środa, 19 sierpnia 2015

Przywiązanie - Rozdział 5.



Rozdział 5.
Parę dni później…
Po rozmowie z Robertem zacząłem się zastanawiać nad wyprowadzką, ale oczywiście Jacek mnie przepraszał, mówił, że kocha, kupił czekoladki i tak jakoś wyszło… Dalej byłem z nim. W domu oberwałem krzesłem, bo długo nie wracałem. Taka nowość – zawsze pięściami, czy butem, a tu zaczął przedmiotami. Prawie złamał mi żebra, lecz kochałem go jak głupi. Nie umiałem odejść. Nie dotykał mnie, gdyż na prawie każdym skrawku ciała miałem siniaki. Większe, mniejsze, starsze, nowsze. Ruch sprawiał mi coraz większy ból. Dzień po bliskim spotkaniu moich pleców ze stołkiem nie mogłem wstać z łóżka. Co z tego, skoro moja miłość przezwyciężała upokorzenie i trwałem przy nim. Wystarczyła chwilka i przebaczałem mu. Częściej, kiedy był trzeźwy, widywałem go ze skruszoną miną, aniżeli uśmiechniętą.
Siedziałem sam w pokoju, bo mój chłopak był w pracy. Pomyślałem, że lepiej byłoby nie robić mu powodów do krzyczenia na mnie (choć i tak coś by wymyślił, nawet jeżeli nie byłaby to prawda) i poszedłem do łazienki, aby wrzucić do pralki brudne ubrania. Zacząłem przeszukiwać, tak na wszelki wypadek, kieszenie. Nagle ze spodni wypadła karteczka. Obejrzałem ją i mimowolnie uśmiechnąłem się widząc imię i nazwisko lekarza, który zakładał mi gips na rękę. Coś mnie podkusiło i, zapominając o praniu, poszedłem do sypialni, wystukałem jego numer i po chwili nacisnąłem zieloną słuchawkę.
Jeden sygnał…
Drugi…
Trzeci…
Już miałem się rozłączyć zawiedziony, kiedy usłyszałem szmer.
 ~ Halo?
Zastygłem. Zastanawiałem się, po co ja właściwie zadzwoniłem.
 ~ Jest tam ktoś?
 - T-tak… To ja, Aleksander.
 ~ Alek? – ucieszył się. – Cześć! Coś się stało?
 - Nie, nie. Wszystko w porządku. Po prostu Jacek jest w kancelarii i nudzi mi się, a ja przez przypadek znalazłem tą wizytówkę od ciebie i pomyślałem… - zacząłem się tłumaczyć. – A nie ważne. Zapomnij. Pa!
Mimo to nie rozłączyłem się, jakbym czekał na jego sprzeciw. I pojawił się od razu:
 ~ Czekaj! – Cisza… - Halo?
 - Jestem, jestem…
 ~ Uff… W sumie to ja też wróciłem właśnie ze szpitala więc mam czas. Co tam? – Podświadomie widziałem ten wielki, na pół twarzy, uśmiech.
 - Nie jest źle… Od tamtego weekendu już mnie nie bił… bo nie pił. Za parę dni zdejmują mi gips. Po prostu raj.
 ~ Ta… Coś się stało? Mówiłeś, że twój chłopak jest u adwokata?
 - Nie… - zaśmiałem się. – On sam nim jest.
 ~ O… - i cisza. 
Po chwili zacząłem się martwić, czy się nie rozłączył.
 - Jesteś…?
 ~ Oczywiście! Po prostu próbuję zrozumieć jedna sprawę, a konkretniej fakt, że ktoś po studiach prawniczych, popełnia regularnie tak poważne przestępstwo. Nikt nie może, ale to, to już jest jakiś absurd.
 - Robert… Przesadzasz – przeczyłem sam sobie. – To nie jego wina…
 ~ Och! Naprawdę? Za co cię ostatnio pobił? Za obiad, czy coś później jeszcze było?
 - Długo nie wracałem i mój kręgosłup poznał krzes… Nie ważne.
 ~ Pobił cię krzesłem???
 - Oj tam zaraz pobił… No dobra – po chwili przyznałem mu rację, nie znajdując odpowiedniego usprawiedliwienia.
 ~ Alek – westchnął. – A może ty powinieneś sobie kupić psa? – zaproponował półżartem, półserio. – Przyjaciel, jak coś to cię obroni, wysłucha, nie zdradzi, pocieszy, nie opuści. Taki włochaty ideał… albo zwierzęca wersja mnie – zaśmiał się.
Zawtórowałem mu, tyle, że głośnej.
 - Ha, ha, ha! No proszę, same zalety masz.
 ~ Wiesz co?! Czuję się oszukany! Ja ci chcę pomóc, a ty coś takiego? – udał oburzonego.
 - Ha, ha. No nie dąsaj się  tak. Przepraszam.
 ~ No! A wracając do pupilka…
 - Z chęcią! Próbowałem namówić Jacka na czworonoga, ale on uważa, że to same kudły i pchły. Do tego wziąłbym najchętniej takiego ze schroniska. Te z hodowli, to zraz znajdą dom, a poza tym mieszkają w świetnych warunkach, nie to co te piękne mordki, które widzą świat zza krat.
 ~ Ta… Też bym wziął, ale mieszkam sam i jak byłbym w szpitalu, to nie miałby się kto nim zająć. A gdybyś tak… wziął psa bez jego wiedzy i przyprowadził stawiając go w takiej, a nie innej sytuacji.
 - Za duże ryzyko. Jeszcze by go oddał z powrotem, a mnie wyzywał i pobił… - po chwili zdałem sobie sprawę, że trochę się zagalopowałem. – Tzn.…
 ~ Przecież wiem jak jest. Mi nie musisz bać się powiedzieć.
Przełknąłem głośno ślinę.
 - Wiem, tylko… Tylko trochę głupio opowiadać komuś, kogo zna się krótko, o takich rzeczach… Robert…?
 ~ Co?
 - Możemy zmienić temat? – nie wiem dlaczego, ale głupio mi było o to prosić. Coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że jestem nienormalny.
 ~ Ha, ha! Jasne! To może powiedziałbyś o sobie coś? – zaproponował.
 - Em… Tylko co?
 ~ Bo ja wiem… Kim jesteś z zawodu?
 - Mam wyuczone fryzjerstwo. Nawet 1,5 roku pracowałem w salonie, ale jak poznałem Jacka, to po przeprowadzce do niego okazało się, że jest chorobliwie zazdrosny i dla świętego spokoju rzuciłem to – westchnąłem. Tęskniłem za tą pracą, lecz wolałem to, aniżeli dawać mu kolejne powody do zazdrości.
 ~ Serio? Fajnie! Jak oceniasz moją fryzurę?
 - Ha, ha, ha! Może być, ale zastanawiam się, czy nie byłoby ci lepiej gdybyś przyciął sobie boki.
 ~ Hm… Zastanowię się nad tym.
Nagle usłyszałem szczęk zamka w drzwiach wejściowych.
Jacek…
 - Słuchaj, muszę kończyć… - wyszeptałem do telefonu.
 ~ Wrócił? – spytał wyraźnie zawiedziony.
Ja w sumie też byłem.
 - Tak.
W ostatniej chwili rzuciłem telefon na łóżko, nie zdążywszy się rozłączyć, gdy wszedł ukochany.
 - Cześć! Mam świetną wiadomość! – był jakiś przesadnie zadowolony.
 - Jaką…? – ostrożnie zapytałem. Miałem złe przeczucia.
 - Ostatnio tyle pracowałem, więc postanowiłem sobie zrobić dłuższy weekend. -  O nie… - Musimy to uczcić! – Wyciągnął zza pleców butelkę whiskey.
 - Nie można w inny sposób…? Kochanie, miałeś nie pić – postanowiłem wykorzystać fakt, że jeszcze był trzeźwy.
 - Przesadzasz! – warknął i wyszedł. –Chcesz też? – dobiegł mnie krzyk z chyba kuchni.
 - Proszę! – próbowałem go przekonać, dobrze wiedząc, iż to nic nie da.
Westchnąłem. Zerknąłem na drzwi.
Może nic mi nie zrobi jak nie wejdzie do pokoju? Tylko wyzywa, a później pójdzie spać gdzieś indziej? Salon wygląda dość kusząco…
Nie byłem silny, ale w tamtym momencie jakimś cudem jedna prawie zdrową, a druga złamaną ręką udało mi się przesunąć komodę pod wejście. Pomogłem sobie obolałymi plecami i z zadowoleniem przypatrywałem się swojemu dziełu.
Usiadłem na łóżku i szybko wstałem czując pod sobą coś twardego. Telefon. Chciałem go odblokować, kiedy zobaczyłem, że Robert również nie rozłączył się.
 - Halo…?
 ~ Znowu? – padło krótkie pytanie.
Kiwnąłem głową, ale zaraz oprzytomniałem, że przecież nie zobaczy tego, powiedziałem:
 - Tak… Zastawiłem drzwi, może nie wejdzie.
 ~ Może? Martwię się. Powinieneś od niego odejść.
 - Ale go kocham! – szept trochę się pogłośnił.
 ~ Jesteś pewny? Moim zdaniem, to może być również tylko przywiązanie, uzależnienie. Miłość? Kiedyś. Ale nie rozumiem, jak można żywić takie uczucia do potwora.
 - Robert! – sam nie wiem, dlaczego tak zareagowałem. Dlatego, że obrażał mojego chłopaka, czy dlatego, że również coś takiego podejrzewałem, lecz nie chciałem przyznać mu racji.
 ~ Tylko mowie na głos co myślę. Jest wielu chłopaków, z którymi byłbyś szczęśliwy i szanowaliby cię.
 - Cześć! – zdenerwowałem się.
 ~ Chwi… - rozłączyłem się.
Po chwili przyszedł SMS.

Od Nieznany numer:  Przepraszam!

No tak… zapomniałem zapisać. Tylko… Jak? Przecież równie dobrze Jacek możemy przejrzeć telefon…

Do Fundacja:  OK :-/ Do zobaczenia za kilka dni.

Pasowało mi to do niego, a mój chłopak nie mógł się przyczepić. Chociaż… zawsze mógł. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz