Rozdział 3.
Wszedłem do domu pierwszy i od razu
skierowałem swoje kroki w stronę sypialni zatrzaskując za sobą drzwi,
manifestując swoją (udawaną) złość. Postanowiłem nie dać się tak łatwo i na
niby być obrażonym za uprzednią noc. Zawsze lubiłem jak się starał i
przepraszał. Zdarzało się to rzadko, bo przeważnie szybko mu ulegałem.
Domyślałem się, że tym razem będzie podobnie, ale co tam…
- Kochanie, otwórz – usłyszałem stłumiony głos
ukochanego.
- Są otwarte – westchnąłem.
Po chwili siedział obok mnie (leżącego)
na łóżku. Odsunąłem się ostentacyjnie i prychnąłem, kiedy pogłaskał mnie po
policzku.
- Przepraszam. Nie chciałem, wiesz o tym. Jak
mogę ci to wynagrodzić? – Niezrażony przeniósł się bliżej.
Wzruszyłem ramionami, lecz nie uraczyłem go
spojrzeniem, dobrze zdając sobie sprawę, że wtedy poległbym widząc jego
skruszony wyraz twarzy.
Pochylił się i trącił moją szyję
nosem.
- Nie złość się. Nie zrobiłbym ci nic złego
świadomie. – Cmoknął tamto miejsce. – Kocham cię. – Zassał się. – Wybaczysz?
- Mm… - niestety nie mogłem zlekceważyć tej
pieszczoty. – Może… - Przygryzł, zapewne czerwoną, plamkę. – Ach! Dobra, dobra…
I jak zwykle moja stanowczość poszła
się pieprzyć… Nie dosłownie! O nie! Tak łatwo nie ma… chyba.
Jego usta postanowiły zmienić
położenie, a konkretniej dotrzeć, po ścieżce z pocałunków wiodącej wzdłuż linii
szczęki, do moich. Od razu przyciągnąłem go zdrową ręką bliżej, nie pozostając
biernym. Podparł się na łokciach po obydwóch stronach mojej głowy, a nogi
znalazły się pomiędzy moimi.
Za łatwo mu poszło… Zdecydowanie… Może kiedyś…
Jego dłoniom znudziło się bezczynne
leżenie i zaczęły gładzić mnie po bokach. Niestety nie był to najlepszy pomysł…
- A! Przestań!
Zignorował mnie i ból, który wywołał
dotykając moich siniaków.
- Nie rozumiesz?! – Odepchnąłem go, kiedy nie
posłuchał.
Nie miałem tyle siły, a chłopak stał
się bardziej brutalny. Jedna z natarczywych rąk wkradła się pod bluzkę.
- Zostaw! – krzyknąłem.
Nie poskutkowało, więc zadrapałem mu
ramię. Jakimś cudem paznokcie były, aż takie ostre, że zadrasnąłem go do krwi.
Syknął i odskoczył.
- Co zrobiłeś?! – teraz to on podniósł głos.
Chwycił jedna ręką mój kołnierz, a
drugą podniósł do góry w wiadomym celu. Przerażony zdałem sobie sprawę, że już
jest trzeźwy. Zacisnąłem mocno powieki czekając na cios.
I… nic!
Uchyliłem jedno oko, czując jak
puszcza mnie i ruch na materacu. Usiadł na krawędzi łóżka, chowając twarz w
dłoniach. Podniosłem się do półprzysiadu.
- Nie podobam ci się? – warknął. – Brzydzisz
się mną?
Szybko podczołgałem się na czworaka
bliżej adwokata i objąłem od tyłu.
- To nie tak – wyszeptałem.
- A jak? – jego głos złagodniał.
Westchnąłem, a złość jakoś
postanowiła się obudzić, uśpiona przez pocałunki.
Odsunąłem się i zacząłem , w miarę
możliwości, jak najszybciej rozpinać koszulę.
- Naglę ci się zachciało? – prychnął, ale nie
spuszczając wzroku obserwował poczynania moich palców.
Pokręciłem jedynie głową. Kiedy
skończyłem odsłoniłem rany.
- Może nie uwierzysz, ale jak dotkniesz tych
czerwono-fioletowo-żółtych plam to wywołuje to u mnie ból.
Milczał.
- Przepraszam – w końcu się odezwał. – Nie
pomyślałem…
- Rozumiesz?
- Tak. – Kiwnął głową.
Zdjąłem materiał i wziąłem czystą
bluzkę, spodnie i bieliznę.
- Idę się umyć, a później coś nam ugotuję.
- Zgoda. – Złożył na moich ustach delikatny
pocałunek.
Poszedłem do łazienki i wszedłem do
wanny pełnej ciepłej, odprężającej wody. Przez jakieś kilkanaście minut po
prostu leżałem. Po chwili usłyszałem głos zza ściany:
- Alek, zasnąłeś tam, czy co?
- Już, już – mruknąłem niezadowolony.
Zacząłem się szorować. Czułem się
cały brudny. Dlatego, że wczoraj nie brałem kąpieli, ale również dlatego, że
nakrzyczałem na mojego chłopaka i, że czułem się winny. Czysty wyszedłem z
wanny i ubrałem się. Jeszcze zęby, fryzura i zszedłem do kuchni.
- Długo cię nie było – stwierdził oschle.
- Przepraszam. – Opuściłem głowę.
Tak, wiem – jestem (byłem)
nienormalny.
Usłyszałem ciche westchnienie. Podszedł
do mnie i chwycił mój podbródek zmuszając do podniesienia wzroku na niego.
- Nie bój się mnie. – Uśmiechnął się.
Kiwnąłem niepewnie, unosząc kąciki ust
do góry. Wyminąłem go i poszedłem w stronę lodówki. Otworzyłem ją i zacząłem
obmyślać co przygotuję.
- Dzisiaj zrobię… - Oplótł mnie rękami w
pasie. Znieruchomiałem.
- Nie przemęczaj się, zwłaszcza, że masz chorą
rękę – położył głowę na moim ramieniu – pójdziemy do restauracji.
Odwróciłem się zaskoczony. Zawsze
oszczędzał na mnie i taki pomysł nie był czymś normalnym.
- Naprawdę? – wolałem się upewnić.
- Tak. – Złożył na moich ustach delikatny,
krótki pocałunek. – Ubieraj się. Za pół godziny wychodzimy.
Szczęśliwy pobiegłem do sypialni po
jakieś lepsze ciuchy i przebrałem się.
Wyszliśmy do mojej ulubionej
restauracji. Nawet mogłem sobie wybrać droższe danie. Przez cały czas trzymał mnie za rękę. Ani słowem nie
wspomniał o pracy, co również mnie zaskoczyło. Po powrocie do domu oglądaliśmy
razem film przytuleni na sofie.
Było tak… idealnie. Jak za dawnych
czasów. Jak wtedy gdy mnie nie bił, nie pił. Kiedy zaczął sobie pozwalać na
takie traktowanie mnie? Nie wiem, ale to był najgorszy czas w moim życiu. Z
czasem się przyzwyczaiłem i wiedziałem kiedy lepiej zamknąć się w sypialni i
udawać, że się śpi. Zdarzało się, że jak mu się nudziło to i tak krzyczał, a
jak nie reagowałem to popychał, zrzucał z łóżka, walił pięściami, lecz nie raz
odpuszczał i po prostu kładł się obok, tym czasem ja odsuwałem się na sam
koniec, aby nie czuć najgorszego zapachu świata – alkoholu. Wiem, wiem. Są
gorsze, ale jakby ktoś kojarzył to sobie z siniakami to przyznałby mi racje.
Koło północy poszliśmy się umyć
(razem, ale do niczego nie doszło). Był delikatny i czuły. Tak bardzo tęskniłem
za takim nim. W tygodniu całymi dniami przesiadywał w sądzie, albo swojej
kancelarii, natomiast weekendy…
Położyliśmy się do łóżka i wtuleni leżeliśmy
w milczeniu.
- Alek – przerwał tą ciszę. – Wiesz, że nie
chciałem? Nie byłem świadomy tego co robię. To jest silniejsze ode mnie.
- Wiem – stwierdziłem z przerażającą
pewnością. Zdawałem sobie z tego sprawę. Ba! Wybaczyłem mu kolejny raz…
- Następnym razem możesz mnie uderzyć, kiedy
tylko zacznę wygadywać takie głupoty.
- O ile będziesz – dodałem ostrożnie.
- Właśnie. – Ucałował moją skroń.
Po chwili nawiedził nas sen…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz