nie widziałeś swojej miny. – Trzymał
się za brzuch.
Pokręciłem głową z pobłażaniem i
zacząłem kroić warzywa.
- Może chciałbyś… Albo lepiej nie.
- Co? – zainteresował się.
- Nie, nic. Myślałem żebyś obrał ziemniaki,
lecz pamiętając jak wyglądały, a raczej jakiej były wielkości to odpuszczę.
- No co? – Uśmiechnął się niewinnie.
- Eh… przynajmniej już pierwszego dnia
dowiedziałem się, że ty możesz, a nawet musisz robić kawy, ale do obiadu nie
masz prawa się wtrącać, nawet jeśli chodzi tylko o tak błahą sprawę.
- Jejku no! Zapomniałem o nich – zaczął się kolejny
raz tłumaczyć.
Znowu zaczęliśmy się śmiać.
Coś przeczuwałem, że czekają nas
jeszcze wspaniałe dni…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz