Rozdział 5.
Parę dni później…
Po rozmowie z Robertem zacząłem się
zastanawiać nad wyprowadzką, ale oczywiście Jacek mnie przepraszał, mówił, że
kocha, kupił czekoladki i tak jakoś wyszło… Dalej byłem z nim. W domu oberwałem
krzesłem, bo długo nie wracałem. Taka nowość – zawsze pięściami, czy butem, a
tu zaczął przedmiotami. Prawie złamał mi żebra, lecz kochałem go jak głupi. Nie
umiałem odejść. Nie dotykał mnie, gdyż na prawie każdym skrawku ciała miałem
siniaki. Większe, mniejsze, starsze, nowsze. Ruch sprawiał mi coraz większy
ból. Dzień po bliskim spotkaniu moich pleców ze stołkiem nie mogłem wstać z
łóżka. Co z tego, skoro moja miłość przezwyciężała upokorzenie i trwałem przy
nim. Wystarczyła chwilka i przebaczałem mu. Częściej, kiedy był trzeźwy,
widywałem go ze skruszoną miną, aniżeli uśmiechniętą.
Siedziałem sam w pokoju, bo mój
chłopak był w pracy. Pomyślałem, że lepiej byłoby nie robić mu powodów do
krzyczenia na mnie (choć i tak coś by wymyślił, nawet jeżeli nie byłaby to
prawda) i poszedłem do łazienki, aby wrzucić do pralki brudne ubrania. Zacząłem
przeszukiwać, tak na wszelki wypadek, kieszenie. Nagle ze spodni wypadła
karteczka. Obejrzałem ją i mimowolnie uśmiechnąłem się widząc imię i nazwisko
lekarza, który zakładał mi gips na rękę. Coś mnie podkusiło i, zapominając o
praniu, poszedłem do sypialni, wystukałem jego numer i po chwili nacisnąłem
zieloną słuchawkę.
Jeden sygnał…
Drugi…
Trzeci…
Już miałem się rozłączyć zawiedziony,
kiedy usłyszałem szmer.
~ Halo?
Zastygłem. Zastanawiałem się, po co
ja właściwie zadzwoniłem.
~ Jest tam ktoś?
- T-tak… To ja, Aleksander.
~ Alek? – ucieszył się. – Cześć! Coś się stało?
- Nie, nie. Wszystko w porządku. Po prostu
Jacek jest w kancelarii i nudzi mi się, a ja przez przypadek znalazłem tą
wizytówkę od ciebie i pomyślałem… - zacząłem się tłumaczyć. – A nie ważne. Zapomnij.
Pa!
Mimo to nie rozłączyłem się, jakbym
czekał na jego sprzeciw. I pojawił się od razu:
~ Czekaj! – Cisza… - Halo?
- Jestem, jestem…
~ Uff… W sumie to ja też wróciłem właśnie ze
szpitala więc mam czas. Co tam? – Podświadomie widziałem ten wielki, na pół
twarzy, uśmiech.
- Nie jest źle… Od tamtego weekendu już mnie
nie bił… bo nie pił. Za parę dni zdejmują mi gips. Po prostu raj.
~ Ta… Coś się stało? Mówiłeś, że twój chłopak
jest u adwokata?
- Nie… - zaśmiałem się. – On sam nim jest.
~ O… - i cisza.
Po chwili zacząłem się martwić, czy
się nie rozłączył.
- Jesteś…?
~ Oczywiście! Po prostu próbuję zrozumieć
jedna sprawę, a konkretniej fakt, że ktoś po studiach prawniczych, popełnia
regularnie tak poważne przestępstwo. Nikt nie może, ale to, to już jest jakiś
absurd.
- Robert… Przesadzasz – przeczyłem sam sobie. –
To nie jego wina…
~ Och! Naprawdę? Za co cię ostatnio pobił? Za
obiad, czy coś później jeszcze było?
- Długo nie wracałem i mój kręgosłup poznał krzes… Nie ważne.
~ Pobił cię krzesłem???
- Oj tam zaraz pobił… No dobra – po chwili przyznałem mu rację, nie znajdując
odpowiedniego usprawiedliwienia.
~ Alek – westchnął. – A może ty powinieneś
sobie kupić psa? – zaproponował półżartem, półserio. – Przyjaciel, jak coś to
cię obroni, wysłucha, nie zdradzi, pocieszy, nie opuści. Taki włochaty ideał…
albo zwierzęca wersja mnie – zaśmiał się.
Zawtórowałem mu, tyle, że głośnej.
- Ha, ha, ha! No proszę, same zalety masz.
~ Wiesz co?! Czuję się oszukany! Ja ci chcę
pomóc, a ty coś takiego? – udał oburzonego.
- Ha, ha. No nie dąsaj się tak. Przepraszam.
~ No! A wracając do pupilka…
- Z chęcią! Próbowałem namówić Jacka na
czworonoga, ale on uważa, że to same kudły i pchły. Do tego wziąłbym
najchętniej takiego ze schroniska. Te z hodowli, to zraz znajdą dom, a poza tym
mieszkają w świetnych warunkach, nie to co te piękne mordki, które widzą świat
zza krat.
~ Ta… Też bym wziął, ale mieszkam sam i jak
byłbym w szpitalu, to nie miałby się kto nim zająć. A gdybyś tak… wziął psa bez
jego wiedzy i przyprowadził stawiając go w takiej, a nie innej sytuacji.
- Za duże ryzyko. Jeszcze by go oddał z
powrotem, a mnie wyzywał i pobił… - po chwili zdałem sobie sprawę, że trochę
się zagalopowałem. – Tzn.…
~ Przecież wiem jak jest. Mi nie musisz bać
się powiedzieć.
Przełknąłem głośno ślinę.
- Wiem, tylko… Tylko trochę głupio opowiadać
komuś, kogo zna się krótko, o takich rzeczach… Robert…?
~ Co?
- Możemy zmienić temat? – nie wiem dlaczego,
ale głupio mi było o to prosić. Coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu,
że jestem nienormalny.
~ Ha, ha! Jasne! To może powiedziałbyś o sobie
coś? – zaproponował.
- Em… Tylko co?
~ Bo ja wiem… Kim jesteś z zawodu?
- Mam wyuczone fryzjerstwo. Nawet 1,5 roku
pracowałem w salonie, ale jak poznałem Jacka, to po przeprowadzce do niego
okazało się, że jest chorobliwie zazdrosny i dla świętego spokoju rzuciłem to –
westchnąłem. Tęskniłem za tą pracą, lecz wolałem to, aniżeli dawać mu kolejne
powody do zazdrości.
~ Serio? Fajnie! Jak oceniasz moją fryzurę?
- Ha, ha, ha! Może być, ale zastanawiam się,
czy nie byłoby ci lepiej gdybyś przyciął sobie boki.
~ Hm… Zastanowię się nad tym.
Nagle usłyszałem szczęk zamka w
drzwiach wejściowych.
Jacek…
- Słuchaj, muszę kończyć… - wyszeptałem do
telefonu.
~ Wrócił? – spytał wyraźnie zawiedziony.
Ja w sumie też byłem.
- Tak.
W ostatniej chwili rzuciłem telefon
na łóżko, nie zdążywszy się rozłączyć, gdy wszedł ukochany.
- Cześć! Mam świetną wiadomość! – był jakiś
przesadnie zadowolony.
- Jaką…? – ostrożnie zapytałem. Miałem złe
przeczucia.
- Ostatnio tyle pracowałem, więc postanowiłem
sobie zrobić dłuższy weekend. - O nie… - Musimy to uczcić! – Wyciągnął zza
pleców butelkę whiskey.
- Nie można w inny sposób…? Kochanie, miałeś
nie pić – postanowiłem wykorzystać fakt, że jeszcze był trzeźwy.
- Przesadzasz! – warknął i wyszedł. –Chcesz też?
– dobiegł mnie krzyk z chyba kuchni.
- Proszę! – próbowałem go przekonać, dobrze
wiedząc, iż to nic nie da.
Westchnąłem. Zerknąłem na drzwi.
Może nic mi nie zrobi jak nie wejdzie do pokoju? Tylko wyzywa, a później
pójdzie spać gdzieś indziej? Salon wygląda dość kusząco…
Nie byłem silny, ale w tamtym
momencie jakimś cudem jedna prawie zdrową, a druga złamaną ręką udało mi się
przesunąć komodę pod wejście. Pomogłem sobie obolałymi plecami i z zadowoleniem
przypatrywałem się swojemu dziełu.
Usiadłem na łóżku i szybko wstałem
czując pod sobą coś twardego. Telefon. Chciałem go odblokować, kiedy
zobaczyłem, że Robert również nie rozłączył się.
- Halo…?
~ Znowu? – padło krótkie pytanie.
Kiwnąłem głową, ale zaraz
oprzytomniałem, że przecież nie zobaczy tego, powiedziałem:
- Tak… Zastawiłem drzwi, może nie wejdzie.
~ Może?
Martwię się. Powinieneś od niego odejść.
- Ale go kocham! – szept trochę się pogłośnił.
~ Jesteś pewny? Moim zdaniem, to może być
również tylko przywiązanie, uzależnienie. Miłość? Kiedyś. Ale nie rozumiem, jak
można żywić takie uczucia do potwora.
- Robert! – sam nie wiem, dlaczego tak
zareagowałem. Dlatego, że obrażał mojego chłopaka, czy dlatego, że również coś
takiego podejrzewałem, lecz nie chciałem przyznać mu racji.
~ Tylko mowie na głos co myślę. Jest wielu
chłopaków, z którymi byłbyś szczęśliwy i szanowaliby cię.
- Cześć! – zdenerwowałem się.
~ Chwi… - rozłączyłem się.
Po chwili przyszedł SMS.
Od Nieznany numer: Przepraszam!
No tak… zapomniałem zapisać. Tylko… Jak? Przecież równie dobrze Jacek
możemy przejrzeć telefon…
Do Fundacja: OK :-/ Do zobaczenia
za kilka dni.
Pasowało mi to do niego, a mój chłopak
nie mógł się przyczepić. Chociaż… zawsze mógł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz