Rozdział 4.
Dwa tygodnie później…
Ostrożnie, uważając żeby nie rozlać,
położyłem talerz z zupą przed moim chłopakiem. Ręce mi się trzęsły ze
zdenerwowania, ale posłusznie usiadłem naprzeciwko. Spojrzałem na pełny
kieliszek, przeniosłem wzrok na prawie pustą butelkę wina, kończąc wędrówkę moich
oczu na Jacku.
Czy dotrzymał obietnicy? Jak widać
nie. Już w następną sobotę, kiedy nie było mnie w domu kupił sobie zapas
alkoholu, a jak wróciłem to się zaczęło… Przy kolejnym epitecie skierowanym w
moją stronę nie wytrzymałem i, skoro otrzymałem pozwolenie, zamachnąłem się.
Niestety, nawet piany, miał świetny refleks i złapał mnie za nadgarstek
zostawiając tam czerwone ślady palców. Warknął, iż nie mam prawa go uderzyć i w
zamian wygiął mi rękę, przewrócił i pokazał, że on ma.
Wzdrygnąłem się na to wspomnienie.
Nałożyłem na łyżkę trochę i już
miałem zacząć jeść, kiedy zobaczyłem jak ukochany krzywi się i wypluwa to co
przygotowałem.
- CO TO MA BYĆ?! – krzyknął i podniósł się.
- Z-zupa… - Odchyliłem się na krześle i
prawie że bym spadł, gdybym się w ostatniej chwili nie złapał stołu.
- No co ty nie powiesz? Ale jaka? Za słona!
Tego się nie da jeść!
- Jak to…? Musiałem przez przypadek dwa razy
posolić…
- A może chciałeś mnie otruć?! Cała willa
tylko dla ciebie, prawda? A nie, przepraszam - dla ciebie i twoich kochanków!
- To nie prawda! – zdenerwowałem się.
- Ach tak? Jeszcze na mnie podnosisz głos?! – Zbliżył się.
Odsunąłem się, lecz tym razem nie
zdążyłem złapać równowagi i krzesło wraz ze mną poleciało do tyłu. Przy okazji
przez przypadek kopnąłem Jacka w nogę.
- CO TY ROBISZ?! – wrzasnął.
- Przepraszam…. Nie chciałem… Wybacz… -
zacząłem się przerażony tłumaczyć.
Zwinąłem się.
Prychnął.
- Czyżby?! – Uderzył mnie w ramię. – Oj! Nie
chciałem – zaczął papugować moją wypowiedź sprzed minuty.
- Ale ja naprawdę nie… - nie dokończyłem, gdyż
poczułem jego but na moich plecach. – A!
Jeszcze kilka razy oberwałem i w
końcu mu się znudziło. Miałem nadzieje, że odpuścił. Niestety nie ma tak
dobrze…
- Ja ma to – podniósł talerz i jakby nigdy nic
wylał na mnie jego zawartość – zjeść?!
Na szczęście, Jacek nie lubi jeść
gorącego i nie poparzyłem się.
- Może coś ci innego ugotuję…? – łapałem się
ostatniej deski ratunku, żeby go udobruchać.
- Byle szybko.
Podniosłem się z trudem, cały
ociekający z zupy pomidorowej i makaronu.
- Ale może najpierw się umyję. Lepiej żebym
nie ubrudził podłogi.
- Jak na to wpadłeś? – prychnął.
Wyszedłem do łazienki i jak
najszybciej się umyłem. Niezadowolony zauważyłem, że nie wziąłem czystego
ubrania. Owinąłem się ręcznikiem i udałem do sypialni. Wziąłem ciuchy i ubrałem
się. Gotowy zszedłem do kuchni, kierując swoje kroki prosto w stronę lodówki.
Otworzyłem ją zastanawiając się co przygotować i z niezadowoleniem zauważając,
że prawie nic nie mamy.
- Niestety muszę…
Moją wypowiedź przerwał ucisk
wielkich dłoni na swoich ramionach. Obrócił mnie przodem do siebie.
- Jak do mnie mówisz to nie stój tyłem –
wysyczał przez zęby.
Zacząłem szybko kiwać głową
przerażony jego zachowaniem.
- Więc… lodówka świeci pustkami. Tzn.
mamy różne rzeczy w niej, ale nic ci z
tego nie przygotuję na obiad. Muszę iść do sklepu – ostrożnie bojąc się reakcji
mężczyzny poinformowałem go o tym.
Zmrużył oczy. Oczekiwałem, że będzie
miał jakieś „ale” , lecz…
- Niech ci będzie. Byle coś DOBREGO!
Zawsze, jak jesteś trzeźwy to ci BARDZO SMAKUJE…
- Oczywiście.
Wyminąłem go, wziąłem portfel, klucze
(czasami lubił zamykać drzwi, a później do mnie mieć pretensje, że długo nie
wracam) i zacząłem zakładać buty.
- Na co masz ochotę? Może kurczak w sosie
pieczarkowym? – zaproponowałem to ponieważ to było jego ulubione danie.
Uśmiech (choć nieprzyjazny) zagościł na
jego twarzy.
- Zgoda. Aha i jeszcze jedno - głodny jestem!
Już miałem wychodzić kiedy coś do
mnie dotarło.
- Chociaż… - Spojrzał na mnie podejrzliwie. – Długo
się to przygotowuje… Coś innego?
- Eh… CO?! – warknął niezadowolony.
- Najszybciej byłaby pizza…
- Ha! Mam jeszcze płacić za coś takiego?! A ty
jak król tylko będziesz jadł?!
- Przepraszam. – Opuściłem głowę. – Wiec… spaghetti
też szybko się robi – zaryzykowałem.
Kiwnął po chwili głową i gestem dłoni
popędził.
Wybiegłem poprawiając długie rękawy (choć
było ok. 25oC). Wpadłem do marketu i z koszykiem zacząłem szukać
odpowiednich produktów.
- Aleksander? – usłyszałem swoje imię.
Odwróciłem się i zobaczyłem uśmiechniętą
twarz lekarza.
- Tak. Dzień dobry! – Zmusiłem się na wygięcie
warg do góry.
Podał mi rękę. Potrząsnąłem ją, a
pech chciał żeby materiał mi się podwinął lekko, ukazując zaczerwienienie na
nadgarstku. Przytrzymał moją dłoń obserwując to miejsce. Wyrwałem ją i zasłoniłem.
- On
ci to zrobił? – bardziej stwierdził niż zapytał.
- To nie tak… - jak głupi zacząłem się, a
właściwie to go, tłumaczyć.
- A jak? – zdenerwował się. – Nie może cię bić!
NIKT nie może.
- Ciszej! – upomniałem go, rozglądając się na
boki.
Chyba nikt nie słyszał. Uff!
- Zrozum, martwię się.
- Nie potrzebnie – powiedziałem, choć
wiedziałem, że ma rację.
- Jak ty nie umiesz o siebie to ktoś musi.
- Dziękuję, a teraz muszę iść. Do widzenia! –
odwróciłem się.
Już miałem dać jeden krok, kiedy
poczułem ucisk na ramieniu. Syknąłem z bólu i odwróciłem się. Pan Adamski, od
razu puścił.
- Przepraszam. Za co to? – wskazał skinieniem
głowy na bolące miejsce.
Odwróciłem wzrok zawstydzony.
- Obiad był za słony – powiedziałem tak cicho,
że nie wiem, czy usłyszał.
Milczał. Zerknąłem na niego i
zobaczyłem zaskoczenie wymalowane na jego twarzy.
- Nie przesłyszałem się…? – ostrożnie spytał.
Pokręciłem głową.
- Czego pan właściwe chciał zatrzymując mnie
teraz?
- Oj tam, pan
i pan. Robert jestem – podał mi rękę
i uśmiechnął się szeroko. – c) Chyba jesteśmy w tym samym wieku. Dwadzieścia siedem?
- Tak. Aleksander – odwzajemniłem uścisk.
- Proszę – wyciągnął mały kartonik. – Jakby coś
to zawsze może pa… MOŻESZ – poprawił się – zadzwonić.
- Dobrze, ale teraz naprawdę muszę iść.
- Cześć!
- Cześć!
Odszedłem. Odwróciłem się na chwilkę
i zobaczyłem jak układa dłoń w telefon i przykłada do ucha. Zaśmiałem się i
skinąłem głową.
Coraz bardziej zaczynałem lubić tego,
prawie cały czas wesołego doktorka, który na dodatek tak się o mnie martwił…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz