Rozdział 2.
Ból był nie do zniesienia. Wyjąłem z
apteczki kilka tabletek przeciwbólowych, nieodzownych kolorowych lekarstw,
kiedy tylko mój ukochany zaczyna pić. Popiłem je wodą z kranu i usiadłem przy
ścianie. Podkuliłem nogi, kładąc na kolanach głowę.
Dlaczego wytrzymuję to taktowanie?! Bo go kocham…
Powoli cierpienie odchodziło wraz z
nadejściem upragnionego snu…
~*~
Otworzyłem leniwie oczy i przeciągnąłem
się trochę, gdyż zaraz przypomniała o sobie ręka. Dodatkowo doszedłem do
wniosku, że spanie na kafelkach w embrionalnej pozycji to nie jest najlepszy
pomysł. Przekazał mi to kochany kręgosłup. Miałem ochotę wyć z bólu, ale w
zamian za to zagryzłem wargę, bo bałem się obudzić Jacka. Podszedłem do apteczki,
wyjąłem kolejną dawkę tabletek i przejrzałem się w lustrze. Tak jak myślałem,
wyglądałem strasznie. Rozczochrane włosy, sińce pod oczami, popękane usta,
blizna nad prawą brwią zrobiona jakieś kilka miesięcy temu. Przepłukałem sobie
twarz i umyłem zęby. Na szczęście prawa ręka jeszcze była zdrowa. Wiem, wiem –
jestem wielkim optymistą, ale któż by nie był? Przecież to prawdziwy raj. Co
tydzień bać się, czy twój chłopak nie zechce się na tobie wyżyć. Kto by nie
chciał?
Kiedy poczułem, że leki zaczynają
działać wyjrzałem na korytarz poszukując oznak obecności Jacka wśród żywych. Usłyszałem
głośne chrapanie. Odetchnąłem z ulgą i na paluszkach zszedłem na dół. Założyłem
kurtkę, gdyż to był dopiero początek lata i godzina 704 (poza tym
siniaki), buty; wziąłem parę złoty na bilet, telefon i jak najciszej wyszedłem
na przystanek. Miałem jeszcze trzy minuty. No co? Ktoś taki jak ja musi znać
rozkład jazy na pamięć jeśli chodzi o autobus jadący pod szpital.
Pewnie spytacie, dlaczego dopiero
teraz się tam udaję? Otóż… Nie miałem jak wczoraj w nocy. Nie dałbym rady
powadzić samochodu, mój chłopak tym bardziej. Taxi? Przecież na pewno kierowca zażądał zapłaty w naturze.
Na nogach? Za daleko. Karetka? Przecież są poważniejsze przypadki, kiedy jest
potrzebna, a nie prawdopodobne złamanie ręki. Autobus? Za późno, żaden już tam nie
jechał.
A’propos… Spóźnił się, aż pięć minut!
Rano! Miałem tylko nadzieję, iż nie wyglądam jak wampir, gdyż czułem słodkawy
smak w ustach, od przygryzania języka. Usiadłem na końcu, żeby nikt nie zwrócił
na mnie uwagi i nie zobaczył dziwnie wygiętej ręki pod rękawem.
Ból ogarnął całe moje ciało i
zacząłem żałować, że nie wziąłem zapasowych tabletek.
Z radością zauważyłem szpital na horyzoncie
i wstałem. Podszedłem do drzwi, nacisnąłem STOP. Kiedy wysiadłem prawie
biegłem do środka. Zaskoczyła mnie mała kolejka.
A tak narzekają…
Zarejestrowałem się i czekałem. Po
chwili usłyszałem swoje nazwisko i udałem się na salę. Podszedł jakiś młody
lekarz.
- Dzień dobry! Jestem dr. Rafał Adamski.
Proszę…
Zadzwonił telefon. Zrobiłem przepraszającą
minę i odebrałem.
- Gdzie jesteś? – warknął Jacek.
Cholera, chyba nie wytrzeźwiał.
- W szpitalu…
- Którym? – jego głos złagodniał.
- Na Francuskiej – westchnąłem.
Nie chciałem, żeby przyjeżdżał, ale
musiałem mu powiedzieć.
- Zaraz tam będę. – Nie czekając na odpowiedź
rozłączył się.
Zakląłem w myślach i jeszcze raz
przyjrzałem się doktorkowi.
Przystojny… No to pięknie! Zaraz się zacznie.
- Już? – Uśmiechnął się.
Kiwnąłem głową.
- Tak. Chłopak się martwi – ostatnie słowo z
trudem wymówiłem.
- To zrozumiałe. A teraz mogę obejrzeć pańską
rękę?
Podałem mu ją. Nawet nie ściągając
kurtki zobaczył w jakim jest stanie i lekko się skrzywił.
- Brał pan jakieś leki przeciwbólowe?
- Dużo. Nie mogłem wytrzymać.
- Jakie? – Zapisał coś.
Podałem nazwę, ilość i kiedy.
Wszystko dokładnie notował.
- Dobrze. Teraz jedziemy na rentgen. Zobaczymy
w jakim jest pan stanie.
Strasznym.
- Mhm. – Wtem do mnie dotarło co on powiedział. – Chwila! - Uniósł na mnie wzrok. – Ja dam
radę iść. Nie złamałem nogi tylko rękę.
- Nie wątpię, lecz po takiej dawce leków może
panu się zrobić słabo. To ja za pana odpowiadam i proszę mi wierzyć – gdyby pan
upadł na tą kość to nie byłoby miło, delikatnie mówiąc. – Znowu ten życzliwy uśmiech.
Westchnąłem, ale posłusznie usiadłem
na wózek. Wioząc mnie zaczął opowiadać o jakiś kotach swojej ciotki. Lubię te
puchate stwory, więc nawet wciągnąłem się w historię.
Po prześwietleniu udaliśmy się w kierunku
Sali zabiegowej. Na szczęście nie była potrzebna operacja, choć wyglądało to nie najlepiej.
- A Świrus kiedyś…
- Alek! Kochanie, nic ci nie jest? – Jacek dopadł
wózek.
- Nie, to tylko złamanie – mruknąłem.
Starałem się udawać obrażonego, lecz
poruszyła, moje serduszko, ta troska.
- Tylko??? Panie doktorze, na pewno nic mu nie
jest?
- Proszę się nie martwić. Prześwietlenie nic więcej
nie wykazało. – Położył dłoń na ramieniu mojego chłopaka.
- To dobrze. – Dotarliśmy do Sali. – Mogę też
wejść?
- No nie wiem… - Spojrzałem na niego błagalnym
wzrokiem. W końcu to sobota, lepiej go nie drażnić. – Eh… Zgoda.
Odetchnąłem z ulgą. Czułem się jak
jakiś zakładnik.
Usiadłem na wskazanym przez lekarza miejscu.
- Przepraszam – usłyszałem szept Jacka. – Nie wiem
co mnie opętało. Zrozum, jesteś przystojny i widzę jak się na ciebie patrzą
ludzie różnych płci. – Chwycił za mój podbródek i musnął czule usta swoimi. –
Wybacz.
Od jego pocałunku zawsze miękło mi
serce. Dobrze o tym wiedział i wykorzystywał to.
- Proszę zdjąć koszulę i podać rękę.
Wtedy oprzytomniałem. Siniaki! Rozejrzałem się za ratunkiem,
który nie nadchodził. Nie miałem wyjścia – powoli jedną ręką rozpiąłem guziki i
zdjąłem biały materiał. Oczy pana Adamskiego powiększyły się kilkukrotnie, ale
nic nie powiedział, tylko zerknął na Jacka. Byłem mu za to wdzięczny. Zajął się
moim złamaniem, a ja zauważyłem, że mój chłopak obserwuje każdy jego ruch spod
przymrużonych powiek.
- Skończone! – Uśmiechnął się lekarz.
- Dziękuję – Odwzajemniłem ten gest, tak by
prawnik nic nie zauważył.
- Ubieraj się i idziemy. – Chłopak podał mi bluzkę.
- Chwila – wtrącił się pan Rafał. – Chciałbym jeszcze
porozmawiać z pacjentem.
- Eh… Dobrze. – Zmierzył go uważnym wzrokiem.
- …na osobności.
- Dlaczego? – Widziałem jak żyłka mu pulsuje.
- Jest pan z rodziny? Z tego co wiem to nie –
całkowicie opanowany postanowił zignorować zdenerwowanie jak i całego Jacka,
skupiając się na jakiejś kartce.
Ten jedynie prychnął i wyszedł.
- Tak…? – domyślałem się czego będzie dotyczyć
ta rozmowa.
Zacząłem się ubierać.
- On cię bije? – tak po prostu spytał.
- Słucham?! – starałem się udawać oburzonego
tym stwierdzeniem.
- Proszę nie udawać – westchnął. – Te siniaki
nie powstały na skutek upadku na schodach… no może część, ale niektóre są
starsze. Wygląda to tak jakby regularnie się nad panem znęcał.
Nie wierzyłem, że on tak spokojnie
mówi.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
Wtedy to na prawdę mnie zaskoczył.
- Może pan to zgłosić na policje, albo chociaż
od niego odejść; za to on nie ma prawa pana uderzyć.
- To moja wina – sam nie mogłem uwierzyć, że
go bronię.
- Nie prawda, ale z tego co widzę, nie
przekonam pana. Proszę chociaż się zastanowić nad tym co powiedziałem.
Kiwnąłem głową i jak najszybciej
wyszedłem.
- Czego chciał? – warknął.
Przybyło mi odwagi wiedząc, że w
szpitalu mi nic nie zrobi… pomińmy fakt, iż zmierzałem do auta, a później domu.
- Zobaczył siniaki, które zresztą sam mi
zrobiłeś.
- Przeprosiłem – wyszeptał mi do ucha.
Wzdrygnąłem się czując ten ciepłu
oddech na szyi.
- Wiem – odpowiedziałem, nie umiejąc się złościć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz